Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świadectwa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świadectwa. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 czerwca 2016

Tęsknię

Mateńko Najświętsza we wrześniu 2014r byłam u Ciebie w Medjugorie. Od tej pielgrzymki minęło prawie dwa lata a ja nie mogę zapomnieć tej atmosfery, chwil przebytych z Tobą. Tobie zawierzyłam swoje życie i życie mojJej rodziny. To tam w Medjugorie doznałam cudu na jaki nie zasłużyłam, to tam poznałam wielu wspaniałych ludzi, tam nauczyłam się modlić. Ciągle wracam do tamtych wspomnień, do przeżytej tam spowiedzi generalnej i następstw które później mnie spotkały. To tam na niebie ujrzałam cud, którego nie zapomnę do końca mojego życia i Boga Ojca, który pokazał mi moje nienarodzone dzieci, którym nadałam imiona wskazane przez Boga. Mateńko nigdy nie zdołam Ci wynagrodzić tych chwil spędzonych z Tobą kiedy dawałaś mi siłę aby wejść da Górę Krzyża, kiedy byłaś ze mną przed Najświętszym Sakramentem , kiedy oczy moje były zakryte dla innych w chwili ujrzenia na Niebie Boga Ojca i moich dzieci. Kocham Cię Najświętsza Panienko miłością jaką nigdy nikogo nie umiałabym pokochać. Tęsknię za Tobą i za tym świętym miejscem. Amen A

wtorek, 1 września 2015

Świadectwo – modlitwa za dusze czyśćcowe

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja!
Chciałybyśmy podzielić się świadectwem związanym z modlitwą za dusze czyśćcowe. Zdarzyło się to podczas pielgrzymki do Medjugorje w maju 2011r. Jednego z dni naszego pobytu poszłyśmy z koleżanką na grób o.Slavko Barbarica.
Grób o. Slavko (fot: Danusia)

Chciałyśmy również pomodlić się za dusze wszystkich zmarłych.Po drodze do grobu o.Slavko zobaczyłyśmy grób małego dziecka, ok.3-letniego. Chłopiec zmarł w 1992r. Na jego grobie leżały zabawki. Z wizerunku na płycie grobowej patrzyły na nas smutne oczy.  Mały Darko bardzo zapadł nam w serce. Poszłyśmy do o.Slavko i modliłyśmy się za wszystkich zmarłych tu na tej ziemi gdzie niedawno była wojna i za zmarłych na całym świecie. Postanowiłyśmy przyjść następnego dnia by zapalić lampkę również na grobie tego chłopczyka.
Dzień później poszłyśmy pod figurę Pana Jezusa Zmartwychwstałego. Był piątek. Modliłyśmy się jakiś czas, o godzinie 15-ej odmówiłyśmy Koronkę do Bożego Miłosierdzia. Potem postanowiłyśmy pójść ponownie na cmentarz.
Gdy wyszłyśmy na prowadzącą tam aleję zatrzymałyśmy się. Z nad łąki na tle nieba, od strony gór nadlatywało w naszym kierunku światło. Był to paseczek prostokątnego światła, jakby podzielony na małe segmenty. W niektórych z nich widziałam czerwone punkciki. Światło zbliżyło się do nas i rozpoczął się taniec. Rozciągało się, dzieliło na kawałki, biegało po niebie zygzakami, zataczało kręgi jakby skakało, „bawiło się”. Nie wiedziałyśmy co to jest i zaczęłyśmy się modlić i prosić Ducha Świętego i Maryję o rozeznanie co mamy robić. Odczuwałyśmy radość, miłość i dobroć, które napełniły nasze serca. Zaczęłyśmy modlić się za dusze czyśćcowe, szłyśmy przecież na cmentarz by modlić się za zmarłych. Po dłuższym czasie zobaczyłyśmy podnoszące się z ziemi duże , ciemne postacie ludzkie, jakby z przezroczystego dymu. W proszącym geście podnosiły ręce ku niebu i ponownie znikały pod ziemią. Modliłyśmy się gorąco aby Pan Bóg uwolnił te biedne dusze i przyjął je do Nieba. W trakcie modlitwy zobaczyłyśmy małe, srebrne gwiazdki, jakby błyszczące iskierki. Rozsypały się one na niebie nad łąką. Było ich coraz więcej, potem zniknęły.
Nasze małe światło cały czas nam towarzyszyło. Zbliżało się, tańczyło po niebie. Śmiałyśmy się, było coraz bliżej, może metr od naszych twarzy. Nie odczuwałyśmy lęku tylko radość i miłość. W międzyczasie podeszły do nas trzy Angielki. Zapytałyśmy czy widzą to samo co my. Potwierdziły. Okazało się, że były z Apostolatu Modlitwy za Dusze Czyśćcowe. Też szły na cmentarz. Modliłyśmy się razem, potem odeszły.
Po jakimś czasie zobaczyłam jak na tle nieba, ze słońca zeszły dwa złote, ukośne promienie tworząc jakby dach. Paseczek światła, który latał nad nami zamienił się w małą złotą kulkę, która bardzo szybko, jakby windą, po trzecim złotym promieniu, który zszedł z nieba, wjechała na górę łącząc się ze słońcem.
Trwało to wszystko około półtorej godziny.
Potem poszłyśmy na cmentarz by zapalić lampkę na grobie małego Darko i pomodlić się za wszystkich zmarłych. Przez kilka ostatnich lat ojcowie Kapucyni, u których się spowiadamy, szczególnie w pierwsze soboty miesiąca, zwracali uwagę na modlitwę za dusze czyśćcowe. Czynił to też Św. Ojciec Pio.
Z Bogiem i Maryją!
Alicja i Hanna
Cmentarz w Medziugorje (fot: Danusia)
„ Drogie dzieci! Dzisiaj pragnę wezwać was, byście codziennie modlili się za dusze w czyśćcu cierpiące. Każdej duszy potrzebna jest modlitwa i łaska, by dotarła do Boga i Bożej miłości. Poprzez to i wy, drogie dzieci, zyskujecie nowych sprzymierzeńców, którzy pomogą wam zrozumieć, że w życiu żadne sprawy nie powinny być dla was ważne, jedynie niebo jest tym, za czym należy tęsknić. Dlatego, drogie dzieci, módlcie się bezustannie, byście mogli pomóc i sobie i innym, którym modlitwa przyniesie radość. Dziękuję, że odpowiedzieliście na moje wezwanie. (Matka Boża w Medziugorje - 6 listopada 1986 r.)

poniedziałek, 6 października 2014

Dar przemiany serca

   W roku 1996 moja żona wyjechała na pielgrzymkę do Medziugorje, ja nie pojechałem, bo nie chciałem. Po powrocie z niej powiedziała nam, tzn. mnie i dzieciom naszym, że gdyby chciała dać komuś coś najpiękniejszego, to ofiarowałaby mu pielgrzymkę do Medziugorje. Ja pomyślałem sobie „jest wrażliwą kobietą, lekko przesadza, przecież jest tyle pięknych miejsc na świecie”. 

    Przez te pięć lat modliła się i prosiła nas, byśmy pojechali, ale ani nam było myśleć o pielgrzymce. Nadszedł listopad 2001 roku, w tym to miesiącu miała się odbyć ostatnia tego roku pielgrzymka. Żona zarezerwowała mi miejsce. Powiedziała mi o tym fakcie później. Oświadczyłem jej, że nie pojadę, bo jest zimno i nie mam ochoty. Gdy zbliżał się wyjazd prosiła mnie, abym się zgodził i pojechał. W końcu dla świętego spokoju zgodziłem się, będąc przekonany, że pielgrzymka nie dojdzie do skutku ze względu na pogodę, jak i na małą ilość chętnych. Wyobraźcie sobie, że wbrew wszelkim moim przewidywaniom pielgrzymka doszła do skutku. Chcąc nie chcąc, z oporami, dnia 12.11.2001 roku rano, znalazłem się na parkingu przy kościele Matki Bożej Królowej Polski na Woli Justowskiej. Pomyślałem sobie „trudno, zapłacone to jadę na tę wycieczkę, zobaczę może coś ciekawego”. Po Mszy św. autobus ruszył w drogę. W czasie drogi czułem się trochę nieswojo, bo ja jechałem na wycieczkę, a inni na pielgrzymkę, więc modlili się i śpiewali. Jechaliśmy tak cały dzień i całą noc, zatrzymując się na postojach. Na następny dzień, po drodze, w jednym z kościołów, ksiądz odprawił Mszę Świętą i tak wczesnym popołudniem przyjechaliśmy do Medziugorje. 



o. Jozo Zovko
   Rankiem 14.11.2001 roku wyjechaliśmy autokarem do Szerokiego Brzegu na spotkanie z ojcem Jozo Zovko – franciszkaninem, o którym wiedziałem, że opiekował się widzącymi dziećmi. W czasie tego spotkania ojciec Jozo mówił o dzieciach, o Matce Bożej i o Jej objawieniach. W końcowej części spotkania dał nam obrazek Matki Boskiej z Medziugorje, popatrzył na stojący krzyż i powiedział „oto Jezus daje wam Matkę, popatrz na Nią, zastanów się i powiedz sobie, czy chcesz mieć taką Matkę?. Jeśli tak, to przytul Ją do serca swojego.”
    
Kiedy popatrzyłem na obrazek Matki Bożej coś we mnie pękło, bardzo mnie zabolało w klatce piersiowej, pomyślałem sobie: 

   „Zawał- jeszcze tylko to mi było potrzebne”. Po chwili ból ustąpił, jakby go nie było, a z oczu polały się potoki łez. Wśród tłumu pielgrzymów zostałem sam ze swoją Matką, a Ona w moim sercu na zawsze. Tak Pan Jezus z krzyża przez usta o. Jozo dał mi Matkę Swoją, bym Ją kochał i wziął Ją do siebie, ofiarował Jej wszystko, swoje smutki i radości i modlił się o pomoc do Niej. Od tej chwili przestałem być na wycieczce, a byłem na pielgrzymce. Następny dzień a był to czwartek 15.11.2001, po odwiedzeniu innych miejsc w Medziugorje, wieczorem udałem się z innymi do kościoła św. Jakuba na różaniec i Mszę Świętą, po której było wystawienie Najświętszego Sakramentu. 


W czasie wystawienia bardzo głęboko się modliłem, prosząc Matkę o pomoc w modlitwie (nigdy wcześniej tak się nie modliłem). Modlitwa ta była największą spowiedzią mojego życia. W czasie tej modlitwy coś się stało (nie wiem co), kiedy spojrzałem na Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie poczułem taką Jego bliskość, jakby był na wyciągnięcie ręki. Zobaczyłem wspaniałą jasność bijącą od Hostii – miłą i dobrą – trudno opisać. Po chwili usłyszałem słowa: „Jestem z Tobą” – ogromna radość wypełniła moje serce, że to Pan Jezus wysłuchał mojej modlitwy. Przebaczył mi i uwolnił mnie od ciężaru win, jakie miałem w sobie. Obdarzył mnie Swoją miłością, nie muszę się bać, bo On jest ze mną. Kiedy wróciłem do hotelu – pomyślałem - muszę Panu Bogu podziękować za ogromną łaskę, jaką otrzymałem - pomodlę się przed snem”. Przeżegnałem się i mówię: „Wierzę w Boga Ojca i Syna i Ducha…” 

   Stop – nie mogłem dalej nic powiedzieć, ani wykrztusić z siebie żadnego słowa. Przeląkłem się i niczym pozbierałem myśli posłyszałem ten sam głos, co w kościele – „ Czy na pewno wierzysz w to co mówisz?” Musiałem odpowiedzieć na to pytanie, ale odpowiedź była jedna – tak wierzę. Nie wiem jak i o której zasnąłem, nie wiem, ile spałem. Wiem, że było ciemno, kiedy obudziło mnie następne pytanie – ten sam głos pytał, czy tak samo kocham moich najbliższych, jak psy, które mam w domu… Jak widzicie, bardzo trudne pytania, tylko Pan wie, o co nas pytać. Na to pytanie też musiałem dać odpowiedź – czym dla mnie są moja żona, moje dzieci i bliskie mi osoby, czym dla mnie jest każdy człowiek. Bóg jest w każdym z nas – może Go tylko nie widzimy, może Go nie słyszymy. Ja Go widziałem i słyszałem. Dziękuję mu za to, że otworzył moje oczy i uszy. Stała się rzecz niezwykła, zostałem zmieniony, jestem inny. 

   Te dwa momenty tak mnie zmieniły, że sam siebie nie mogę poznać. Stałem się innym człowiekiem, zmienił się świat moich wartości. Spotkanie i modlitwa z Marią Pavlović i przyjście Matki Najświętszej w tym czasie, wypełniły mnie ogromną radością tak, jak i otrzymane błogosławieństwo. 

  Dalej jestem na pielgrzymce, a spotkanie z Panem Jezusem w codziennej Mszy Świętej jest najdoskonalszą modlitwą – czymś, czego sobie nie wyobrażam, by mogło tego nie być. 

To jest moje świadectwo, o tym czego doświadczyłem – miłości i dobroci Jezusa Chrystusa i Matki Najświętszej. 

Bronisław, Kraków

środa, 19 marca 2014

Naszej kochanej Matuchnie, Matce Bożej z Medjugorie

Naszej kochanej Matuchnie, Matce Bożej z Medjugorie zawdzięczam tak wspaniałą łaskę, że każdego dnia wychwalam Ją za to! 


Do Medjugorie pojechałam jeszcze w liceum w ramach dwutygodniowej wycieczki do Chorwacji z grupą z parafii. W Medjugorie zanurzyłam się głęboko w modlitwie o dobrego męża. Byłam tak pewna ufności, że Mateńka Niebieska mnie wysłucha! Po roku związałam  się z Niemcem o polskich korzeniach. Był to związek na odległość. Mimo dwóch pierwszych, wspaniałych lat i planów, doszło do mnie (po 5 latach dopiero!) spotykania się na święta i wakacje, że mamy inne priorytety, inne systemy wartości. Ja chciałam zawsze móc budować szczęśliwą, religijna rodzinę, a on chciał zarabiać pieniądze. O ślubie nie chciał słyszeć. Postanowiłam zakończyć ten związek, poszłam do gruntownej spowiedzi. Przez znajomego z mojej miejscowości poznałam jego kuzyna - wrażliwego, religijnego i dobrego mężczyznę. Zauroczona tym wszystkich, zaczęłam się z nim spotykać. Po czterem miesiącach zaręczyliśmy się. Po roku wzięliśmy ślub. Od 1,5 roku budujemy każdego dnia szczęśliwy związek małżeński,  pełen miłości i rozmów do Boga i o Bogu. Jestem taka szczęśliwa, że Matka Przenajświętsza wyprowadziła mnie ze ślepej uliczki w której tkwiłam i dała mi tego człowieka!

Pani Medjugorska bądź pochwalona!

Barbara 

PS Dziękuję za świadectwo :)

poniedziałek, 10 marca 2014

Vicka o Wielkim Poście


Byłam szczęśliwa słysząc te tak natchnione słowa Vicki o Wielkim Poście, zebrane przez pewnego pielgrzyma:

“Najczęściej patrzymy na Wielki Post jak na czas, w którym dokonuje się ofiar lub praktykuje się wyrzeczenia porzucając kawę, alkohol, czekoladę, papierosy, telewizję, lub to, do czego jesteśmy najbardziej przywiązani. Ale musimy odmawiać sobie tych rzeczy z miłości do Jezusa i Maryi i czuwać nad tym, żeby z tego nie czerpać chwały osobistej. Często z niecierpliwością oczekujemy końca tych 40 dni, żeby móc na nowo pić, znowu zasiąść przed telewizorem, itd...,ale to nie jest dobry sposób, żeby przeżyć Wielki Post!

Zapewne Najśw. Panna prosi nas o ofiary, ale ona prosi nas o nie zawsze, nie tylko w czasie Wielkiego Postu. Podczas Wielkiego Postu powinniśmy ofiarowywać Bogu wszystkie nasze pragnienia, nasze krzyże, nasze choroby, nasze cierpienia, żeby móc kroczyć z Jezusem, iść z Nim na Kalwarię. Powinniśmy pamiętać o tym, żeby pomagać Mu nieść Jego krzyż, a także pytać Go: “Panie, jak mogę Ci pomóc? Co mogę Ci ofiarować?” Ponieważ to za nas wszystkich On niesie Swój krzyż. Nie mówię tego w tym sensie, że On nie jest zdolny nieść Swojego krzyża, lecz gdy złączymy się z Nim w głębi swego serca, to stanie się to czymś bardzo pięknym. Nie zwracam się do Niego tylko wtedy, gdy Go potrzebuję, lecz idę z Nim, gdy On mnie najbardziej potrzebuje, gdy On za nas cierpi.

Najczęściej, gdy mamy krzyż, który możemy Mu ofiarować, to przeciwnie, prosimy w taki sposób: “Panie, proszę Cię, zdejmij ten krzyż z moich ramion, jest bardzo ciężki, ja nie mogę! Dlaczego ten krzyż spadł na mnie, a nie na kogoś innego?” Nie! Nie o to powinniśmy prosić. Gospa powiedziała nam, że raczej powinniśmy mówić: “Panie, dziękuję Ci za ten krzyż, dziękuję Ci za wielki dar, jaki mi dajesz!”

Bardzo rzadko zdarzają się tacy, którzy rozumieją wielką wartość krzyża i wielką wartość daru, jakim są nasze krzyże, gdy są ofiarowane Jezusowi. Możemy się tyle nauczyć poprzez ten dar krzyża! W tym czasie Wielkiego Postu powinniśmy zrozumieć sercem, jak Jezus nas kocha i powinniśmy iść u Jego boku z ogromną miłością i próbować jednoczyć się z Nim w Jego Męce. Taka jest ofiara, jakiej On oczekuje z naszej strony. Idźmy więc tak, a wtedy, gdy z chwilą zmartwychwstania nastąpi dzień Wielkanocy, nie patrzmy na zmartwychwstanie z zewnątrz, bo my także zmartwychwstaniemy z Jezusem. Ponieważ staniemy się wolni wewnętrznie, wolni od nas samych i wolni od naszych przywiązań. Czyż nie jest to cudowne? Będziemy zdolni przeżywać Jego miłość i Jego zmartwychwstanie wewnątrz nas samych!

Każdy przyjęty krzyż ma przyczynę swego istnienia. Bóg nigdy nie daje nam krzyża bez przyczyny, bez sensu. Wie, w jakim momencie zdjąć nam ten krzyż. Gdy cierpimy, podziękujmy Jezusowi za ten dar, a także powiedzmy Mu: “Jeśli masz inny podarunek dla mnie, jestem gotów. Lecz przede wszystkim błagam Cię, żebyś dał mi siłę, a także odwagę do niesienia mojego krzyża i kroczenia naprzód z Tobą, Panie!”

Przypominam sobie, w jaki sposób Gospa mówiła mi o cierpieniu, gdy powiedziała: “Gdybyście znały wielką wartość cierpienia!” To naprawdę jest bardzo wielka rzecz! Następnie reszta całkowicie zależy od nas i od dyspozycji naszego serca. Wszystko będzie zależało od naszego “tak” wypowiedzianego Jezusowi. Potrzeba całego życia, żeby się tego nauczyć i iść naprzód. Każdego ranka, gdy się budzimy, możemy zacząć nasz dzień z Bogiem. Gospa nie prosi nas, żebyśmy się modlili cały dzień, lecz żebyśmy umieścili modlitwę na pierwszym miejscu, żebyśmy Boga umieścili na pierwszym miejscu, a później wykonywali nasze prace i szli naprzód we wszystkich dziedzinach naszego życia, odwiedzali chorych, itd.

Gdy czynimy akt miłości bez modlitwy, to to nie ma wartości. Tak samo, gdy się modlimy, lecz nie działamy z miłością, to to też nie ma wartości. Te dwie rzeczy, modlitwa i miłość, idą zawsze razem. I tak dzień po dniu, idziemy naprzód!” (Koniec słów Vicki)

Gdy wiemy, ile Vicka cierpi i z jaką miłością poświęca swoje życie pielgrzymom, którzy odwiedzają Medjugorje, te słowa nabierają szczególnego znaczenia. Vicka naprawdę każdego dnia przeżywa drogę krzyżową z Jezusem i wie, jaką to przynosi radość. Jaką cudowną radę daje nam na ten Wielki Post!

Słowa Vicki odzwierciedlają słowa siostry Faustyny: “O, gdyby dusza cierpiąca wiedziała, jak ją Bóg miłuje, to skonałaby z radości i nadmiaru szczęścia: poznamy kiedyś, czym jest cierpienie, ale już będziemy w niemożności cierpienia. – Chwila obecna jest nasza.” (Dzienniczek, 963)

Droga Matko, w tym Wielkim Poście, chcemy iść naprzód, pomóż nam, żebyśmy z miłością odpowiedzieli Jezusowi “tak”.

Cathy Nolan  
 15 marzec 2001
Źródło: Children of Medjugorje
Tłumaczenie na język polski: http://www.medjugorje.ws/
zdjęcia: piotr

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Matka Boża wzywa nas do czytania Pisma Świętego...

...Umieśćcie Pismo Święte na widocznym miejscu w waszych rodzinach i czytajcie je, aby słowa pokoju popłynęły w waszych sercach... (Matka Boża w Medziugorje - 25 stycznia 2014)

Sabrina: Matka Boża wzywa również do czytania Pisma Świętego. Dlaczego istotne jest, aby codziennie czytać Biblię?

O. Jozo: Słowo Boże jest zawsze żywe, stwórcze, wszechmocne i kiedy jest zamknięte w księdze to jest niczym więzień izolowany, porzucony, odrzucony. Zadaniem Bożego Słowa jest, aby być z człowiekiem i w człowieku, w tabernakulum ludzkiego serca, w życiu każdego człowieka. Ono tworzy człowieka, wychowuje, błogosławi go i wypełnia pokojem. Jest komunikacją Boga i człowieka Matka Boża od początku pragnie, abyśmy czytali Pismo Święte. Jeśli analizujemy Jej orędzia to w dwóch kwestiach znajdziemy określenie codziennie: modlitwa różańcowa i czytanie Pisma Świętego. Czytelnik musi być niczym Samuel pouczony przez Hellego: „Idź spać! Gdyby jednak, kto cię wołał, odpowiedz: Mów, Panie, bo sługa Twój słucha” (1 Sm 3, 9). W życiu codziennym trzeba znaleźć czas, aby dać Bogu okazję, by do nas przemawiał: „Mów Panie, chcę słyszeć Twój głos, Twoje Słowo w naszej rodzinie, w naszych sercach, w naszej duszy, w naszych domach”. Słowo Boże jest żywe jest ono wielkim darem, wielką łaską. Namaszczone Duchem Świętym działa w nas, żyje, przynosi wielkie owoce. Słowo Boże nieodparcie, chce abyśmy je przyjęli, aby mogło się w nas wcielić, aby nadało wyraz naszemu życiu, abyśmy uczynili je rozpoznawalnym, widzialnym. A to znaczy, że Biblia nie jest jak ludzkie słowo - czymś akustycznym, czymś informacyjnym, ale jest ona kreatywna i pełna łaski. Ona daje życie. To jest Boże Słowo, Boża komunikacja z człowiekiem. Gdy człowiek czyta Pismo Święte przed modlitwą to tworzy się pewien klimat, pewien Boski nastrój w człowieku i natchnienie Ducha Świętego, abyśmy dziękowali, czcili i błogosławili Boga. Gdy człowiek czyta Pismo Święte, wtedy słowo Boże zasiewa się w głębi naszego serca, naszej duszy, kiełkuje, rośnie i przynosi owoce łaski.

Papież w Liście Apostolskim na temat różańca daje sześć rad dotyczących dobrej modlitwy. Pierwsza rada mówi, abyśmy przed modlitwą różańcową wzięli Pismo Święte, otworzyli tekst, przeczytali fragment i zastanowili się nad nim. W ciszy serca pozwólmy Duchowi Świętemu mówić do nas i dajmy zaprowadzić się przed oblicze Pana, abyśmy mogli patrzeć i spotkać Pana. Znaleźli się przed obliczem Pana tak, jak dziecko staje przed postacią w telewizorze.
Kiedy trzymamy w ręku Biblię, wtedy jesteśmy niczym starzec Symeon, któremu matka daje na ręce Jezusa, aby ofiarował Go Panu. Biblia jest księgą, w której obecny jest żywy Bóg. On ma serce, żyje, oddycha. To jest pocałunek dla Jezusa, który mówił do nas i dzięki temu możemy powiedzieć” „Twe Słowo zostaje w moim sercu i ja będę je rozważał jak Maryja będę nim żył.”

o. Jozo Zovko OFM

...Czytajcie, medytujcie Pismo Święte i niech słowa w nim napisane będą dla was życiem. Zachęcam was i kocham, abyście w Bogu znaleźli swój pokój i radość życia... (25.02.2012)

Źródło: Sabrina Čović „Spotkania z o. Jozom” - fragment
Zdjęcie: sirokibrig.com

niedziela, 1 grudnia 2013

Te kilka dni były największą i najbardziej zwariowaną przygodą mojego życia!

Do Medugorie po raz pierwszy trafiłam w 2007r. Byłam wówczas 15-letnią, zbuntowaną dziewczyną. Nie chcę skupiać się na przeszłości, jednak muszę napomnieć o tej ciemności jaka była we mnie, aby jeszcze bardziej zajaśniała Chwała Boga.




W tamtym czasie moje życie nie wydawało mi się być złe. To, co złego robiłam usprawiedliwiałam sobie tym, że inni żyją tak samo. Mimo młodego wieku zdążyłam bardzo dużo zła narobić, krzywdząc tym zwłaszcza samą siebie. Nie chcę wymieniać wszystkich rzeczy, którymi się karmiłam. To moje pierwsze publiczne świadectwo, może za mało mam jeszcze odwagi. Byłam w różnych subkulturach, zgoliłam nawet głowę na łyso, kochałam piercing, szukałam swojego miejsca i wydawało mi się, że wszystko jest w porządku. Gdzieś wewnątrz czułam się samotna i wiedziałam, że nie do końca wszystko jest ok, ale mój tryb życia nie dawał mi czasu na głębsze zastanowienie się nad tym.

Mój stan duchowy był … właściwie nijaki. W 2007r. miałam przystąpić do bierzmowania i rozważałam czy to ma sens, skoro ja w to wszystko słabo wierzę. Moja rodzina była i jest rodziną katolicką, codziennie modliliśmy się wspólnie. Dla mnie to była piękna tradycja, wierzyłam, że jest Bóg, ale był on daleki i mi to wystarczało. Nie poczuwałam się do bycia chrześcijanką, bo nie żyłam tym zupełnie, przykazania były dla mnie niewykonalnym zbiorem nakazów, a msze były długie, nudne i nic nie wnoszące  do mojego życia. Duchowe zero. Modliłam się do Jezusa, przy większych porażkach i w lęku zwracałam się nawet do Maryji, ale było to naprawdę okazjonalne i interesowne. Myślę, że dzisiaj dużo ludzi znajduje się w podobnej kondycji duchowej. Bogu świeczkę, a diabłu ogarek.

Bóg przygotowywał mnie do tego, co miało nastąpić już wcześniej, po latach odkrywałam sens wielu zdarzeń, które miały miejsce przed, jak ja to nazywam „pierwszym nawróceniem”.
Zacznę od tego, że w 2006r. udałam się na Pieszą Pielgrzymkę Rożanostocką, jest to taka pielgrzymka młodzieży (i nie tylko) na zakończenie roku szkolnego. Brzmi pięknie, ale ja tam szłam raczej dla rozrywki, dużą część przejeżdżałam autostopem, opalając się gdzieś w polu i robiąc inne, zapewniam, nie pielgrzymkowe rzeczy. Jednak tamtego roku kupiłam sobie w Różanymstoku obrazek Jezusa Miłosiernego. Miało też miejsce spotkanie ewangelizacyjne i każdy z uczestników dostał fragment Pisma Św. Ja dostałam taki: „Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy źle się mają. Nie przyszedłem powołać sprawiedliwych lecz grzeszników”. To były pierwsze słowa Jezusa do mnie. Dowodem na to, że choć tego nie pamiętam musiało mnie to ruszyć jest to, że od tamtego momentu karteczkę z tymi słowami mam przy łóżku na specjalnym miejscu. Po kilku latach od tamtego wydarzenia, któregoś dnia mama powiedziała mi, że wyczytała ciekawą rzecz, że 25.06.2006r. w Różanymstoku był o.Jozo Zovko (dla osób związanych z Medugoriem nie muszę przedstawiać kto to taki). Pobiegłam na górę sprawdzić na obrazku datę kiedy go kupiłam, serce biło mi szybko – to była ta sama data… A w dodatku 25.06.2006r. miało miejsce objawienie Maryji! (A rok później 25.05. o godzinie 18:00 było moje bierzmowanie:)).

Od wielu lat jako dziecko miałam jeden problem natury dermatologicznej – kurzajki na stopie. Nie była to błahostka, bowiem było ich mnóstwo, przeszkadzały mi w funkcjonowaniu, były powodem mojego skrępowania. Przechodziłam operacje na stopie, a mimo to nadal odrastały, nie jest to przyjemny temat, więc oszczędzę czytelnikom szczegółów. Piszę o tym dlatego, że nadszedł taki dzień, gdy szłam dokądś pieszo poczułam niesamowite pieczenie, jakby żywym ogniem ktoś dotykał mi stopy. Pamiętam, że pomyślałam „pewnie jeszcze większa masakra mi się tam robi”, bolało mnie bardzo! Trwało to kilka dni, aż postanowiłam w aptece kupić sobie preparat „Wartner” rzekomo najlepszy na tę przypadłość. Dumna kupiłam preparat i udałam się z nim do swojego pokoju. Zdjęłam skarpetkę i odwróciłam stopę, by przyjrzeć się od której strony „ugryźć” ten problem (była ich naprawdę MASA)… Można wyobrazić sobie moje zaskoczenie – STOPA BYŁA GŁADKA, jakby nigdy niczego tam nie było! Świeża skóra, piękna skóra, jakiej na stopie nie widziałam od lat! Rozradowana zbiegłam po schodach na dół, a mama zapytała mnie, czy użyłam Wartnera. Powiedziałam jej co się stało, a ona się rozpłakała. Pomyślałam sobie „Dziwna reakcja” i udałam się przed komputer, by zająć się swoimi sprawami. Po chwili przyszła do mnie mama, w ręku trzymała jakąś kopertę. Wzruszona podała mi ją. „Pieniążki!” –pomyślałam. Otworzyłam. W środku był obrazek z wizerunkiem Maryji z Medugorie i karteczka „Maryjo, proszę o uzdrowienie stopy Oleńki”. Mama powiedziała: „Poprosiłam moją koleżankę, by w tej intencji modliła się w Medugorie. (nie znałam wtedy tej nazwy) To zasługa Maryji!”. Robi wrażenie?  Na mnie nie zrobiło. Pomyślałam, że to jakaś dewocja i pamiętam jak (ostatni raz w życiu) z pogardą rzuciłam obrazek Maryji na biurko, mówiąc „Ty i te Twoje Maryje”. Nie wierzyłam w Matkę Bożą. Miałam jej obrazki, mówiłam  (bardzo nudny dla mnie wówczas) różaniec , ale była to dla mnie tak fikcyjna postać!

Mama oznajmiła: Jedziemy całą rodziną do Medugorie!

Moja odpowiedź była oczywista: Nigdzie nie jadę.

Kiedy spojrzałam na datę wyjazdu byłam wściekła – akurat wypadały moje 16.urodziny, miała być impreza, ostatnia rzecz na jaką miałam ochotę to pielgrzymka. Poza tym program wyjazdu: Różaniec, Msza, Droga Krzyżowa, Adoracja… i tak w kółko. Dla mnie to było nie do wyobrażenia! Przekonał mnie tylko ostatni dzień, który mieliśmy spędzić nad Adriatykiem. Wszyscy znajomi śmiali się razem ze mną, że tam jadę. Nawet wymyślaliśmy jak miałyby wyglądać objawienia („pewnie włączą głos z radia”, „pewnie przyniosą tekturową Maryję”). Dziś aż mi wstyd o tym myśleć.

Wsiadłam do autokaru – 2 dni drogi, różaniec non stop. Ja, na szczęście ze starszą siostrą, miałyśmy ciągle słuchawki w uszach. Wiem, że mojej mamie było za nas wstyd, ale cóż. Dla mnie różaniec był nie do zniesienia, a cztery części to o wiele za dużo. Słuchałam historii innych osób o Medugorie, który raz tam jadą, jak Maryja zmieniła ich serca … „Banda durniów” – myślałam. Oglądaliśmy film o jakimś elektryku, który pojechał do Medugorie i zobaczył cud słońca, opowiadał o tym zafascynowany. „Ależ im piorą mózgi” – myślałam.


Na miejscu same porażki – wspólny pokój z rodzicami, lustro wielkości mojej dłoni, a na dodatek zapomniałam soczewek kontaktowych (skazana byłam na okulary – a dla mnie wygląd był bardzo ważny, a okularów nienawidziłam). Byłam wściekła. Na szczęście zapoznałam się szybko z naszymi kierowcami, którzy byli „normalni”, raczyli się miejscowym samogonem itp. Siedząc w ich pokoju z siostrą i patrząc na surowo białe ściany i jedyny „element wystroju” – obraz Jezusa w koronie z cierni powiedziałam do siostry: „ A jak to wszystko jest prawdą?”. Pamiętam jej odpowiedź, która sprawia, że dziś się uśmiecham : „Olka przestań. Posiedzimy tu te kilka dni i wrócimy do domu, nie bój się o nic!”.  Jak w wielkim błędzie byłyśmy… Te kilka dni były największą i najbardziej zwariowaną przygodą mojego życia!

Gdy cała grupa pierwszego dnia spotkała się we Wspólnocie Błogosławieństw by „oddać życie Maryji” stwierdziłam, że to sekta i wyszłam stamtąd.  Po kilku dniach w pełni świadomie zawierzyłam się Maryji u stóp góry Krizevac.

O tym czego doświadczałam w Medugorie i jak ogromny wpływ miało to miejsce na moje życie mogłabym napisać książkę (rozważę to J). Trudno mi jest pomijać pewne kwestie, bo mimo, że było to 6 lat temu, wspomnienia są tak żywe! Postaram się ograniczyć do najważniejszych wydarzeń.



Najmocniejsze przeżycie miało miejsce 2.05.2007r. ( tę datę uznaję za datę wspomnianego „pierwszego nawrócenia”).  O godzinie 3:00 udaliśmy się do Cenacolo, by czekać na objawienie Maryji. Siedzieliśmy całkiem blisko miejsca, gdzie miało być objawienie. Wszyscy byli dziwnie podekscytowani i przyznam, że ja też byłam jakaś wyjątkowo dobrze do tego nastawiona. Niestety objawienie miało być ok. 9:00, a mnie zachciało się do toalety, musiałam więc odejść z miejsca, gdzie była cała moja rodzina. Gdy chciałam wrócić do nich, grupa Włochów zaszła mi drogę (ich w M. nie brakujeJ), poprosiłam ładnie, by pozwolili mi przejść do rodziny. Jakaś kobieta odepchnęła mnie dość mocno, tak że poleciałam na ścianę. Wściekłam się. Pomyślałam „TO MAJĄ BYĆ CHRZEŚCIJANIE?! TU MA BYĆ JAKAŚ MARYJA?!?! TO O TAKICH ZACHOWANIACH MÓWIĄ CI WSZYSCY LUDZIE? TO JEST TA MIŁOŚĆ bla bla bla…?”. Wyszłam wściekła poza teren Cenacolo i usiadłam na jakimś kamieniu. Chyba wtedy miałam prawdziwą pierwszą kłótnię z Bogiem. Gadałam sama do siebie (a może do Boga?)  o tym wszystkim, kiedy nagle poczułam przynaglenie by wrócić do Cenacolo. Walczyłam z tym, ale było silniejsze. Postanowiłam jednak nie wchodzić do budynku, usiadłam pod drzewem na zewnątrz. Nagle okno budynku otworzyło się i jakiś mężczyzna wskazał na mnie ręką, przywołując mnie.  Niepewnie podeszłam do niego, a on wciągnął mnie przez okno do budynku, tak że stałam na jakimś podwyższeniu. Nagle zapadła cisza, a ja zaczęłam płakać. Poczułam ogromną Miłość zalewającą mnie, niesamowite ciepło i dobro płynące…no właśnie skąd? Nie wiedziałam, co się dzieje. A wtedy zaczęło się objawienie. Czułam szczęście. Nic nie było dla mnie ważne, wtedy tylko ta chwila się liczyła. Po wszystkim, gdy wyszłam z budynku Bóg dał mi łaskę zobaczenia cudu słońca. Gapiłam się i płakałam i śmiałam i niedowierzałam, ale przecież to była prawda -  widziałam niesamowite rzeczy. Niebo mieniło się kolorami, przepięknymi ,ciepłymi, od różu przez fiolet do żółtego, czerwonego… (to o tym piszę w piosence „Maryjo”).Nie będę opisywała całej wizji, bo kto ma wierzyć, ten już teraz wierzy i cieszy się ze mną. Następnie udaliśmy się do Oazy Pokoju. Niesamowite miejsce adoracji i ciszy. Jest tam mała kapliczka, gdzie wystawiony jest Najświętszy Sakrament. Weszłam do tej kapliczki i jedyne co pamiętam to jak zobaczyłam potężny obraz Jezusa Miłosiernego (identyczny jak ten mój z Różanegostoku), bezwładnie padłam na kolana i zaczęłam mówić :

„KochamCiękochamCiękochamCiękochamCiękochamCiękochamCiękochamCiękochamCię…”
Taki ciąg słów. Długo to mówiłam, a mówienie tego sprawiało mi ogromną radość. Pierwszy raz wyznałam Jezusowi miłość, szczerze, bo to czułam, bo cała byłam tym przepełniona.
 
Przez wszystkie dni spędzone w Medugorie zrozumiałam wiele prawd o sobie, o swoim życiu, o Bogu. Jezus pokazał mi, że nie mogę poznać Go całkowicie, nie przejmując się Jego Mamą, ani, że Jej nie mogę kochać prawidłowo nie będąc z Nim w jedności. Przez cały czas jednak byłam zbyt wystraszona, by pójść do spowiedzi. Za bardzo byłam przywiązana do moich grzechów.


Cudownym dniem był też ostatni dzień pielgrzymki (ten, w którym mieliśmy jechać nad Adriatyk). Jako jedyna z całej pielgrzymki oznajmiłam, że ja tam nie jadę. Zostałam sama w Medugorie. Miałam ogromną potrzebę pójścia na Krizevac. Za oknem była ulewa. Nie jakiś deszczyk. Ulewa. Wyszłam w bluzie i trampkach, z różańcem. Nie wiedziałam, którędy iść. Ta część opowieści jest jak z bajki, ale to nie bajka – przede mną leciały nisko ptaki, prowadząc mnie przez pola, przez łąki, przeskoczyłam nawet jakiś strumień. Szłam totalnie zdając się na Boże prowadzenie. To było niesamowite! Po długiej drodze doszłam pod górę. Słyszałam w sercu głos: „Zdejmij buty”. Zaśmiałam się – nie ma mowy. Powtórzyło się to.  Zdjęłam. Ludzie schodzili z góry w płaszczach przeciwdeszczowych, ociekając wodą. Patrzyli na mnie ze zdziwieniem. Bosa, młoda dziewczyna w taką pogodę po śliskich kamieniach na górę? Wtedy przypomniałam sobie, że pada. Zerknęłam na moją bluzę. Ona była zupełnie sucha! Mimo takiej ulewy ja w ogóle nie zmokłam!!! Z ogromną radością zaczęłam wchodzić na Krizevac, modląc się. W głowie ze szczęścia mi się kręciło.  To były najwspanialsze momenty! Nigdy nie byłam na większym „haju”! Gdy zeszłam z góry jeszcze długo chodziłam po wsi. Grupa zdążyła wrócić znad morza, a mnie jeszcze nie było.

Na tamtym wyjeździe wybrałam sobie imię na bierzmowanie: Faustyna. Wiele wydarzeń przyczyniło się do wyboru tej patronki.

Mogłabym pisać i pisać o tym w jaki sposób Maryja pomagała mi w dochodzeniu do poznawania Boga. Nie jest to jednak miejsce na to (i tak to zbyt długie świadectwo).  Napiszę już ostatnie podsumowanie. Po powrocie zaczęłam codziennie chodzić na mszę świętą, najpierw ludzie mi nie dowierzali, myśleli, że się zgrywam (włącznie z księżmi). Po jakimś czasie pragnienie Komunii zwyciężyło nad lękiem i zaczęłam przystępować do spowiedzi. Miałam wtedy jeszcze kolczyk w języku i ksiądz zwrócił mi uwagę, bym go wyjmowała jak przyjmuję Komunię. Po jakimś czasie zaczęło mnie to męczyć i wyjęłam go na zawsze. Zaczęłam czytać Pismo Święte codziennie. Codziennie przyjmować Komunię. Codziennie modlić się na różańcu. Pościć dwa razy w tygodniu. I nie były to dla mnie męczarnie. To był i jest czas spędzany z najbardziej kochanymi Osobami jakie znam. To są prośby mojej Mamy, którą kocham i chcę (nie zawsze mi się udaje) robić to, o co Ona prosi. Jestem ogromnym grzesznikiem (pisząc ogromnym wiem, co piszę), ale to Bóg w swojej potężnej Miłości działa we mnie takie rzeczy… że czasami sama otwieram oczy ze zdziwienia. Najtrudniejsze jest pozwolić Mu zająć się jakimś miejscem niekoniecznie chwalebnym. A kiedy już Go tam wpuszczę, On mnie przemienia. Przykazania Boga nie są już zbiorem nakazów nie do wykonania. Ja w ogóle nie muszę ich wykonywać, bo stały się dla mnie obietnicą Boga, że jeżeli będę się do Niego przybliżać, to On sam tego dokona w moim życiu. To trochę jak reklama zachwalająca jakiś przedmiot i opisująca jego wspaniałe cechy: „ nie będzie się psuł, nigdy się nie połamie” itp. Bóg mówi mi i każdemu z nas, że jeżeli się go „uczepimy” On sprawi, że nie będziemy mieć przed Nim innych bogów, nie będziemy używać na darmo Jego Imienia, będziemy z radością czcić „dzień swięty”, będzie w nas to wszystko wypełniał. Mówię tak, bo dla mnie to nie teoria, On tego we mnie dokonuje. O tym samym mówi Maryja w Medugorie, żebyśmy się modlili i otworzyli serca i zapragnęli – a Bóg dokona reszty „i rozwiniemy się jak kwiat”. Bóg nie odwraca wzroku. To my nie chcemy często widzieć. Minęło tyle lat, a ja wiem , że to dopiero początek. Mojżesz po przejściu przez Morze Czerwone też nie trafił od razu do Ziemi Obiecanej. Niedługo po tak wielkim cudzie lud zaczął czcić bożków, nawet manna z Nieba im się sprzykrzyła. Tak też jest w moim życiu. Ale każdy dzień traktuję jak wyzwanie i szansę bycia świętą, tam kiedyś  w Domu Ojca. I wiem, że sama tego nie osiągnę, bo to nie jest możliwe. Ale dla Boga nie ma nic niemożliwego i On mi raz na jakiś czas musi o tym przypomnieć.

Dziękuję Bogu za Medugorie. Z perspektywy czasu patrzę już bardziej racjonalnie i często zastanawiam się nad tym fenomenem. Czytam opinie przeciwników, słucham głosów osób, które krytykują to miejsce. Sama byłam po tamtej stronie. Czasami przychodzą wątpliwości, czasami zniechęcenie. Jednak gdy one przychodzą konfrontuje je ze wszystkimi doświadczeniami tamtego miejsca (byłam tam już wiele razy).  Ja nie mogę zaprzeczyć czemuś, co widziałam, przeżyłam i czego doświadczyłam. Wiem, że w tamtym miejscu poczułam czym jest (Kim jest?) sens życia. Wiem co widziałam i słyszałam. Wiem jak bardzo się zmieniłam i jak wiele Bóg dla mnie zrobił. On chce działać przeze mnie i przez każdego z nas. Czasami, zwłaszcza gdy znów z własnej woli wikłam się w jakieś grzechy zaczynam myśleć, że On już ze mnie rezygnuje – sama zrezygnowałabym z takiego „pracownika”. Jednak wtedy w uszach brzmią mi słowa „ Nie wy mnie wybraliście, ale Ja was”. Bóg wiele razy pokazał mi, że On nie rezygnuję, że On chce się posługiwać właśnie takimi słabeuszami. Tak sobie myślę, że wtedy bardziej widać Jego potęgę. Widzę to w swojej niemocy, agresji, która jest we mnie, w tych momentach Bóg pokazuje mi, że to On jest skałą, na której ja zawsze będę bezpieczna i On we mnie te słabości pokona. A wszystko za przyczyną Maryji. Są takie sfery, w których wiara ociera się o pewność, bo ja byłam bohaterką tych wydarzeń. Jednak czy wierzysz czy nie, to miejsce jest szczególnym miejscem kontemplacji, wyciszenia, modlitwy. Polecam każdemu, nie na godzinę czy dwie. Pojedź tam na kilka dni i odpocznij.

Aleksandra Marcinkiewicz

PS Dziękuję za piękne świadectwo :)))


wtorek, 17 września 2013

Arthur Boyle w Medziugorju dał świadectwo cudownego uzdrowienia

Obszerne fragmenty z wywiadu przeprowadzonego przez Marjana Sivrića dla gazety Većernji list 

Podczas festiwalu Młodych w Medziugorju dał świadectwo o swoim cudownym uzdrowieniu amerykański sportowiec Arthur Boyle.

Artur zajmował się sportem, amatorsko grał w hokej i golfa w kilku amerykańskich klubach. Został uzdrowiony na górze Kriżevac w Medziugorju 14 września 2000 roku. Zamiast iść na operację usunięcia prawego płuca poszedł z przyjaciółmi grać w golfa. Boyle opowiedział młodym wszystko od chwili zdiagnozowania choroby do momentu uzdrowienia w Medziugorju. W tym roku, tj. 13 lat od tego wydarzenia ponownie przybył do Medziugorja aby dać świadectwo swojego cudownego uzdrowienia.

Do czasu zachorowania nie był blisko Boga. Przybliżył się do Boga przez chorobę. „ Dzięki Medziugorju doznałem uzdrowienia poprzez spowiedź i przebaczenie” powiedział w krótkiej wypowiedzi dziennikarzowi przed wygłoszeniem swojego świadectwa młodym. Od kilku lat podróżuje po świecie i daje świadectwo o tym, co otrzymał. „ Nie może być uzdrowienia fizycznego jeśli nie doświadczyliście uzdrowienia duchowego”.

Bóg mnie uzdrowił. Przez ostatnie 10 lat przywiozłem dużo ludzi do Medziugorja. Niektórzy z nich zostali uzdrowieni, niektórzy zmarli. Naszym ostatecznym uzdrowieniem jest niebo, mocno podkreśla Amerykanin.

Potem powiedział ciekawostkę, która jeszcze bardziej wyjaśnia wydarzenia medziugorskie. Razem z żoną byliśmy na prywatnej audiencji u Jana Pawła II w Watykanie. Ludzie mówią, Watykan nie uznał jeszcze Medziugorje. Gdyby tak było papież nie zaprosił by nas przecież do siebie. To oczywiste dla Boylea.

Zaprzyjaźniłem się z Ivanem Dragicevićem. Wspólnie podróżujemy po świecie. Daję swoje świadectwo, a potem Ivan swoje.

*W jakich krajach byliście ?


Byliśmy w północnych i południowych stanach USA, w Peru, w Irlandii, w Kanadzie i teraz w Medziugorju. Mówienie do młodych jest bardzo ekscytujące. Gdy oni słyszą takie rzeczy jak moje uzdrowienie przyjmują to całym sercem, Bóg może uzdrowić każdego, także osobę obok mnie i każdego z nich. Myślę, że to bardzo ważne, że słyszą to ludzie młodzi. Dając świadectwo jestem przekonany, że przyczyniam się do obudzenia wiary u słuchających. Potrzebna jest nam nadzieja abyśmy mogli praktykować swoją wiarę. Po moim uzdrowieniu, gdy wróciłem do domu zaprosił mnie mój proboszcz na rozmowę bo on jeszcze nigdy nie był świadkiem cudu. Chciał potwierdzić tym swoją wiarę. Opowiedziałem o wszystkim czego doświadczyłem, z pokorą odpowiedziałem na wszystkie pytania księdza.

*Co zmieniło się od momentu uzdrowienia?

Mam 13 dzieci i 16 wnucząt. W tym roku będziemy świętować z żoną 40 lat naszego małżeństwa. Szesnaścioro wnucząt jest owocem małżeństw dwójki naszych dzieci. Syn gra profesjonalnie w hokej w New York Rangers. Drugi syn też pragnie grać profesjonalnie w hokej. Teraz uczy się na uniwersytecie. Córka jest lekarzem. W tym roku jeden z naszych synów wstępuje do seminarium duchownego. To jest owoc Medziugorja. Był ze mną dwa razy w Medziugorju, w tym roku wstępuje do seminarium i pragnie zostać księdzem. Matka Boża jest bardzo dobra dla nas.

*Co jeszcze pan robi ?

Założyliśmy grupę modlitewną w 2001 roku i od pierwszego dnia w każdy czwartek spotykamy się na modlitwie. Raz w miesiącu mamy spotkanie modlitewne z widzącym Ivanem. W sumie jest nas 12 par małżeńskich.

 *Czy kontaktuje się pan z lekarzami i jaka jest ich postawa wobec pana zdrowia?

Biorąc pod uwagę, że miałem raka musiałem kontaktować się. Na początku chodziłem na badania kontrolne przez kolejne 6 miesięcy, potem po roku. Powiedziałem przed kilkoma laty lekarzowi, że uzdrowił mnie Jezus w Medziugorju, nie potrzebuję więcej tych testów. Od 5 lat nie chodzę do lekarzy. Lekarze powiedzieli, że mogę przyjść jeśli będę chciał ale nie muszę jeżeli nie potrzebuję.

*Co obecnie pan robi ?

Obecnie pracuję dla Archidiecezji Boston, zbieram pieniądze dla kościoła, gram w hokeja, w golf, podróżuję i jest mi dobrze. Dowiedzieliśmy się od Boyla co wydarzyło się od czasu uzdrowienia do teraz.



Oto co między innymi powiedział na spotkaniu modlitewnym młodych w Medziugorju :

Przybywam z Hingham koło Bostonu. Byłem krok od śmierci. Chorowałem na raka nerek, a potem choroba objęła także płuco. Lekarze już zrezygnowali z leczenia mnie, przewidywali bliską śmierć. W 1999 roku zdiagnozowano u mnie raka. Najpierw był to rak nerki. Zostałem poddany operacji i usunięto mi jedną nerkę. Miałem nadzieję, że operacja całkowicie rozwiąże problem choroby. Osiem miesięcy później podczas badania kontrolnego lekarze zdiagnozowali u mnie 3 ogniska raka w prawym płucu. Dawali mi mniej niż 5 % szans na przeżycie. Nie mogła pomóc ani radioterapia ani chemioterapia. Jako jedyne leczenie pozostała operacja i wycięcie prawego płuca. W tym czasie mój przyjaciel zapytał mnie czy słyszałem o Medziugorju? Przypomniałem sobie, że około 10 lat temu moja córka, ta która studiowała medycynę dostała książkę z Medziugorja pt. „ Medziugorskie orędzia” i dała ją swojej mamie – mojej żonie. Żona czytała te orędzia ale nie zwracałem na nie szczególnej uwagi. Dopiero po tym pytaniu mojego przyjaciela, czy słyszałem o Medziugorju, poszedłem do domu i zapytałem moją żonę:” Czym faktycznie jest Medziugorje, co mówiłaś mi o Medziugorju?” Powiedziała mi wyczerpująco o tym miejscu modlitwy, miłości, pokoju, uzdrowienia…

 
Tydzień później nasza trójka czyli ja, mąż siostry mojej żony Kevin Gill i przyjaciel Robert Griffin siedzieliśmy w samolocie i zmierzaliśmy do Medziugorje. Artur z ciężkim rakiem płuca mimo długiej podróży zaraz po przybyciu do celu poszedł z przyjaciółmi na wieczorną Mszę świętą. W kościele było bardzo dużo ludzi. Odmawiano różaniec. Artur z przyjaciółmi przyłączyli się do modlitwy. Pomiędzy tajemnicami różańcowymi śpiewano „ Ave Maria”. Artur wzruszył się głęboko widząc jak wszyscy zebrani jednocześnie całym sercem śpiewali i modlili się. To w pewien sposób go podniosło, dało mu siłę. Następnego dnia on i przyjaciele poszli do spowiedzi. Znaleźli księdza, który był, jak mówili, bardzo życzliwy. Kiedy spowiedź Artura zakończyła się cała depresja i niepokój go opuściły. Był jak nowy człowiek. Potem poszli do medziugorskiego sklepu jubilerskiego i tutaj przypadkowo spotkali widzącą Vickę. Opowiedzieli jej o chorobie Artura i Vicka pomodliła się nad nim. Wtedy przeżył coś bardzo ważnego i silnego. Potem panowie postanowili wspiąć się na górę Kriżevac. „ Był deszczowy dzień. Kiedy wspinałem się byłem zmęczony i odczuwałem dolegliwości. Im wyżej wchodziliśmy czułem się gorzej i gorzej. W piersiach miałem ból tak silny jak nigdy dotąd. Wspięliśmy się na szczyt. Byliśmy sami, tylko nas trzech na górze Kriżevac. Modliliśmy się całymi sercami prosząc aby Bóg wybaczył nam wszystkie nasze grzechy i aby pomógł mi wyzdrowieć. Nas trzech, dorosłych mężczyzn, modliliśmy się płacząc jak dzieci…. Po modlitwie ze szczytu zadzwoniłem z telefonu komórkowego do żony bo odczuwałem i ja i moi przyjaciele, że coś cudownego działo się ze mną i dokonało właśnie na górze Kriżevac. Żona powiedziała mi, że już został ustalony termin operacji usunięcia mojego prawego płuca, cztery dni po moim powrocie z Medziugorja. Poprosiłem żonę aby zapytała lekarza czy byłoby możliwe aby jeszcze raz przed operacją, gdy wrócę do Ameryki, sprawdzić wszystko i ocenić jaka jest sytuacja z moim rakiem. Prosiłem żonę, jeżeli to możliwe aby wszystko mi poumawiała. Niedługo potem zadzwonił do mnie sekretarka lekarza, który miał wykonać operację. Powiedziała „ panie Boyle, wiemy, że jest pan w Medziugorju i również wiemy z jakiego powodu pan tam jest. To jest wspaniałe ale pan ma raka i on nie zniknie, proszę mi wierzyć . Zapewniam pana, musimy wykonać tą operację.” Po tej decyzji żona kontaktowała się jeszcze z jednym, drugim lekarzem. Od powrotu do domu wszystkim mówiłem „Bóg mnie uzdrowił, jestem uzdrowiony w sercu, duchowo zostałem uzdrowiony. Wszystko, co miałem w sobie zgniłego i chorego wyrzuciłem z siebie w Medziugorju podczas spowiedzi. Opowiedziałem im wszystko czego doświadczyłem i w ten sposób starałem się wyjaśnić to co powiedziałem na początku. Kiedy mówiłem odczuwałem pokój. To ten pokój, który przywiozłem z Medziugorje. Wszystko to, co powiedziałem znalazło potwierdzenie gdy poszedłem do nowego lekarza aby zrobić nowe badania.

Do umówionego przez żonę nowego lekarza zaniosłem wcześniejsze i aktualne klisze. Doktor wziął i kazał poczekać 5 minut na korytarzu. Po chwili poprosił mnie do gabinetu. Gładził się po brodzie i dziwnie mi się przyglądał i wreszcie powiedział, że rak jednoznacznie odszedł. Nie ma go. Wezwał wszystkich lekarzy, którzy powinni być przy operacji i powiadomiliśmy ich o tym. Wszyscy słuchali, z zadziwieniem przyjęli tą nowinę. 14 września kiedy tradycyjnie odprawiana była Msza święta na Kriżevcu zamiast iść na operację usunięcia prawego płuca poszedłem grać w golfa z Kevinem i pozostałymi przyjaciółmi.

PS Tłumaczenie z języka chorwackiego.

Bardzo dziękuję za artykuł i tłumaczenie :)

piątek, 6 kwietnia 2012

„ Znak Medziugorja ”

„Znak Medziugorja” - nowy film dokumentalny Inki Boguckiej z TVP Kraków. Film przedstawia historię objawień Matki Bożej, Królowej Pokoju w Medziugorje. Możemy w nim posłuchać i zobaczyć: tłumaczkę na język polski z Medziugorje – Agnieszkę Soldo, o. Svetozara Kraljevića OFM i widzącą Marije Pavlović-Lunetti.

Niezwykle piękny film!
Widzowie, którzy nie mają możliwości oglądać TVP Kraków, już od dziś mogą zobaczyć film poprzez Internet. <kliknij>
Nie jest to pierwszy film Inki Boguckiej mówiący o fenomenie Medziugorje. Inka bardzo Ci dziękuję za to, co robisz!

czwartek, 8 marca 2012

…Maryja podniosła mnie z upadku by Jezus mógł mnie mocno przytulić!....

"...Wzywam was, moje dzieci, pomóżcie mi waszymi modlitwami, abym mogła przygarnąć jak najwięcej serc do mojego Niepokalanego Serca. Szatan jest silny i z całej mocy chce przyciągnąć jak najwięcej osób do siebie i do grzechu. Czyha więc, aby wykorzystać każdy moment. Proszę was, drogie dzieci, módlcie się i pomóżcie Mi, abym mogła wam pomóc..." (Matka Boża w Medziugorje 25 maj 1995 r)
Pewnego dnia oglądając telewizję trafiłam na program o Medjugorje a dokładniej na świadectwo Wieśka. Nie jestem w stanie powiedzieć, co się wtedy ze mną stało, ale odczuwałam pragnienie pojechania tam. Jednak temat Medjugoria był dla mnie tematem tabu, nie wiedziałam skąd ani z kim jechać. I tak pragnienie powoli przygasało, aż prawie zapomniałam. Nie czekając długo :) Matka Boża „upomniała” się o mnie stawiając na mej drodze pewną kobietę. Podczas rozmowy z panią M….. okazało się, że jeździ ona do Medjugorie, a zapisy na pielgrzymkę zbiera kobieta mieszkająca kilka domów ode mnie. Nie zastanawiając się ani chwili zapisałam siebie i moją wówczas 4-letnią córkę. Jednak zły nie zostawił mnie w spokoju. Pojawiły się obawy, co do wyjazdu i strach. Strach o życie, o to, co się może tam wydarzyć. Moje życie nie było idealne. A Szatan, jako bardzo inteligentna istota, ma swoje metody i odpowiednie techniki, którymi doprowadza człowieka do coraz cięższych grzechów. Grzech gonił grzech i to zły mi próbował uświadomić. Próbował wmówić mi, że Bóg mnie nie kocha. Dlatego pierwszą rzeczą, jaka zrobiłam po przyjeździe była spowiedź święta. Z konfesjonału wyszłam ze łzami na policzkach, ale były to łzy szczęścia i ogromna radość przyszywała moją duszę.

Dwa dni później podczas Adoracji Najświętszego Sakramentu moja córka spytała mnie czyje ręce są nad Panem Jezusem? Było to dla mnie dziwne gdyż jeden z Franciszkanów owszem był tam i modlił się, ale klęczał za ołtarzem i nie miał dłoni podniesionych do góry. Powiedziałam córce, że tam nie ma żadnych rąk. Ale ona uparcie powtarzała pytając czyje są te dłonie??? I wskazała na monstrancje. Obok nas znajdowały się osoby z Polski zaczęły patrzyć w tym kierunku i się uśmiechać. Nie pozostało mi nic innego w tym momencie jak powiedzieć córce, że są to dłonie Pana Jezusa. Tego wieczoru działy się ze mną dziwne rzeczy. Najpierw w trakcie pacierza poczułam jak bym unosiła się do góry, nie wiem czy ja czy moja dusza. Ale było to wspaniałe uczucie. Nazajutrz mieliśmy pójść na górę Kriżevac, i wtedy zaczął się dla mnie koszmar! Okropne lęki! I ten ciągły głos powtarzający żebym nie szła, bo zginę !!! Spadniesz, kto się zajmie twoim dzieckiem !!!! Zaczęłam się modlić, lecz zły nie dawał za wygraną do momentu, gdy nie padły słowa żeby zostawił mnie w spokoju ja należę do Jezusa i Maryi. Jeśli taka jest wola Jezusa to tak się stanie. Jemu zawierzam moje życie. Lęki gdzieś znikły i ten głos też a ja spokojnie zasnęłam. Po tamtym wydarzeniu w Oazie Spokoju zawierzyłam Matce Bożej całą moją rodzinę i siebie samą. Od tego dnia wszystko zaczęło się zmieniać w moim życiu na lepsze. Dziękując Maryi za doznane łaski prosiłam by pozwoliła mi przyjechać jeszcze raz. A ona wyciągnęła Swą dłoń w moją stronę. I rok później znów byłam w Medjugorie. Nawet nie przypuszczałam, co dla mnie Pan przygotował. W czasie modlitwy o uzdrowienie duszy i ciała ryczałam jak bóbr. Na drugi dzień w główne uroczystości 30 rocznicy objawień ubrałyśmy się z córką odświętnie i poszłyśmy na nabożeństwo. Przy tak ogromnej liczbie ludzi ciężko było się gdziekolwiek wcisnąć, więc stanęłyśmy na schodkach obok konfesjonałów. Lecz mój wzrok ciągle padał na grupę znajomych, z którymi przyjechałam, a była miedzy nimi kobieta ze swą rodziną, dzięki której dowiedziałam się i przyjechałam do Medjugorje. Coś ciągnęło mnie do nich. Wzięłam córkę na ręce i przepychałam się do nich przez tłum. W trakcie Mszy Świętej zły zaczął manifestować swoją obecność.

„BĄDZCIE TRZEŹWI, CZUWAJCIE. PRZECIWNIK WASZ, DIABEŁ, JAK LEW RYCZĄCY KRĄŻY, SZUKAJĄC, KOGO POŻREĆ. MOCNI W WIERZE PRZECIWSTAWCIE SIĘ JEMU. (1P5, 8-9)

 

Za każdym razem, kiedy zaczął ryczeć na niebie tworzył się z chmur smok lub wąż. Starałam się nie zwracać na to uwagi i skupić się na modlitwie. Po mszy świętej w trakcie modlitwy o uzdrowienie duszy i ciała prosiłam Pana Jezusa by mnie dotknął, pobłogosławił. I jakież było moje zdziwienie, gdy poczułam dłonie na głowie. Spokój, radość i miłość przepełniały mnie całą. Pan dał mi spoczynek w Duchu Świętym. Zrozumiałam, że Jezus chciał ukoić mą dusze, przemienić moje życie. I zaprowadził mnie do znajomych żeby moja córka nie bała się o mnie w trakcie spoczynku. Od tamtej pory często odczuwam Jego obecność. Pan mnie ciągle dotyka i przypomina jak bardzo mnie kocha!!! Pan jest przy mnie podnosi mnie, kiedy upadam. Jezus ma wobec mnie jakiś plan jeszcze nie wiem, jaki ale nie moja wola, lecz Jego niech się stanie! Każdego dnia otwiera mi oczy jak wiele jest zła i jak wiele trzeba miłości i miłosierdzia. Chciałabym też, abyście pamiętali, że jedyną ucieczką przed wszelkiego rodzaju złem jest Jezus Chrystus i sakramenty święte, a zwłaszcza sakrament pojednania i Eucharystii.

PAMIETAJ JEZUS I MARYJA CIĘ KOCHAJĄ !!! ONI ZAWSZE SĄ PRZY TOBIE PRAGNĄ CIĘ PROWADZIC W KAZDEJ CHWILI TWEGO ŻYCIA !!! NIE DAJ SIĘ ZWIEŚĆ SZATANOWI !!!!

Ewa

PS Dziękuje za piękne świadectwo

niedziela, 22 stycznia 2012

Słowa Mirjany do krytyków Medjugorja

Jakob Marschner 17 października 2011r.

Gdy zaczęły się objawienia w Medjugorje, 16-letnia wizjonerka Mirjana Dragicevic uczęszczała do najlepszej szkoły średniej w Sarajewie, mieszkała ze swoją rodziną i była szczęśliwa. Z dnia na dzień jej beztroskie życie zastąpiły groźby i przesłuchania. „Zawsze chciałam zapytać tych, którzy uważali, że kłamię: Dlaczego miałabym kłamać? Co zyskałabym kłamiąc?” – pyta wizjonerka w jednej z nowych książek.

Mirjana Dragicevic-Soldo ze swoim mężem Marko
Usunięcie ze szkoły średniej. Prześladowania, groźby, codzienne przesłuchania. Były to dla 16-letniej Mirjany Dragicevic konsekwencje bycia wizjonerką, widzącą Maryję Dziewicę.

30 lat później, w nowej książce miejscowego autora Kresimira Sego pt. „Rozmowy z wizjonerami”, Mirjana ponownie mówi o prześladowaniach, które ją spotkały.Ukazuje w jaki sposób uległo zmianie jej dotychczasowe życie. Mirjana również zwraca się do tych, którzy zarzucają jej kłamstwo:

„Na początku, było mi ciężko, że ludzie nam nie wierzyli i mówili, że wszystko wymyśliliśmy. Stopniowo ustało to, lecz przykro mi z powodu tych, którzy w dalszym ciagu myślą i czują w ten sposób, którzy cały czas zastanawiają się czy jest to prawda czy nie, podczas gdy Nasza Pani wyciąga do nas swą rękę by prowadzić nas do zbawienia. Dlaczego tracicie czas?” – mówi Mirjana.

„Również często pytam sama siebie: Dlaczego miałabym wymyślić takie kłamstwo? Gdybym kłamała byłabym osobą nienormalną. Nawet podczas komunizmu lekarze wydali oświadczenie ,że jesteśmy normalni. Miałam szczęśliwe życie, przez 9 lat byłam jedynaczką, mieszkałam z rodzicami,którzy bardzo troszczyli się o mnie. Dlaczego miałabym chcieć odwrócić moje życie do góry nogami, dlaczego miałabym wprowadzić chaos, niepokój, udrekę i ból do mojego życia – dlaczego? Według mnie tylko osoba niezrównoważona mogłaby robić coś takiego.”

Sarajewo
„Teraz jest inaczej; komunizm już dłużej tu nie rządzi, również nie istnieje wcześniejsze państwo. Teraz dobrze jest być wizjonerem, ale dawniej...Dlaczego ktoś miałby chcieć to robić? Zawsze chciałam zapytać tych co uważali, że kłamię: „Dlaczego miałabym kłamać? Co zyskałabym kłamiąc?”

To co naprawdę ją spotkało Mirjana opowiedziała Kresimirowi Sego.

Usunięcie ze szkoly średniej

W 1981r., podczas gdy inni wizjonerzy mieszkali w Medjugorje, Mirjana mieszkała ze swoimi rodzicami i bratem w Sarajewie, obecnej stolicy Bośni i Hercegowiny, dawniej twierdzy rządzących komunistów:

„Tu w Medjugorje było łatwiej, gdyż był jeden naród i każdy był katolikiem. Inaczej było w moim przypadku gdyż byłam sama. Zanim miały miejsce objawienia, uczęszczałam do szkoły średniej. Uważana była za najlepszą tego rodzaju w Sarajewie. Jak tylko wróciłam ponownie do szkoły zostałam wyrzucona i obrzucona obelżywymi słowami.” – mówi Mirjana do Kresimira Sego.

„Mój ojciec zdołał przenieść mnie do innej szkoły ale do tej klasy uczęszczali wszyscy
uczniowie, którzy byli usunięci z pięciu innych szkół Sarajewa.Możesz sobie wyobrazić jak się czułam; Gazety były pełne strasznych artykułów na mój temat. Przeczytałam, że jestem wnuczką zbrodniarza wojennego i że Nasza Pani została wymyślona przez nacjonalistów.”

Groźby i przesłuchania

Mirjana, ( trzecia z prawej) z innymi wizjonerami w 1982r.
Władze komunistyczne nie dawały Mirjanie spokoju próbując załamać ją psychicznie.:

„Każdego dnia byłam zabierana przez funkcjonariuszy Sekretariatu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Przesłuchiwali mnie. Żądali bym napisała i podpisała oświadczenie, że o.Jozo Zovko ( ksiądz z parafii Medjugorje w czasie gdy zaczęły się objawienia) sfabrykował wszystkie wydarzenia, które miały miejsce w Medjugorje” – mówi Mirjana w nowej książce Kresimira Sego.

„Byłam przekonana, że powinnam mówić prawdę i powiedziałam im, że nigdy przedtem nawet nie spotkałam o.Jozo. Został księdzem w parafii w końcu 1980r. a ja przyjechałam do Medjugorje na letnie wakacje w czerwcu 1981r. gdy o. Jozo był w Zagrzebiu”.

„Wytrwale starałam się przekonać ich, że nie znam o.Jozo ale oni kontynuowali swoje groźby i wielokrotnie zabierali mnie na przesłuchania. W zakłopotanie wprawiało mnie to, że muszę brać usprawiedliwienie do szkoły z Sekretariatu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, jakbym była notorycznym przestępcą.” – mówi Mirjana.

Na początku objawień Mirjana próbowała spędzać więcej czasu w Medjugorje gdzie była na wakacjach gdy zaczęły się objawienia. Ale bywała wielokrotnie odsyłana do Sarajewa:

„Przyjeżdżałam ale policja odsyłała mnie z powrotem do Sarajewa. Pamiętam bardzo przykry przypadek. Przeklinali mnie, grozili mi, krzyczeli na mnie i kiedy odwieźli mnie do mojego mieszkania powiedziałam do mamy: „Mamo gdybyś tylko wiedziała jak dużo przeszłam.” Moja mama pokazała mi oczami bym była cicho i nie mówiła bo mogłoby być jeszcze gorzej.” – mówi Mirjana.

Pomoc od rodziców i z niespodziewanych stron

Mirjana podczas objawienia 18 marca 2009r
W czasie gdy odbywały się przesłuchania Mirjana była bardzo umacniana przez swoich rodziców. Zawsze doświadczała ich pomocy.

„Było mi przykro z powodu tych, którzy mnie przesłuchiwali i grozili mi. Ale podczas tej gehenny moi rodzice w najwyższym stopniu mi pomagali. Mówili mi bym była wytrwała w mówieniu prawdy, że będą mnie podtrzymywać i Bóg nam pomoże.Rzeczywiście tak było.” – mówi Mirjana.

„Jednak nie byłam jedyną osobą, która miała problemy. W rzeczywistości moje własne problemy nie miały dla mnie takiego znaczenia, myślałam: Widzę Naszą Panią, tak się przypuszcza. Pocieszalo mnie to ale ciężko mi było patrzeć jak moi rodzice i mój mały brat cierpią i płaczą.”

„Moi rodzice cierpieli prześladowania i groźby, że zostaną zwolnieni z pracy, ale Bóg pomógł nam przez to przejść. Naprawde widziałam jak Bóg działa we wszystkim. Drzwi, o których myślałam, że nigdy się nie otworzą nagle się otworzyły. Gdy myślałam, że jestem zupełnie sama zawsze był ktoś kto mi pomógł. Poprzez to widziałam jak Matka Boża działa przez różnych ludzi.”

Źródło:
Kresimir Sego: ”Rozmowy z wizjonerami”, Medjugorje 2011

Zdjęcia:
1.Mirjana Dragicevic-Soldo ze swoim mężem Marko podczas objawienia
2.Komunistyczna architektura naprzeciw wzgórz Sarajewa. Mirjana dorastała w stolicy Bośni
3.Vicka, Mirjana i Ivanka podczas objawienia w 1982r.
4.Mirjana, ( trzecia z prawej) z innymi wizjonerami w 1982r. gdy na szczęście mogła spędzić więcej czasu w Medjugorje podczas gdy przechodziła największe prześladowania w Sarajewie
5.Mirjana podczas objawienia 18 marca 2009r.

źródło: MedjugorjeToday

PS Tłumaczenie z języka angielskiego - Hanna. Dziękuję :)