poniedziałek, 19 stycznia 2009

Uczniowie na chwałę Ojca

Z rozmowy z ojcem Eugenio, 25 czerwca 2002 w Medziugorju (prowadzil VD)
Nazywam się Eugenio Maria la Barbera Pirovano i urodziłem się we Włoszech, a pracuje w Brazylii. Byłem członkiem Kongregacji do spraw Misji.
Do Brazylii przybyłem 25. stycznia 1979. W roku 1984 otrzymałem od moich przełożonych pozwolenie, by udać się do Gregorianum w Rzymie, aby ukończyć studium misjologii. Zanim zostałem tam posłany byłem proboszczem w Sao Paulo.
Kiedy przybyłem do Rzymu jeden z moich współbraci oskarżył mnie o pewną ważną sprawę, której w ogóle nie popełniłem. Poczułem się zraniony. Na początku grudnia 1987 otrzymałem telefon z Mediolanu, ze mój ojciec ciężko choruje na raka kości. Wobec tego przerwałem studia i pojechałem do ojca, by mu w niedoli pomóc i by trochę przy nim być. Wówczas zdarzyło się też cos z moim bratem, pracującym w pewnej firmie. Oskarżono go o kradzież wielkiej sumy pieniędzy, co wcale nie było prawdą. On jednakże niewinnie wylądował we więzieniu. Wszystko nie przeszło bez skutku obok mnie, więc powiedziałem sobie: Moi przełożeni niesprawiedliwie mnie ocenili, ojciec zmarł na raka, brat niewinnie siedzi we więzieniu... Wówczas myślałem porzucić stan kapłański. Przeniosłem się wówczas do pewnego domu naszej rodziny w okolicy Genui i zaszyłem się w samotności. W maju 1988 r. zaprosił mnie przyjaciel naszej rodziny, który organizował pielgrzymki do Medziugorja, bym sie z nim zabrał. Ale odmówiłem, bo w ogóle nie wierzę, ze tam się Gospa [ale tylko w odniesieniu do Matki Bożej] ukazuje, a także dlatego, ze Medziugorje leży w państwie komunistycznym. Później odwiedzili mnie dwaj inni przyjaciele, którzy dowiedzieli się o całej mej sytuacji i o tym, ze się wzbraniałem pojechać z nimi do Medziugorja. W czasie drugiej rozmowy przekonali mnie w końcu, bym z nimi razem pielgrzymował do Medjugoria. Wobec tego zabrałem sie z nimi, ale pod warunkiem, ze nie będą ode mnie oczekiwali kapłańskiej posługi.
Przybyliśmy do Medziugorja po południu i zaraz dowiedzieliśmy się, że Ivan będzie miał objawienie przy niebieskim krzyżu. Wszyscy z naszego autobusu cieszyli się, ze będą mogli przy tym być - prócz mnie, bo nie wierzyłem. Potem przyszedł Ivan i powiedział, ze nie będziemy mogli być pod-czas objawienia, gdyż tym razem przeznaczone jest ono tylko dla [jego] grupy modlitewnej. Wszyscy z autokaru posmutnieli, tylko nie ja, jako jedyny. Powiedziałem im: „Przyjechaliście do Medziugorja, ale Gospa wcale was nie kocha i nie lubi was tutaj".
Zostaliśmy zakwaterowani w jakimś domu rodzinnym. Warunki nie były wówczas takie, jakie są tam dzisiaj. Z powodu upałów pozamykaliśmy okna, a drzwi - z widokiem na Kriźevac - pootwieraliśmy. Wieczorem, około 18.00 powiedział do mnie jakiś młody człowiek: Idźmy na Krizevac i odmówmy Drogę Krzyżową!". Odpowiedziałem: „Nie pójdę z tobą, bo idziesz ze względu na objawienie, a nie by odprawić Drogę Krzyżową". W ten sposób kłóciliśmy sie trochę. Powiedziałem też jeszcze: „Widzisz, jestem dopiero od dwóch godzin tutaj, a juz sie kłócimy. To niemożliwe, by była tu Królowa Pokoju" Potem podano kolację, a w czasie gdy ją spożywaliśmy, ktoś powiedział, ze mamy patrzeć na Kriżevac, bo nad Kriżevcem widać jakąś szczególną gwiazdę. Któryś z moich przyjaciół powiedział: „Spójrz, ojcze Eugenio, to znak, ze ty masz z nami odprawić Drogę Krzyżową". A ja na to: „Jak może gwiazda przedstawiać Gospe? Takie sprawy nie podobają się nawet Kościołowi", Ktoś mi powiedział:, „Czego ty i wogóle chcesz? Chciałbyś, żeby się tobie Gospa ukazała?"
Żeby nie dopuścić do jeszcze większego sporu wziąłem płaszcz i poszedłem, by jako Kaplan przewodniczyć w Drodze Krzyżowej. Zażądałem od innych, by klęczeli przy poszczególnych stacjach i umyślnie przy każdej stacji modliłem sie dłużej, żeby ich kolana bolały. Padało coraz mocniej, ale my szliśmy dalej i modliliśmy się. Wtem spostrzegłem, ze mój płaszcz był zupełnie suchy. Kilka razy niepostrzeżenie dotykałem innych płaszczy - wszystkie były mokre. Kiedyśmy tak odprawiali Drogę Krzyżową, doszliśmy na szczyt Krizevca - przestało padać. Wystraszyłem sie i powiedziałem do ludzi: „Zostańmy tutaj, a niech każdy pomodli się osobiście". W moim sercu mówiłem: „Gospo, nie wiem, czy Ty tutaj się ukazujesz, ale jeśli się ukazujesz, chciałbym, byś wiedziała, ze nie jestem tylko dobrym Kaplanem, ale pierwszorzędnym. Spójrz, co mi sie przydarzyło: Moi przełożeni źle o mnie myślą. Mój Ojciec zmarł na raka, a mój brat niewinnie siedzi we wiezieniu. Czy to wszystko jest nagrodą za dobro, które czynie?" Tak wypomniałem wszystko Gospie i powoli poszedłem do domu. Jeszcze raz przekonałem sie, ze mój płaszcz był zupełnie suchy.

Nazajutrz poprosił mnie mój konfrater, by pójść z pielgrzymami na Podbrdo [Wzgórze Objawień]. Nie chciałem wygłaszać Kazań, a mój przyjaciel powiedział mi, ze mam tylko mówić Różaniec. Odparłem: „Jeżeli mam tylko mówić Różaniec, pójdę". Wtedy jeszcze nie stały na drodze tablice z tajemnicami różańcowymi, tylko małe, zwykłe, drewniane krzyże. Zobaczyłem mały krzyż i tam przy nim usiadłem. Wtedy podszedł do mnie pięknie ubrany mężczyzna i powiedział: „Ty jesteś ojciec Eugenio". Spojrzałem na niego i zląkłem się, ponieważ brat mój był w więzieniu, a myślałem, ze mnie wsadzą do komunistycznego więzienia. Zapytałem człowieka:, „Kim pan jest?" Odpowiedział: „Nie jest ważne kim ja jestem, ale Jezus dał mi przez Gospę przesłanie i na to, co wszystko na Kriźevcu w modlitwie wypowiadałeś ,chce ci powiedzieć, co Gaspa każe ci przekazać: Gospa powiedziała, ze ty jesteś wspaniałym Kapłanem, ale nie masz ludziom burzyć prostej wiary, jak to uczyniłeś w Brazylii, w kościele Serca Jezusowego, kiedy to ty zakazałeś pewnemu młodemu człowiekowi mówić o Medziugorju." Rzeczywiście wówczas, jako proboszcz zapobiegłem w kościele temu, ale o tym wiedziałem tylko ja sam. Wtedy ten człowiek mówił dalej i powiedział, ze mój ojciec jest z moją matką w niebie. „A tobie Gospa ponieważ jeszcze nie wierzysz da bezpośredni znak." Zląkłem się i uciekłem od tego człowieka. Poszedłem do mego konfratra i powiedziałem mu, ze chetnie bym się wyspowiadał, bowiem sądziłem, ze umrę. Opowiedziałem mu o spotkanym człowieku, który mi mówił rzeczy, o których tylko ja wiedziałem. Powiedziałem tez memu konfratrowi: „Ty, który jesteś przyjacielem Gospy, powiedz Jej, że wierzę, ze sie ukazała, ale ze juz nie życzę sobie żadnego nowego znaku, bo jeśli Ona mi da następny przekaz, ze strachu umrę" Opowiedziałem temu Kaplanowi wszystko, co przeżyłem, a on mi odpowiedział: „]eżeli Gospa tobie naprawdę cos bedzie chciała powiedzieć, to cudownie". Ja jednak odparłem mu, że tego naprawdę nie chciłbym i tyle by mi juz wystarczyło. Tak zakończyła się spowiedź.

Zanim powróciłem do Włoch, przyjechał autobus z pielgrzymami -bez Kapłana. Pytano i poproszono mnie, bym, jako Kapłan poprowadził Drogę Krzyżową, a ja sie natychmiast zgodziłem. Na początku drogi przedstawiłem się i zacząłem się modlić. Przy trzeciej stacji 18-letni może 20-letni chłopak zaczął bardzo płakać, tak że wszyscy uczestnicy patrzyli tylko na niego. Juz nikt mnie nie słuchał. Stawałem się coraz bardziej nerwowy i z powodu tego płaczu modliłem sie coraz szybciej, by móc tym szybciej skończyć. Kiedy osiągnęliśmy szczyt Kriźevca, przestałem sie modlić, a młodzieniec przestał płakać. Młody człowiek podszedł do mnie i prosił o wybaczenie. Powiedział mi, ze tak jak w jakimś filmie widział swoje grzechy i dlatego musiał płakać. Potem od nowa widział dalsze grzechy, zapłakał znowu i za nie żałował. Pomyślałem sobie, jak wiele grzechów musiał mieć, skoro zaczął płakać przy 3. stacji i płakał do 14. stacji. Następnie powiedział mi: Kiedy ty zakończyłeś modlitwę, powiedziała mi Gospa w sercu: „Twoje grzechy są ci odpuszczone, ale idź do kapłana, byś przez niego otrzymał odpuszczenie od Kościoła " Dałem mu rozgrzeszenie, i on miał naprawdę wiele grzechów, które za sobą pozostawił. Potem młody człowiek mi powiedział, ze wstrzyknął w siebie czystą heroinę. Wyciągnął z kieszeni narkotyk i go wyrzucił. Na to powiedziałem: „Nie jestem lekarzem, lecz Kaplanem. Ale wiem, że z narkotykami tak łatwo nie dasz rady skończyć. Dlatego zasięgniemy rady lekarza". Na końcu rozmowy chłopak powiedział mi: „Ojcze, jestem uzdrowiony jestem tym znakiem, który ci Gospa obiecała". Odtąd wszystko we mnie się odmieniło i od tamtego przeżycia co roku przyjeżdżam do Medziugorja - aż do dziś.

Wróciłem z powrotem do Wioch i prosiłem, bym mógł iść do Brazylii. Przybyłem tam, a archidiecezja Sao Paolo została w międzyczasie podzielona na 5 diecezji. Nowy biskup zaprosił mnie, bym objął nową parafie, gdyż tamtejszy proboszcz i wikariusz porzucili stan kapłański. Parafia byla z tego powodu duchowo zraniona. Kilka miesięcy po przejęciu tej parafii powiedzieli mi niektórzy parafinie: „Pisaliśmy do Medjugoria, prosząc o wstawiennictwo Gospy, by Pan nam przysłał właściwego proboszcza. Jesteśmy wdzięczni, ze Pan ciebie przysłał"

W roku 1993 przyjechałem do Medjugoria z wieloma pielgrzymami i byłem u Vicki podczas objawienia. Po objawieniu Vicka spytała: „Kto jest ojcem Eugenio?" Ja się nie zgłosiłem. Dopiero wieczorem poszedłem do Vicki i powiedziałem jej: „Jeżeli sie nikt inny nie zgłosił, to jestem nim prawdopodobnie ja". Vicka mi powiedziała, że Gospa mówiła, żebym opuścił swoją parafie i założył wspólnotę, która zacznie sie modlić w kościele.Odpowiedziałem Vicce: „Zapytaj Gospe, do jakiego banku mam iść, bym dostał pieniądze na założenie wspólnoty..." Było to dla mnie niemożliwe i poszedłem w Medjugorju własnymi drogami. Ale Vicka mnie znów zawołała i powiedziała, ze Gospa na nowo przekazała posłanie, ze pieniądze, które otrzymałem w spadku po ojcu nie są moimi pieniędzmi, ale nalezą do Pana Boga. Mam te pieniądze zużyć na budowe domu i założenie wspólnoty. A o resztę bedzie Ona sama dbała.

Nie bylem jeszcze z tym pogodzony, więc znowu bedąc w Brazylii, odwiedziłem biskupa i wszystko mu opowiedziałem. Na koniec jeszcze mu powiedziałem, że jestem szczęśliwy, że jestem kapłanem i kaznodzieją. Nie pasowałoby do mego życia, bym utworzył wspólnotę, gdyż w Medziugorju i przez Medziugorje powstało juz wiele wspólnot. Myślałem, ze biskup bedzie mojego zdania. Odpowiedział: „Módlmy się najpierw, potem zobaczymy..."

15 sierpnia 1994 przyszła do mnie grupa młodzieżowa z mojej parafii i oświadczyła, ze chce więcej działać. Na to odpowiedziałem: „Czego chcecie więcej? Przychodzicie na Mszę świętą, należycie do grupy modlitewnej i pracujecie w parafii. Gzy to nie dosyć?" Wówczas odpowiedziałem im, co przeżyłem w Medziugorju.
22 sierpnia 1994, zaledwie siedem dni później, w święto Maryi Królowej zadzwonił do mnie biskup i polecił, bym spisał wszystko, co przeżyłem w Medziugorju. Uczyniłem to i na tym staneło.
W styczniu 1995 r. bylem znów w Medziugorju, jak dotąd - corocznie. 11 lutego w święto Matki Bożej zgłoszono mi z Brazylii, że biskup uznał naszą wspólnotę za „Prywatne stowarzyszenie wiernych". Zląkłem sie z tego powodu i pomyślałem: Jak może biskup uznać wspólnotę, skoro jestem jej jedynym członkiem? Ale biskup jest biskupem i tak to przyjąłem.

Osobiście nigdy swojej wspólnoty publicznie nie przedstawiłem, a wszyscy młodzi mężczyźni przyszli sami; coraz więcej ludzi chciało sie dołączyć do naszej wspólnoty. Wspólnota nazywa sie „Uczniowie na Chwalę Ojca" (lunger zur Ehre des Vaters). Został też zaakceptowany strój: jasnoniebieski habit. Przez Vicke Gospa powiedziała, ze do wspólnoty bedzie posyłać ludzi pojedynczo.
Tak wiec wszyscy, którzy są we wspólnocie zostali przysłani przez Gospę. Konieczność tego wymagała - wiec rozpocząłem budować. Chciałem zbudować kościół, który byłby poświecony Królowej Pokoju. Lecz podczas budowy zrozumiałem, ze ma być poświecony Bogu Ojcu, którego jeszcze tak wielu ludzi nie zna.
Jak widać, wszystko stało sie przez Opatrzność Bożą. Gdy pieniądze na budowę sie skończyły, chodziłem do figury Gospy i mówiłem: „Jeżeli chcesz mieć dom dla dzieci, to prześlij mi pieniądze". Wtedy przybyła po raz pierwszy do Brazylii Vicka, a mój konfrater zadzwonił do mnie, mówiąc, ze Vicka chciałaby ze mną mówić. Powiedziała mi telefonicznie, ze Gospa każe mi powiedzieć, ,,ze mam przestać prosić o pieniądze, bo to jest Jej dzieło, a nie twoje". W kilka miesięcy później przybył do mnie pewien bogaty muzułmanin z Brazylii, ktory się nawrócił, dał sie ochrzcić i przeszedł na wiarę katolicką. Zaplanował cały dom, dał na to swoje pieniądze i go zbudował.

Dzisiaj jest nasza wspólnota uznana przez kanclerza kurii diecezji w Brazylii. 22 lutego 1999 wręczono nam dekret, o uznaniu jako „Publiczne stowarzyszenie wiernych" po uprzednim badaniu właściwych władz w Rzymie, bo nie bylo żadnych przeciwskazań („nihil obstat"). Naszym naczelnym zadaniem miała być troska o zaniedbane dzieci, dzieci ulicy. To bylo najważniejsze życzenie Gospy.
Kiedy w prywatnej rozmowie z Papieżem opowiedziałem mu wszystko o wspólnocie, objął mnie, a wspólnoty i nasz apostolat pobłogosławił. Tym samym także Medziugorje, gdyż wspólnota powstała właśnie z inspiracji Gospy. Ów gest wystarczył mi jako znak, i poprzednie inne znaki dane z góry, że także Rzym nas uznał.
Medjugorje. Gebetsaktion Maria -Koni gin des Friedens Nr 66 (2002). Wien, s. 20 – 24 . tłum. Krystyna Plucinska

(Miesięcznik "Znak Pokoju" nr 194/195 VII 2004r.)










na zdjęciach o.Eugenio Maria la Barbera Pirovano

niedziela, 18 stycznia 2009

"Jak matka walczy o swoje dzieci, ja modlę się i walczę o was."


Około 1 stycznia mała uliczka w Bijakovici ponownie ujrzała gromadzące się wielkie tłumy pielgrzymów. Istotnie, po dziewięciu miesiącach nieobecności z powodu zdrowia Vicka ponownie ukazała się na schodach! Jednakże nie podjęła swego zwykłego rytmu 3 dni w tygodniu jak w marcu tego roku, do kiedy powinna zakończyć się terapia jej łopatki. Vicka wiele cierpiała podczas tych ostatnich miesięcy, ale potrafiła się pogodzić z tą sytuacją wyraźnie negatywną: ileż to dziesiątek tysięcy osób mogłoby być przez 9 miesięcy dotkniętych jej pięknym świadectwem i wrócić do Boga?! Dlaczego Bóg pozwolił na długie milczenie tego wspaniałego świadka? Jaką korzyść miał zachowując ją na uboczu, gdy nie mogła się poruszać i pracować, a upominały się o nią tłumy przybyłe ze wszystkich krajów?
Vicka sama dała mi fragmenty odpowiedzi na to:
„Widzisz, jeśli Bóg na to pozwolił, to On wie, dlaczego. Więc ja jestem zadowolona. On wie, jak bardzo lubię świadczyć wobec pielgrzymów, wie, jak pielgrzymi potrzebują słuchać orędzi, więc jeśli postanowił poprosić mnie o tę ofiarę i te cierpienia, to dlatego, że ten plan był dla nas wszystkich najlepszy. Dlatego jestem zadowolona. Wiem, że wszystko, co On czyni, jest błogosławieństwem. Jestem w Jego rękach, żeby Mu służyć, On może uczynić to, co zechce i wszystko, co czyni, to Jego wybór, a ja zawsze będę Mu za to dziękowała. On widzi inaczej niż my!
My zbyt łatwo zatrzymujemy się na zewnątrz. O sprawach mamy swoje własne myśli i chcemy, żeby Bóg czynił według naszej woli. Ale nie! Widzisz, trzeba zawsze być zadowolonym z tego, co czyni Bóg, nawet jeśli chcielibyśmy czegoś innego. I wtedy przychodzi pokój serca. Jestem zadowolona z tego, że jestem z rodziną, z pielgrzymami i z przyjaciółmi, ale jestem zadowolona także wtedy, gdy jestem chora. Ważną rzeczą jest, żeby mówić jego drodze TAK i mieć do Niego pełne zaufanie. Jeśli masz zaufanie, to masz pokój!
Ale to nie przychodzi w jeden dzień. Tego uczymy się dzień po dniu i musimy pracować w naszych sercach. Musimy się modlić! Bóg zawsze chce dawać nam ten pokój, ale my musimy się modlić i na modlitwie otworzyć swe serce.”

3 – Wojna dochodzi do pełni
Pytałam Vickę, jak zachowywało się Dzieciątko Jezus, gdy Je widziała w ramionach Jego Matki w dzień Bożego Narodzenia, czy spało…
- Nie! Było całkiem obudzone, miało oczy szeroko otwarte!
- A Jego Matka, spodziewam się, promieniała z radości?!
Na moje pytanie Vicka na sekundę opuściła głowę, potem odpowiedziała:
- Tak, była radosna, to było Boże Narodzenie! Ale… To jest matka, więc gdy w sercu ma zmartwienie, to je kryje, żeby przed dziećmi pokazać radość. Ale gdy Ją się zna od dawna, to dobrze to widać…
(Zadałam to pytanie z powodu tego, co się działo podczas objawienia 2 grudnia z Mirjaną) i dodaję:
- Rozumiem, że Matka Boża ogromnie cierpi widząc, jak dzisiaj kruszy się rodzina…
- Siostro Emmanuel, dzisiaj kruszy się nie tylko rodzina, to WSZYSTKO się kruszy… - odpowiedziała mi Vicka.
Po powrocie do domu pomyślałam, żeby napisać „list otwarty do Gospy” i tutaj zamieścić kilka fragmentów z niego, żeby wzajemnie zachęcić się do modlitwy:
„Droga Gospo, sama powiedziałaś, Twoje serce ściska się z bólu, gdy patrzysz na nasze serca (2.12.07). Wiedz, że nasze serca także ściskają się z bólu na myśl o Twym ogromnym smutku, po tym wszystkim, co uczyniłaś dla nas.
Nie wiem – i nikt tego nie wie – co widziała Mirjana 2 grudnia, że tak długo szlochała po objawieniu, ale chciałabym Cię błagać: nie odchodź! Nie opuszczaj nas! Nie zostawiaj nas samych na łup dla tego świata bez pokoju i zaminowanego od wewnątrz. Nie przerywaj Twych cudownych przyjść o zachodzie słońca, ponieważ każdego dnia tyle Twych dzieci oczekuje Cię i kocha Twe odwiedziny!
Nie cofaj zbyt szybko swej ręki od nas! Zobacz: jest tylu młodych, którzy się tułają, otępiali i bez celu, tyle małżeństw się rozpada, tyle dzieci karmionych pustką i spragnionych miłości, tyle osób dotkniętych samotnością i śmiertelnie zranionych… Nie możesz nas opuścić w środku bitwy, droga Mamo, nawet jeśli tak mało odpowiadaliśmy na Twoje wezwania i sami pozwoliliśmy, żeby na nas spadły wszystkie te cierpienia! Ofiarowałaś nam swe orędzia, żebyśmy szli w życie, a my Cię zignorowaliśmy!
Twój Syn mówił nam o figowcu, którego właściciel chciał wyciąć, ponieważ nie przynosił owoców. Ale wstawił się ogrodnik: „Wszystko wokół skopię i położę nawóz”, powiedział… Droga Mamo, daj nam nową szansę, pomnóż jeszcze Twe łaski! Jesteśmy tacy twardzi i tacy zbuntowani! Spójrz na swe matczyne serce! Nie możesz pozwolić, aby nieprawość rządziła światem i zatruwała tyle Twych niewinnych dzieci już od szkoły podstawowej! Jesteś przepełniona współczuciem, jak mogłabyś pozwolić, żeby tyle Twych dzieci przepadło bez zastanowienia na tych drogach śmierci przedstawianych na wszystkich ekranach?! Jak mogłabyś nas opuścić w chwili, gdy Zachód przekracza wszelkie miary perwersji, depresji i samobójstw?
Zbyt dobrze wiesz, w jakich ciemnościach kroczymy. Ale słuchasz szczerej modlitwy i dla jednego dziecka, które płacze, rozwijasz całą siłę swego wstawiennictwa przed Ojcem Miłosierdzia. Kochana Mamo, błagamy Cię, zdwój Twe interwencje w naszej intencji i uzyskaj od naszego Ojca to, żebyś pozostawała z nami w Medjugorju jeszcze długo, długo!
Wzbudź wśród nas szeregi ludzi modlitwy i świętości i unieszkodliw tych, którzy pracują dla złego.
Po raz pierwszy w swych orędziach powiedziałaś, że walczyłaś o nas, „jak matka walczy o swe dzieci”. Nie musiałabyś walczyć, gdyby nie było wojny! Więc usłysz hałas, jaki dochodzi z frontu i zgiełk, jaki czyni nieprzyjaciel, zobacz niepokój tych, którzy jeszcze nie wzięli dobrej broni i nie bądź zmęczona naszymi wizytami!
Kochana Mamo, przyjdź nam z pomocą!”


„Drogie dzieci, całą siłą mojego serca kocham was i oddaję się wam. Jak matka walczy o swoje dzieci, ja modlę się i walczę o was. Oczekuję od was, że nie będziecie się obawiały otworzyć się, żebyście mogły kochać sercem i oddawać się bliźniemu. Im więcej będziecie to czyniły sercem, tym więcej będziecie otrzymywać i lepiej zrozumiecie mojego Syna i dar, jaki On czyni z Siebie. Niech wszyscy poznają was po miłości mojego Syna i mojej! Dziękuję wam.”


Siostra Emmanuel + (styczeń 2008r. )

sobota, 17 stycznia 2009

Uzdrowieni miłością Jezusa






Głęboko zakorzenione w każdym człowieku pragnienie bycia szczęśliwym jest terenem szczególnie intensywnego kuszenia szatana, największego wroga ludzkiego szczęścia. Jego strategia kuszenia ma na celu ukształtowanie w człowieku przekonania, że szczęście i dobre samopoczucie polega na niczym nie ograniczanym doświadczaniu przyjemności zmysłowych i doznań uczuciowych. Jest to jedno z najbardziej podstępnych i niebezpiecznych kłamstw, ponieważ w życiu ludzkim najważniejsza jest miłość i dojrzewanie do miłości a nie koncentracja na nieokiełzanym konsumowaniu przyjemności i wrażeń. Doświadczenie przyjemności, kiedy staje się nieopanowaną żądzą, degraduje i pogrąża człowieka w niewoli egoizmu, niszcząc w nim zdolność do bezinteresownej miłości, doprowadzając do głębokich duchowych zranień oraz różnych form zniewoleń przez alkohol, nikotynę, narkotyki, seks, pornografię itp. Pragnienie wiecznego szczęścia, które zakodowane jest w każdym ludzkim sercu, może zaspokoić tylko Boża Miłość. O tej prawdzie z wielką mocą świadczy grupa około 70 narkomanów, z 18 narodowości, którzy byli na samym dnie uzależnienia narkotykowego, a obecnie tworzą wspólnotę "Cenacolo" w Medjugorje. Pielgrzymom, którzy ich odwiedzają, mówią, że to sam Jezus swoją miłością leczy ich duchowe rany i wyzwala z wszelkich uzależnień. Oni tylko otwierają się na działanie Jego miłości, żyjąc w braterskiej wspólnocie, gdzie najważniejsza jest modlitwa połączona z intensywną fizyczną pracą. Nie stosuje się tu żadnego leczenia farmakologicznego, nie ma psychologów i psychiatrów. Jedyną terapią jest miłość Jezusa. Ponieważ bez modlitwy nie można spotkać i pokochać Jezusa, dlatego w kaplicy jest nieustanna adoracja Najświętszego Sakramentu. Do wspólnoty wstępują narkomani, którzy próbowali różnych form szpitalnego leczenia a po wyjściu do domu na nowo pogrążali się w nałogu. Są to, z medycznego punktu widzenia, przypadki beznadziejne, nie dające żadnych szans na wyleczenie. Tam jednak, gdzie medycyna nie daje żadnych nadziei, miłość Jezusa dokonuje cudownych, całkowitych uzdrowień. Nie staje się to jednak w sposób magiczny. Konieczna jest zgoda i współpraca człowieka przez modlitwę i pracę, oraz przynajmniej trzyletni okres pobytu we wspólnocie. Jednym z największych problemów jest decyzja wstąpienia do wspólnoty. Narkoman tak długo będzie się bronił, dopóki będzie miał możliwość zdobycia pieniędzy na narkotyki i jedzenie. W takiej sytuacji bardzo ważne zadanie mają do spełnienia rodzice. S. Elwira daje im następującą radę: "Wyrzućcie go (ją) z domu, aby nie mógł(a) więcej was wykorzystywać". Jeżeli rodzice nie zdobędą się na odwagę wyrzucenia z domu swego uzależnionego dziecka, wtedy są znikome szanse, aby taki narkoman zdecydował się na wstąpienie do wspólnoty. Kiedy wreszcie podejmie decyzję leczenia, może sam lub z rodzicami przyjechać na wizytę zapoznawczą. Jeżeli zobowiąże się zachować wszystkie reguły, które tam obowiązują wtedy zostaje przyjęty. Od tego momentu wspólnota bierze za niego całkowitą odpowiedzialność. Na początku otrzymuje opiekuna, tak zwanego anioła stróża, którym jest też narkoman, ale mający za sobą dłuższy okres pobytu we wspólnocie. Jego zadaniem jest opieka i bycie z nowoprzybyłym przez cały czas. Jest to szczególnie ważne w pierwszym okresie, kiedy odzywa się głód narkotykowy. Przez pierwsze 8 miesięcy nie może utrzymywać żadnego kontaktu z rodzicami lub przyjaciółmi. Chodzi o to, aby mógł stanąć na własnych nogach. Dopiero po tym okresie może na kilka dni wyjechać do domu. Regulamin dnia jest bardzo wymagający. Zaraz po przebudzeniu wszyscy gromadzą się w kaplicy, aby odmówić klęcząc jedną cząstkę różańca, później jest medytacja i Msza św. Do modlitwy zobowiązani są wszyscy, również ci, którzy początkowo mają do niej awersję i twierdzą, że są niewierzący. Mówi się im: ty masz się modlić, a my za ciebie będziemy wierzyć. Po niedługim czasie modlitwa ta sprawia, że młodzieńcy ci nawracają się i zaczynają traktować modlitwę jako konieczność życiową. Po śniadaniu jest czas ciężkiej fizycznej pracy w kamieniołomach. W południe znowu wszyscy gromadzą się w kaplicy, aby odmówić drugą cząstkę różańca i adorować Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie. Po obiedzie jest krótki odpoczynek i znowu praca. Wieczorem odmawia się trzecią część różańca, medytuje teksty Pisma św. Cały dzień wypełniony jest modlitwą i pracą w braterskiej wspólnocie. Nie ma telewizji i radia, nie można wychodzić na zewnątrz bez specjalnego pozwolenia. Istnieje ściśle przestrzegana reguła, że nie wolno nic kupować do jedzenia i do ubierania. Ma to być praktyczny wyraz całkowitego zaufania Bożej Opatrzności. Tak więc, ci młodzi ludzie jedzą i ubierają się tylko w to, co im inni ofiarują. Ich całkowite zaufanie Bogu sprawia, że codziennie doświadczają cudu Opatrzności Bożej, zadziwiającego wprost zatroskania Boga o nich, nawet w najdrobniejszych szczegółach. Jest to bardzo czytelny znak Bożego działania, który dodatkowo umacnia ich wiarę i ufność. W ten sposób, przez modlitwę i ciężką pracę, narkomani otwierają się na działanie Chrystusowej miłości, która cudownie leczy ich poranione serca i wyzwala z niewoli narkotyków. Idea założenia tego typu wspólnot zrodziła się w sercu prostej włoskiej zakonnicy s. Elwiry. Rozpoznała cierpiącego Jezusa w narkomanach i postanowiła przyjść im z pomocą. Przez 10 lat prosiła swoich przełożonych zakonnych, aby pozwolili jej zająć się tymi najbiedniejszymi z biednych. Wyrazili zgodę dopiero po 10 latach, ponieważ sądzili, że s. Elwira nie ma dobrego przygotowania do tego rodzaju pracy i nie da sobie rady. Kiedy wreszcie s. Elwira uzyskała zgodę swoich przełożonych, wtedy zebrała grupę narkomanów i w lipcu r. założyła pierwszą wspólnotę w Saluzzo we Włoszech. Do Medjugorje s. Elwira przyjechała po raz pierwszy z grupą narkomanów w r. Zauważyła, że w Medjugorje modlitwa chłopców i całej wspólnoty była silniejsza i głębsza. Jej chłopcy intuicyjnie odczuwali obecność Matki Bożej, nie chcieli wracać do Italii. W ten sposób powstała tutaj w Medjugorje wspólnota narkomanów "Cenacolo". Według s. Elwiry Matka Boża działa tutaj w sposób szczególny i jest niewyczerpalnym źródłem ewangelizacji, stymulując rodzenie radosnej, pięknej i czystej młodości. Obecnie istnieją już 23 wspólnoty, które założyła s. Elwira w Italii, Francji, Austrii, Chorwacji, Medjugorje, Brazylii, USA, Polsce. Aktualnie przebywa w nich około 600 narkomanów. W tych wspólnotach ma miejsce niezwykły fenomen leczenia i przywracania do normalnego życia narkomanów, którzy znaleźli się na samym dnie uzależnienia, a więc - po ludzku - w sytuacji beznadziejnej. Widać tam jak miłość Jezusa podnosi z największych upadków i uzdrawia w sytuacjach, które w medycynie uznaje się za nieuleczalne. Wspólnoty narkomanów dają nam wszystkim bardzo pouczającą lekcję. Uświadamiają nam, że człowiek jest jedynym stworzeniem, którego Bóg obdarował rozumem, wolną wolą oraz różnymi talentami i wezwał do współpracy ze Sobą przez pracę i modlitwę. Tylko przez to współdziałanie w człowieku może dokonywać się duchowy wzrost i odnajdywanie ostatecznego sensu życia. W swojej wolności człowiek może jednak odrzucić współpracę z Bogiem. Każdy zmarnowany talent i nie wykorzystana zdolność przyczynia się do pogorszenia postawy wobec siebie, Boga i innych ludzi. To nie jest przypadek, że lenistwo jest jednym z siedmiu grzechów głównych. Ulegając lenistwu człowiek odrzuca współpracę z Bogiem, a to staje się źródłem wszelkiego zła. Człowiek leniwy zakopuje swoje talenty w ziemi (por. Mt 25, 25 n). Do niego odnoszą się słowa Apokalipsy: "Znam twoje czyny, że ani zimny, ani gorący nie jesteś. Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust" (Ap 3, 15-16). W swojej pysze odrzuca prawa życia i duchowego wzrostu, które Bóg wypisał w jego sercu. Jeżeli ktoś ulega pokusie łatwizny życiowej, ucieka od wysiłku, trudu nauki i pracy a poddając się lenistwu, szuka szczęścia w nieograniczonej konsumpcji zmysłowych przyjemności, wtedy zapada na chorobę ducha, która prowadzi do różnych form uzależnień i duchowej degradacji. Mówią o tym w swoich świadectwach uzdrowieni narkomani w Medjugorje. Dla normalnego rozwoju człowieka oprócz pracy, konieczna jest codzienna modlitwa. Człowiek różni się od świata zwierzęcego między innymi tym, że w jego naturze wpisana jest potrzeba kontaktu z Bogiem. Bez modlitewnego zjednoczenia z Bogiem człowiek traci sens życia. A po odrzuceniu Boga nie wytrzymuje pustki duchowej i dlatego zapełnia ją zmysłowymi doznaniami przez narkotyki, alkohol, pornografię itp. Staje się wtedy bardziej niebezpieczny aniżeli najbardziej krwiożercze zwierzę, bo nigdy nie nasycony, zawsze agresywny i siejący zniszczenie. Narkomani podkreślają, że największą chorobą obecnych czasów jest kryzys wiary w rodzinach. Według nich tutaj tkwią główne przyczyny narkomanii i innych uzależnień. Dziecko zaczyna tracić sens życia, gdy jego rodzice troszczą się tylko o dobra materialne, a całkowicie zapominają o jego religijnych i duchowych potrzebach. Gdy starają się spełniać wszystkie pragnienia i zachcianki swojego dziecka, a zaniedbują wychowanie religijne, nie stawiają wymagań i nie mobilizują do samodyscypliny w dążeniu do stawania się coraz lepszym, przez trud codziennej modlitwy i jak najlepsze wypełnianie swoich obowiązków. W takiej atmosferze osobowość dziecka zostaje zdominowana przez egoizm. Co z kolei prowadzi do lenistwa intelektualnego i duchowego, do szukania najłatwiejszych sposobów osiągania dobrego samopoczucia, przez zaspokajanie egoistycznych zachcianek, za wszelką cenę i po najmniejszej linii oporu. Tak wyrastają wśród dzieci i młodzieży zastępy nieraz bardzo niebezpiecznych przestępców. Bez modlitwy i ciężkiej, codziennej pracy, bez samozaparcia, dyscypliny, ofiary i wysiłku niemożliwe jest osiągnięcie dojrzałości, wolności wewnętrznej i szczęścia. Ze świadectw narkomanów z Medjugorje wynika, że proces ich uzdrowienia rozpoczął się dopiero wtedy, gdy na serio uwierzyli w Boga i zaczęli otwierać się na Jego uzdrawiającą miłość przez modlitwę i ciężką pracę. Niech nigdy nie tracą nadziei na całkowite uzdrowienie ci wszyscy, którzy są uzależnieni od narkotyków, seksu, alkoholu i innych używek. Jezus uzdrawia wszystkich, którzy się nie zniechęcają i otwierają się na Jego miłość przez wytrwałą pracę, ufną modlitwę oraz sakramenty pokuty i Eucharystii.



ks. Mieczysław Piotrowski TChr Miłujcie się nr 11-12/
(zdjęcia 1-s. Elwira 2-kaplica w Medziugorje 3-Siostry z Vicką która ma objawienia Matki Bożej)

czwartek, 15 stycznia 2009

Teraz i ja rozpoznaję Go w Hostii !


Minęło już ponad dwadzieścia lat, odkąd po raz pierwszy stanęłam na czerwonej ziemi Medjugorie, leżącego obecnie w Bośni i Hercegowinie. Do miejsca, któremu przypisywano codzienne objawienia się Matki Bożej sześciorgu młodym ludziom, pojechałam nie jako pątniczka, lecz jako sceptycznie nastawiona dziennikarka protestancka. Nie uwierzyłabym nikomu, kto opowiadałby mi o zjawisku, którego sama tam doświadczyłam. Nie miałam też pojęcia, jakich zmian dokona ono w moim życiu.

Przyjechałam do Medjugorie 24 czerwca 1985 roku, to jest po ponad siedemnastu latach od swego wkroczenia w fascynujący – aczkolwiek często cyniczny – świat dziennikarstwa. Przez te lata pracowałam dla ogólnokrajowych gazet i różnorodnych magazynów – w dziedzinach od tematyki kobiecej i ludzkich zainteresowań po serwisy informacyjne oraz reportaże dochodzeniowe. Gdyby ktoś mnie zapytał, odpowiedziałabym, że byłam wszędzie i widziałam wszystko – począwszy od zuchwałego, nierzeczywistego świata gwiazd muzyki i filmu, przez spotkanie z matką Teresą z Kalkuty, po prywatną audiencję u papieża Pawła VI w Watykanie (ta ostatnia to prawdziwa sensacja); od historii o wielkiej odwadze człowieka i wspaniałych jego osiągnięciach po te o całkowitym jego upodleniu, wręcz nieludzkie. W większości z nich udało mi się zachować bezstronność i być obiektywną.

Kiedy poproszono mnie o zbadanie wydarzeń w tej nieznanej, rolniczej dolinie, która wchodziła wówczas w skład komunistycznej Jugosławii, nie spodziewałem się, że choć zachowam obiektywizm, to już utrzymaniu przeze mnie dystansu zostanie rzucone wyzwanie, jakiego jeszcze nigdy dotąd nie doświadczyłam. Fakt, że nie byłam wyznania rzymskokatolickiego, miał dla redaktora serwisu informacyjnego Irys Times, dla którego pracowałam, duże znaczenie w odniesieniu do relacji o objawieniach w Medjugorie. On sam, wychowany w wierze mniejszościowego w Irlandii Kościoła protestanckiego, uważał, że wniosę do powierzonego mi zadania zarówno obiektywizm, jak i sporą dozę realizmu. Był to pogląd, z którym się w zupełności zgadzałam. Ponadto niewątpliwie interesujący był fakt, że po raz pierwszy ogólnokrajowa gazeta irlandzka miała zamiar zamieścić reportaż o tak zwanych objawieniach, które podobno miały mieć miejsce w tej Jugosłowiańskiej miejscowości.

Było niesamowicie gorąco, kiedy o czwartej po południu kierowca samochodu, którym podróżowałam, zatrzymał się przed dwuwieżowym kościołem św. Jakuba w Medjugorie. Wysadzając mnie, obiecał odwieźć mnie później do pobliskiej wioski, gdzie miałam spać. Moją uwagę przyciągnął najpierw ogromny tłum zgromadzony wokół kościoła. Dowiedziałam się później że ponad 100 000 ludzi zjechało do doliny, aby świętować czwartą rocznicę objawień „Królowej Pokoju". Przedstawiając się kobiecie ułatwiającej anglojęzycznym pielgrzymom pobyt w parafii, poprosiłam ją o zorganizowanie spotkania z „widzącymi" oraz opiekującymi się nimi kapłanami. Z delikatnym uśmiechem przewodniczka odpowiedziała mi, że skoro wieczorna ceremonia zaraz się zacznie, może mogłabym pospacerować sobie dookoła i doświadczyć nieco atmosfery wioski. Obiecała, że nazajutrz pomoże mi zorganizować wywiady, o które prosiłam. Umówiłam się więc z nią na kolejny dzień i posłuchałam jej rady, przez następną godzinę przechadzając się naokoło świątyni, obserwując wszystko bacznie i robiąc notatki z tego, co zauważyłam. Tym, czego doznawałam od momentu, kiedy wysiadłam z samochodu i obeszłam teren wokół kościoła, było uczucie całkowitego pokoju, który zdawał się wszech ogarniać to zacofane miejsce pomimo zgromadzonych tam tłumów. Pod drzewami dostrzegłam grupki ludzi rozmawiających z księżmi lub z którymś z brązowo habitowych franciszkanów z kościoła św. Jakuba. Inni siedzieli lub klęczeli, samotnie bądź w małych grupach, modląc się, czytając lub rozmawiając ściszonym głosem w wielu różnych językach.

Cztery lata po pierwszych doniesieniach o objawieniach maryjnych ludzie z prawie każdego zakątka świata zebrali się tutaj, przyciągnięci czymś, co zdawało się zupełnie nielogiczne i niewiarygodne. Krótko po godz. 18 udało mi się znaleźć miejsce stojące z oparciem o prawą, zewnętrzną ścianę kościoła, centralnego punktu dla małych wiosek rozrzuconych po dolinie. Był koniec czerwca, słońce świeciło jasno i mocno. Wieczorne nabożeństwo się rozpoczęło; kościół był wypełniony do granic możliwości, tak że tłum ludzi wylewał się z obu jego bocznych wyjść oraz przez wyjście frontowe i rozciągał się aż do pobliskich drzew. Głośniki transmitowały nabożeństwo w lokalnym języku chorwackim dla zgromadzonych na zewnątrz wiernych. Dopiero następnego dnia odkryłam, że odmawiano różaniec. Nie zdawałam sobie też sprawy z tego, że to, czego doświadczyłam wkrótce potem, zbiegło się w czasie z chwilą codziennego objawienia. Wszystko, co wiedziałam, to to, że atmosfera wokół jest pełna pokoju, że kierowca nie wróci wcześniej niż za kilka godzin – i że mogę nawet trochę się opalić, jeśli zwrócę twarz w stronę zachodzącego słońca, tak mocno jeszcze świecącego ponad drzewami posadzonymi naprzeciw kościoła.

Stałam zatopiona w cieple i we własnych myślach o tym, z kim mogłabym jutro przeprowadzić wywiad rozpoczynający moje dochodzenie w sprawie dziwacznych twierdzeń o objawieniach, gdy nagle moją uwagę zwróciły dziecięce głosy, głośno i natarczywie przywołujące swoich rodziców. Rozglądając się, wokół, aby zobaczyć, co przestraszyło dzieci, zdałam sobie sprawę, że wskazują one na niebo przede mną. Podniosłam rękę, aby osłonić oczy przed słońcem, i skierowałam się w stronę wskazaną przez nie palcami – i na krótki moment nie uwierzyłam własnym oczom. Zamknęłam je i spojrzałam ponownie po chwili, widząc dokładnie tą samą rzecz: na wprost mnie, na niebie, słońce wirowało niczym ogromny bąk. W miarę jak patrzyłam, spod słońca zaczęły wypływać strumieniami kolory – czerwony, zielony, żółty i niebieski – okrążając je pojedynczo, a ono samo przez cały czas wirowało. Następnie środek słońca poczerwieniał, a potem przybrał kolor czarny i powrócił do normalnej jasności. Nieco z prawej strony nad nim ujrzałam coś, co wydawało się powstającymi z białych obłoczków literami. W miarę patrzenia na niebie, ponad tańczącym słońcem, pojawiło się słowo „Peace" (pokój) – po angielsku, ale napisane jakby celtyckimi literami, zupełnie takimi samymi jak w starej irlandzkiej Księdze z Kells, przepisywanej ręcznie przez mnichów wiele stuleci temu. Wydaje się, że zjawisko to trwało 20 do 30 sekund – chociaż, jeśli mam być szczera, to nie sprawdzałam czasu – potem słowo zniknęło, a słońce nadal wirowało i tańczyło. Od czasu do czasu odrywałam wzrok od tego niesamowitego widoku, żeby popatrzeć na reakcje innych. Zaledwie parę sekund po tym, jak rozpoczęło się widowisko, zdałam sobie sprawę z tego, że nie muszę przysłaniać oczu, ale mogę patrzeć prosto na słońce – co w innych okolicznościach byłoby niemożliwe. Większość ludzi zebranych wokół mnie również patrzyła szeroko otwartymi oczami na niebo i wydawało się, że wszyscy oni doświadczają tego samego nadzwyczajnego zjawiska. W pewnym momencie, kiedy się tak wpatrywałam w niebo, obserwując zjawisko, które trwało około 35 minut, wydawało się, że kręcące się słońce wraz z wirującymi wokół niego kolorami odrywa się od nieba i pospiesznie kieruje się na nas. Wokoło słyszałam okrzyki strachu pomieszane z wypełnionymi przerażeniem modlitwami, a jasność słoneczna zbliżała się coraz bardziej – aż w końcu widziałam jedynie złote światło. Co dziwne, zdałam sobie sprawę z tego, że nie odczuwałam strachu, gdy światło się zatrzymało i później wycofało się z powrotem na niebo, gdzie słońce kontynuowało wirowanie. Wkrótce potem nastąpiła ta część tego osobliwego zjawiska, która wywarła faktyczny i długotrwały efekt na moje życie. Otóż gdy się tak wpatrywałam w słońce, zobaczyłam coś, co wydawało się tryskającą z niego fontanną światła. Podobnie jak w przypadku wodnej fontanny tam, gdzie fontanna światła osiągała swój najwyższy punkt, rozdzielało się ono i ku memu najwyższemu zdumieniu ukazała się w tym miejscu postać z rozwartymi ramionami. Była ona tak jasna i świecąca, że nigdy nie będę w stanie opisać jej ubioru, ale rozpoznałam ją natychmiast, pomimo swego wieloletniego braku zainteresowania sprawami religijnymi: był to zmartwychwstały Chrystus. Świetlista postać była tak wyraźna, że mogłam dostrzec nawet rękawy, które zwisały jej z nadgarstków, spadając w dół aż po skraj szaty, gdzie dotykały jej stóp. Starałam się, jak mogłam, lecz nie udało mi się dostrzec rysów jasno promieniującej twarzy Chrystusa, chociaż wiedziałam, że była tam, otoczona włosami spadającymi do ramion. Ludzie stojący w pobliżu trącali mnie w ramię, pytając: „Widzi pani hostię wyłaniającą się ze słońca?". Nie wiedząc, co to jest hostia, odpowiadałam niezmiennie: „Nie, ale czy widzi pan/pani postać wychodzącą ze słońca?". Dziewięciokrotnie postać owa znikała, aby niemal natychmiast powrócić, zawsze poprzedzona fontanną światła. Przypominam sobie że w pewnym momencie trzymałam swoją rękę przed twarzą – a mimo to cały czas widziałam ową sylwetkę, jakby mojej ręki tam w ogóle nie było! Stojąc tak w miejscu i wpatrując się w niebo, zdałam sobie sprawę, że łzy płyną mi z oczu i że jedyną myślą wypełniającą mój umysł jest to, iż stoję w obecności Boga.

Później, gdy słońce powróciło już do swej naturalnej i nieruchomej pozycji na niebie, rozmawiałem z około trzydziestoma osobami, stojącymi koło mnie, pytając o ich doświadczenia, ale nie wspominając o swoim własnym. Doświadczenia wielu z nich były podobne do mojego – ludzie ci widzieli wirujące słońce, kolory owijające się wokół niego i większość z nich była również świadkami tego niewytłumaczalnego pędu słońca w kierunku ziemi. Niektórzy twierdzili ponadto, że w samym centrum jasności widzieli postać kobiety z dzieckiem na ręku, inni – że widzieli krzyż. Nikt nie widział słowa 'Pokój". Najbardziej zdziwiło mnie jednak to, że nikt nie wspomniał o świetlistej postaci, której pojawienia się byłam wielokrotnym świadkiem. Dopiero po powrocie do domu mój mąż, człowiek głębokiej wiary wyznania rzymskokatolickiego, który nie był nigdy w stanie zachwiać moją wiarą protestancką, powiedział mi spokojnie, lecz z całkowitą pewnością: „Nie rozumiesz, co się stało? Inni widzieli zbliżającą się hostię i rozpoznali w niej Jezusa. Ty widziałaś ciało, bo nie znałaś pojęcia hostii". Było to spostrzeżenie, które w przyszłym czasie miało całkowicie odmienić moje życie. Jednakże w ciągu następnych dni odłożyłam na bok to swoje doświadczenie i zabrałam się do ustalenia tego, z kim z widzących, kapłanów oraz innych ludzi mogłabym się tu spotkać. Spodziewałam się, planując swoją podróż, zastać tutaj jakąś maryjną propagandę, jednak zamiast tego odkryłam ewangeliczne wezwanie. Sześć młodych osób relacjonowało, że Dziewica mówi: „Powróćcie do mojego Syna, nawróćcie się, pośćcie, zmieńcie swoje życie!". Było to wezwanie Matki, które wydawało się znajdować płynący z głębi serca oddźwięk w niemal każdej osobie, która odwiedzała tę dolinę.

Kilka dni po przybyciu do Medjugorie zostałam przedstawiona kapłanowi, którego widziałam wcześniej, gdy modlił się nad ludźmi. Byłam zdecydowana omijać go z daleka, gdyż jego zachowanie wydawało mi się nie normalne – nigdy nie widziałam podobnych rzeczy. Jednakże moja anglojęzyczna przewodniczka poznała nas ze sobą i ku swemu przerażeniu usłyszałam, jak zwraca się do owego księdza: „Ojcze, czy mógłbyś pomodlić się z Heather?" Zanim się w ogóle zorientowałam , co się dzieje, już siedziałam na dużym kamieniu, niedaleko kościoła, a ów kapłan położył ręce na mojej głowie i począł wzywać Ducha Świętego. Modlił się za moje życie, moją rodzinę i moją pracę dziennikarską. Prosił Ducha Świętego, aby mnie prowadził. Powiedział mi również, że podczas modlitwy ujrzał dla mnie dwie drogi prowadzące z Medjugorie. Jedna była tą, którą przyjechałam do doliny – i będę mogła nią powrócić, jeśli będę chciała. Ą po chwili dodał, że Pan Bóg otwiera dla mnie inną drogę i że jeśli ją wybiorę – On zmieni moje życie na zawsze. Stwierdził, że Bóg chce mi coś powiedzieć i że gdy się pomodlę i otworzę Biblię, On do mnie przemówi. Pomyślałam wtedy właśnie tak:, „Dlaczego i jak Bóg chce do mnie mówić – skoro ignorowałam Jego istnienie przez tak wiele lat?"…

W nocy poprzedzającej mój wyjazd z Medjugorie mój umysł był pełen tego, czego doświadczyłam w ostatnich dniach. Uznałam, że zostałam postawiona twarzą w twarz z rzeczywistością Bożego istnienia. „ Co ja teraz z tym zrobię?" – to pytanie nie dawało mi spokoju. Przypominając sobie, że kapłan polecił mi się modlić, uklękłam przy łóżku. „ Ale jak i co się modlić po tak wielu latach?" – zastanawiałam się. I wówczas przypomniałam sobie, że jeden z pielgrzymów, stojący przede mną podczas porannej Mszy odprawianej w języku angielskim ( w której uczestniczyłam głównie ze względów zawodowych), niespodziewanie odwrócił się do mnie i podał mi kartkę papieru. Była na niej wypisana modlitwa. Włożyłam tę kartkę do kieszeni z zamiarem wyrzucenia jej do pierwszego napotkanego kosza na śmieci. Teraz jednak wyciągnęłam ją z kieszeni, rozwinęłam i zaczęłam czytać. Była tam modlitwa do Ducha Świętego, zapraszająca Go do mojego życia, aby je zmienił i uzdrowił oraz aby odtąd mnie prowadził. W miarę czytania coraz bardziej zdawałam sobie sprawę z tego, że oczy mam pełne łez – a potem przypomniałam sobie, że ów niedawno poznany ksiądz mówił mi, iż Bóg ma dla mnie wiadomość i że jeżeli otworzę Biblię, On sam będzie do mnie mówił. Co bardzo dziwne – kiedy dzień przed wyjazdem pakowałam swoje rzeczy, w ostatnim momencie wrzuciłam do walizki Biblię. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Być może dla tego, że jechałam do tak zwanego miejsca religijnego i mogłam potrzebować broni, aby odrzucić twierdzenia, z jakimi mogłam się tam spotkać. Teraz podniosłam się z klęczek i wyciągnęłam z walizki tę biblię. Dostałam ją w prezencie na swoje 21. Urodziny – od ciotki, która była misjonarką w Kenii. Otwierałam ją dotychczas tylko wtedy, kiedy szukałam odpowiednich słów, które mogłabym dodać małą czcionką na końcu zamieszczanego w dzienniku anonsu o śmierci członka rodziny. W tamtej chwili, pamiętając słowa modlącego się nade mną kapłana i nie wiedząc, co robić ani w jaki sposób Bóg będzie do mnie mówić, otworzyłam ją w przypadkowym miejscu. Biblia nie była prawie używana i mogłam ją otworzyć gdziekolwiek. Jednakże gdy spojrzałam na tekst, moje oczy natychmiast powędrowały do grupy wersetów, które zaczęłam czytać. Był to urywek z Ewangelii wg. Św. Jana, w którym Jezus mówił do swoich uczniów o chlebie życia: „Jeśli nie będziecie jeść Ciała Syna Człowieczego ani pić Jego Krwi, nie będziecie mieli życia w sobie. Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym. Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem". Dotychczas, podobnie jak niektórzy z uczniów, całkowicie odrzucałam w wyznaniu katolickim rzeczywistą obecność Jezusa w Eucharystii. Teraz jednak, w ciszy tego pokoiku w tak dalekim kraju, uczucie głębokiego pokoju wstąpiło do mojego serca i usłyszałam samą siebie, jak mówię Jezusowi: „Wiesz, Panie Jezu, że jest to dla mnie podstawowa przeszkoda w uznaniu wiary katolickiej. Lecz jeżeli chcesz, daj mi łaskę, abym mogła to pojąć i zaakceptować".

Dopiero tydzień po swym powrocie do domu zebrałam się na odwagę, aby opisać to, co zaobserwowałam w Medjugorie – ale nawet wtedy nie potrafiłam się przemóc, aby opowiedzieć coś z bardziej osobistych szczegółów. I po wnikliwym w ten sposób rozgłosie – nie tylko w dzienniku, w którym pracowałam, ale również w mediach – mógł to być koniec tej historii. Jednak mimo że się starałam, jak mogłam, nie udawało mi się zignorować tego, czego doświadczyłam. Od tamtej pory zaczęłam uczestniczyć z rodziną we Mszy Świętej. Potem dołączyłam do lokalnej grupy modlitewnej, w której głęboka wiara i prawość napełnionego Duchem Świętym kapłana jeszcze bardziej dotknęły mojego serca. Wszystko to spowodowało, że zaczęłam wierzyć w rzeczywistą obecność Jezusa w Eucharystii oraz w moc uzdrawiającego wpływu Eucharystii na nasze życie. Jednocześnie coraz bardziej pragnęłam wstąpić do Kościoła katolickiego i doświadczać radości tego wielkiego daru eucharystycznej obecności Jezusa w moim życiu. Ale decyzja o odwróceniu się plecami od pełnego wiary Kościoła, w którym się wychowałam, oraz od swojej rodziny, którą bym mocno tym zraniła, nie była dla mnie łatwa do podjęcia. Modliłam się więc i cierpiałam.

W końcu pewnego dnia, kiedy wraz z grupą osób ze swojej parafii udałam się na nocne czuwanie do bazyliki w Knock – miejscowości w zachodniej Irlandii, gdzie Matka Boża przeszło sto lat temu ukazała się grupie wieśniaków i objawienie to zostało uznane przez Watykan – uczyniłam to, co powinnam zrobić dużo wcześniej. Złożyłam mianowicie cały problem w ręce Jezusa i Jego Matki Matyi oraz poprosiłam Ich, aby wskazali mi dalszą drogę. Tej nocy w bazylice była również obecna siostra Briege McKenna, osoba obdarzona szczególnymi darami oraz specjalną posługą dla kapłanów, która wygłaszała tam konferencję. Mówiła z pasją o prawdziwej obecności Jezusa w Eucharystii oraz o uzdrawiającej mocy Eucharystii w naszym życiu. Wszystko, co mówiła s. Briege, było zgodne z tym, w co zaczęłam już wierzyć swym sercem – ale nie miałam odwagi na dalsze działania. Przez łzy, w miarę jak słuchałam, Bóg udzielił mi odwagi do podjęcia decyzji. Wróciłam do domu i rozpoczęłam przygotowania do przyjęcia wiary rzymskokatolickiej. W dniu 8 grudnia 1988 roku – w święto Niepokalanego poczęcia i zarazem w trzy i pól roku po swojej pierwszej podróży do Medjugorie w zamiarze napisania demaskującego artykułu o wydarzeniach, do których miało tam dojść – zostałam przyjęta do Kościoła powszechnego. Pełna wiara, do której doszłam, w rzeczywistą obecność Jezusa w Eucharystii stała się fundamentem, na którym zbudowałam swoje życie. Teraz i ja rozpoznaję Go w Hosti – zupełnie tak samo, jak owego czerwcowego wieczoru rozpoznały Go osoby zgromadzone wokół mnie w tym tak bardzo błogosławionym miejscu nazywanym Medjugorie.

 Heather Parsons, Irlandia (artykuł zamieszczony jest w nr.4 Katolickiego dwumiesięcznika „ Miłujcie się!")

środa, 14 stycznia 2009

Świadectwo Wieśka z Medziugorje!


"Sięgnąłem po narkotyki z braku miłości."
Ale teraz już wiem, że Bóg jest miłością - Od dnia, kiedy Pan Bóg mi wybaczył, wiem, że On jest miłością, że zawsze nas kocha - mówi Wiesiek Jindraczek, który niemal połowę swojego życia - 20 lat - stracił przez narkotyki. Wiesiek - sympatyczny, zwalisty brodacz - to najbardziej charakterystyczny Polak w Medjugorje. Ma 48 lat. Pochodzi z Pomorza, ale od 6 tygodnia życia wychowywali go dziadkowie w Jaśle. Tam spędził 25 lat.Zabiłem wielu ludzi, dając im strzykawkę- Wychowałem się w rodzinie katolickiej, byłem ochrzczony, bierzmowany, przystąpiłem do I Komunii - opowiada Wiesiek. - Ba! Przez całą podstawówkę byłem nawet ministrantem u oo. Franciszkanów w Jaśle. Ale wiek 15 lat to dla młodych ludzi bardzo trudny okres - buntu, pytań o sens życia. Wtedy powiedziałem Panu Bogu: „nie potrzebuję Cię". W moim życiu powstała pustka. Dziadkowie bardzo mnie kochali, ale nie mogli zastąpić mi ojca i matki. Zaczęła się jazda w dół.Wiesiek przeszedł „typową" - jak mówi - drogę: w liceum zaczęły się imprezy ostro zakrapiane alkoholem. Po kilku latach przestało mu to wystarczać. Zaczął brać środki psychotropowe, często popijając je alkoholem. Potem sięgnął po narkotyki. - Poznałem narkomana, który przywiózł mnie do Rzeszowa, na melinę. Tam pokazano mi, jak się produkuje „polską heroinę", czyli tzw. kompot. Po powrocie do Jasła zacząłem go produkować i ćpać. Technologia produkcji była dość prymitywna. Wystarczył surowiec, czyli słoma makowa, kilka garnków, kuchenka gazowa i kilka prostych odczynników. Produkował najpierw dla siebie, później częstował kolegów, wreszcie zaczął się handel narkotykami dla pieniędzy. - Narkotyk zabiera człowiekowi wszystko: zdrowie, życie - przestrzega Wiesiek. - Ale po drodze zabiera również sumienie, zasady moralne, godność ludzką. Gdy wpadłem w nałóg, liczyło się tylko jedno: zdobyć działkę. Przez 20 lat naczelną zasadą mojego życia było napełnić strzykawkę każdym sposobem, bez oglądania się, ile zła po drodze wyrządzę. Liczyło się tylko, by nie być na głodzie.Wiesiek mówi o sobie, że jest chodzącym cudem lub - jak kto woli - wybrykiem natury. - Nie powinienem już żyć. Narkotyki szybko zabijają człowieka. Wielu ludzi, którym dałem po raz pierwszy do ręki strzykawkę, już poumierało. Jestem ich mordercą.W 1985 r. musiał opuścić Jasło. - Stałem się „wrogiem publicznym nr 1", byłem obiektem powszechnej nienawiści. Pojechałem do Kołobrzegu, do rodziców. Tam od razu znalazłem sobie kolegów i ćpałem dalej. Staczałem się coraz bardziej. Ożenił się. Żona wytrzymała tylko po 5 lat. - Potrafiłem sprzedać nawet pierścionek zaręczynowy. Na niedługo przed przyjazdem do Medjugorje ukradłem mamie pieniądze, które dostała z ZUS na pogrzeb ojca. Żadnych skrupułów.Przygarnął mnie ojciec SlavkoW 1999 r. zaczęła się droga Wieśka ku wyzwoleniu. - Wracałem naćpany do domu - opowiada. - Spotkałem księdza. Do dziś nie mam bladego pojęcia, co mnie tknęło, że do niego podszedłem. Od 25 lat nie chodziłem do kościoła, byłem ateistą, mój Bóg umarł w oparach narkotyków. Okazało się, że to ks. Wacław Grądalski, proboszcz parafii Wieśka. Jego idee fixe było utworzenie w Polsce domów Cenacolo - powstałych we Włoszech wspólnot przygarniających narkomanów (taka wspólnota znajduje się również w Medjugorje). - Zabrał mnie do kancelarii parafialnej, zaczął mnie namawiać do wyjazdu do Medjugorje na leczenie. Nie chciałem nigdzie jechać. A ponieważ ksiądz znał moją mamę, więc właściwie zmusili mnie do wyjazdu. Moja mama, po 20 latach mojego nałogu i po 14 latach od powrotu z Jasła, dojrzała do tego, by powiedzieć mi krótko: „albo się będziesz leczył, albo nie masz wstępu do domu". Wiedziałem, jak ciężkie i smutne jest życie na ulicy, więc postanowiłem, że pojadę do Medjugorje. Ale nie chciałem się leczyć. Pomyślałem: posiedzę tam trochę, sprawa przyschnie, wrócę i będę ćpał dalej.Do Medjugorje Wiesiek przyjechał w kwietniu 2000 r. We wspólnocie Cenacolo wytrzymał 6 dni. Odszedł twierdząc, że to jakaś sekta, oszołomy, dom wariatów. Nie spodobały mu się panujące tam bardzo surowe reguły życia. Postanowił wrócić do Polski. Problem w tym, że został bez środka transportu, bo grupa pielgrzymkowa, z którą przyjechał, już wyjechała z Medjugorje. Musiał wyprowadzić się z pensjonatu, z którego właścicielami miał umowę, że może tam mieszkać dopóty, dopóki będzie chodził do Cenacolo.Wylądował na ulicy. Bez znajomości języka, bez środków do życia, bo za pieniądze, które dostał na pielgrzymkę, kupił zapas narkotyków, które zresztą akurat się skończyły. Spał na ławkach, pił non-stop, by zapomnieć o głodzie narkotykowym. - Po tygodniu takiego życia miałem już wszystkiego serdecznie dość - opowiada Wiesiek. - Chciałem wziąć kawałek sznura i powiesić się.Na szczęście, spotkał organizatora grup pielgrzymkowych, który obiecał mu, że go zabierze do Polski. Ale dopiero za kilka dni, w środę. „Do środy musisz sobie jakoś poradzić" - powiedział WieśkowiJakiś czas potem Wiesiek spotkał przed kościołem polskiego franciszkanina, który opowiedział mu o ojcu Slavko Barbariciu, nieżyjącym już dziś „dobrym duchu" Medjugorje. - Powiedział mi, że ojciec Slavko ma podopiecznych takiego samego pokroju jak ja: alkoholików, narkomanów, schizofreników. „Śmieci ludzkie" pozmiatane z całej Europy, które wychowuje i przywraca do życia. Ten polski zakonnik poradził mi, żebym poszedł do ojca Slavko i poprosił, że chcę z tymi ludźmi pracować, a on niech da mi do środy jedzenie i spanie. A w środę wsiądę w autobus i wrócę do Polski.Wiesiek tak zrobił. Spotkał się z ojcem Slavko jeszcze w piątek wieczorem. Powiedział mu wprost, że jest starym narkomanem i że nie chce się leczyć. Zakonnik tylko dziwnie się uśmiechnął, popatrzył i powiedział: „nie ma sprawy, mamy umowę do środy. Będziesz pracował z moimi chłopakami, a ja ci dam za to jedzenie i spanie". - Wydaje mi się, że on już wtedy wiedział, że ja z Medjugorje nigdzie nie wyjadę - twierdzi Wiesiek.Ostatnią noc przespał jeszcze na ławce. W sobotę rano poszedł do pracy z podopiecznymi ojca Slavko. - Po pracy jeden z nich zabrał mnie na kwaterę, gdzie pierwszy raz od tygodnia umyłem się i próbowałem coś zjeść. Potem poszliśmy do kościoła. Mówiąc szczerze, to co się tam działo, kompletnie mnie nie interesowało. Poszedłem tylko dlatego, że tego wymagał od swoich chłopaków ojciec Slavko. W kościele czułem się jak w teatrze.To było moje dno. I wtedy stał się cudW Medjugorje w każdą sobotę pomiędzy godz. 22 a 23 jest adoracja Najświętszego Sakramentu. Chłopak, który opiekował się Wieśkiem, zapytał, czy chce na niej zostać. - Byłem potwornie zmęczony - mówi Wiesiek - i do dziś nie wiem, dlaczego odpowiedziałem temu człowiekowi: „słuchaj, wszyscy zostają, to ja też zostanę". Zaczęła się adoracja. Siedzieli w ławkach na zewnątrz kościoła, bo ludzi było tyle, że nie dało się wejść do środka. - Nagle ogarnęła mnie ciemność. Ta ciemność, która była we mnie, w mojej duszy. Zgasły we mnie wszelkie uczucia, tak jakbym umarł. Zgasła ostatnia iskierka nadziei. Została we mnie potworna, czarna rozpacz. Potworny żal, ból wewnętrzny. To było moje dno. Poczułem się tak, jakby nagle znikła cała ludzkość. Zostałem sam na sam z rozpaczą, która mnie dusiła. Wyłem z tej rozpaczy. W akcie desperacji zwróciłem się o pomoc do Tego, w którego nie wierzyłem. Bardzo prosto, z najgłębszej głębiny serca, powiedziałem: „Panie Boże, jeżeli istniejesz, zrób coś, bo nie mam siły, by dłużej tak żyć. Albo mnie stąd zabierz, albo zmień moje życie". To był dosłownie pstryk, i w jednym momencie wszystko się zmieniło. Znikła ciemność, rozpacz, żal. Znikł głód narkotykowy i alkoholowy. To był cud uzdrowienia duchowego i fizycznego. Pojawił się wewnętrzny spokój, jakiego nigdy w życiu nie dał mi żaden narkotyk. Wracając z kolegą do domu, Wiesiek powtarzał w kółko jedno zdanie: „Boziu kochana, zrób tak, aby ojciec Slavko nie kazał mi w środę wracać do Polski". Nie miał jeszcze wtedy świadomości, że była to forma modlitwy.Został w Medjugorje. Kilka miesięcy później został wyzwolony z innego nałogu: palenia papierosów (palił 60 dziennie). To było w kaplicy „Oazy Pokoju", do której tak lubił przychodzić. Tamtego dnia, jak zwykle, przyszedł, przywitał się z Jezusem, usiadł. - Nagle potwornie zachciało mi się palić - opowiada. - Powiedziałem: „Jezu kochany, wyskoczę sobie teraz na papieroska, za 3 minuty jestem z powrotem". Wyszedłem, zapaliłem. Kiedy wróciłem, w moim sercu usłyszałem głos: „co ty robisz, człowieku? Przychodzisz na spotkanie z najlepszym Przyjacielem, jedynym jakiego masz, i zostawiasz Go dla odrobiny nikotyny?". W tym momencie powiedziałem: „Jezu, ja tego nie chcę". Wziąłem papierosy, zapalniczkę, poszedłem przed Najświętszy Sakrament, położyłem to wszystko na posadzkę i powiedziałem: „weź to ode mnie". Wyszedłem z kaplicy i zapomniałem o papierosach. Nie czuję się, jakbym rzucił palenie. Czuję się, jakbym nigdy w życiu nie miał papierosa w ustach, on mi się z niczym nie kojarzy. Jestem otwarty na sygnały od Pana BogaWiesiek pracuje w „Ogrodzie św. Franciszka" w Medjugorje. Ma pod opieką kilkanaście zwierzaków: konie, kuce szetlandzkie, osły domowe i osły dzikie. Po południu pomaga w zakrystii. - To nie praca, lecz rodzaj służby, którą podjąłem z własnej i nieprzymuszonej woli - podkreśla.Co dalej? - Przestałem decydować o swoim życiu 8 lat temu na tej ławce, kiedy powiedziałem Bogu: „pomóż mi" - odpowiada. - Od tego momentu moim życiem kieruje Pan Bóg. Po ludzku rzecz biorąc, pewnie chciałbym tu zostać, bo to cudowne miejsce. Mam poukładane życie i pracę, którą lubię. Ale jeżeli Pan Bóg mi powie: twój urlop się skończył, trzeba iść w drogę - to ruszę. Już raz to zresztą zrobiłem. Na początku stycznia 2003 r. wyjechałem do Polski. Moi znajomi z Medjugorje twierdzili, że Wiesiek oszalał i wyjeżdża, bo znów chce mu się ćpać. Miałem wielkie plany: gdzie to ja nie będę, z kim się nie spotkam. Wszystko wzięło w łeb, bo Pan Bóg miał inne plany. Przez półtora roku przesiedziałem przy łóżku mojej sparaliżowanej babci. Osoby, która poświęciła dla mnie swoje życie. Babcia zmarła w kwietniu 2004 r. Przyjechałem do Medjugorje w czerwcu, na rocznicę objawień. Nie myślałem, że na stałe. Chciałem zostać do festiwalu młodych, czyli do początku sierpnia. Pan Bóg tak to jednak poukładał, że wróciłem do tej samej pracy, mieszkam w tym samym mieszkaniu, które bardzo lubię, i wszystko jest tak, jakbym nigdzie nie wyjeżdżał. Po prostu, Pan Bóg dał mi zadanie, ja je wypełniłem i wróciłem na swoje miejsce. Ale wiem jedno: życie nie polega na tym, by było lekko, łatwo i przyjemnie. Nie szukam sobie problemów. Ale nie sztuka uwić sobie ciepłe gniazdko i spocząć na laurach. Kto nie idzie do przodu, ten się cofa. Jestem otwarty na wszelkie sygnały od Boga.Przez wiele dni po tamtej adoracji Wiesiek bał się wyspowiadać, bo nie wierzył, że ktokolwiek może mu wybaczyć to, co w życiu zrobił. - A okazało się, że Bóg mi wybaczył - podkreśla. - Sięgnąłem po narkotyki z braku miłości. Narkomania to nie początek, lecz koniec choroby, którą Matka Teresa z Kalkuty nazwała najstraszniejszą chorobą świata - brakiem miłości. Ale ja teraz wiem, że Bóg jest miłością. I ja tej miłości doświadczyłem.

sobota, 10 stycznia 2009


Orędzie z Medziugorja 25 grudnia 2008. «Drogie dzieci! Biegacie, pracujecie, gromadzicie, lecz bez błogosławieństwa. Wy się nie modlicie! Dziś wzywam was, byście zatrzymali się przy żłóbku i medytowali o Jezusie, którego wam dziś przynoszę, aby was pobłogosławił i pomógł zrozumieć, że bez Niego nie macie przyszłości. Dlatego, drogie dzieci, oddajcie swoje życie w ręce Jezusa, by On was prowadził i bronił od wszelkiego zła. Dziękuję, że odpowiedzieliście na moje wezwanie.»
Drodzy moi bracia i siosty, moja szanowna rodzino modlitewna! Powyższe słowa przekazała nam Krółowa Pokoju w święto Bożego Narodzenie. Ileż w nich rozżalenia, smutku i bólu. Przywykliśmy przeżywać nasze kolejne dni, tygodnie, miesiące i lata podobnie jak inni. A przeciaż POGANIE LUB CHRZEŚCIJANIE TYLKO Z METRYKI żyją tak, jakby Boga nie było. Tymczasem Ona, nasza Matka, jest obecna w naszym codziennym życiu, od początku dnia, w dni robocze i w święta. Każdy nasz dzień jest podobny jeden do drugiego, w tym samym środowisku, pośród tych samych ludzi, na których nie wywieramy wpływu. W swoim życiowym pędzie mamy cele i środki służące temu, by ten cel osiągnąć. Nie myślimy o błogosławieństwie i nie liczymy się z błogosławieństwem. Nie zaczynamy swojego dnia pracy od modlitwy i nie prosimy o błogosławieństwo. Odczuwamy pewność siebie, bo mamy pracę, mamy jakieś osiągnięcia i własne projekty. W rzeczywistości ten rutynowy bieg opanowuje serce, które zostaje poddane dyscyplinie, której musi się poddać każdy zawodnik: początek - start, zmierzenie czasu, zachowanie wszelkich zasad regulaminu itp. Życie wielu reguluje prawo pracy, regulamin w miejscu pracy, przepisy kodeksu drogowego, moda i trendy ogłaszane z witryn sklepowych, ekranów telewizyjnych i kolorowych magazynów. Poddanie się otaczającemu środowisku wyklucza wiarę i nadzieję z niej płynącą, wyklucza wszelkie błogosławieństwo. Przestajemy odczuwać, że Bóg pragnie działać przez nas, by zmieniać innych. Tymczasem my sami zaczynamy upodabniać się do znajomych z naszego środowiska, przestajemy się odróżniać, jesteśmy jak jajka w jednym koszu, jedno podobne do drugiego. Tu kończy sie apostolat i okazja, by stać się solą ziemi, światłem świata i zaczynem dla tego pokolenia. Czasem słyszę bezwstydne rozmowy mężczyzn i kobiet, nonszalancko przy tym palących papierosy. Mentalność tego świata, świata konsumpcji w każdej postaci i przywdziewanie na siebie masek, stały się obowiązującą zasadą wzajemnej komunikacji, by zyskać fałszywy prestiż. To mnie poraża. My wszyscy jesteśmy zarażeni tym bieganiem, o którym mówi Królowa Pokoju.Wierzący nie ma czasu, duchowny nie ma czasu, mama nie ma czasu, lekarz nie ma czasu, nikt nie ma czasu. Każdy dokądś biegnie, ale sam nie wie dokąd, ani po co. To jakaś dziwna choroba, która opanowała wszystkie stany, bez względu na wiek. Człowiek, który nie ma i nie znajduje czasu dla drugiego człowieka, nie znajdzie go również na modlitwę. Obserowałem i przyglądałem się ludziom, którzy twierdzili, że nie mają czasu dla własnej rodziny, dla swoich dzieci, swoich przyjaciół. Oni już utracili i jednych i drugich. Ci ludzie się nie modlą. Oni uparcie udowadniają, że nie mają czasu na modlitwę. Nigdy nie zapierają się Boga, lecz często mówią: «Jestem wierzący, ale nie mam kiedy praktykować wiary, nie mam czasu na modlitwę...» Tacy ludzie nie odnoszą sukcesu w rodzinie, przeżywają frustracje w wymiarze społecznym i najczęściej mijają się z powołaniem, jakiekolwiek by ono nie było. Powtarzają ciągle, że nie udało im się ukończyć takiej czy innej pracy. Kiedy są już blisko celu, w ostatniej chwili, wszystko im się wymyka. Ciężko jest żyć z takimi osobami, bo one zawsze szukają winnych za swoje porażki i oskarżają o nie wszystkich, począwszy od najbliższych członków rodziny, kolegów z pracy itp. Wraz z rozwojem techniki i środków komunikacji ten bieg, jakby jakaś plaga, ulega przyspieszeniu i powoduje coraz większą izolację jednostek. Człowiek nie otrzymuje już listów pisanych ręką, pisanych od serca, lecz otrzymuje SMS-y, chłodne i blade, jak cały ten wirtualny świat. Pęd życia oddala nas od siebie i niszczy naszą naturę, bo człowiek pragnie obecności drugiej osoby, pragnie poświęcić się dla drugiego. Każde osobowe spotkanie z drugim, ubogaca człowieka, uświadamia mu, że nie jest sam i nie jest zapomniany. Człowiek, który jest w ciągłym biegu, szybko się męczy, więc nie ma już ani ochoty, ani siły, by być z drugim lub dla drugiego. ... Pracujecie, gromadzicie, lecz bez błogosławieństwa. To mocne słowa. Nie wolno mi ich przemilczeć. Wielu ludzi opowiada o swoim życiu zatrważające historie: «Całe życie ciężko pracowałem, ciułałem, gromadziłem, a dziś zostałem sam, bez błogosławieństwa. Moja rodzina, moje dzieci nie szanują mnie, nie mam u nich uznania, uważają mnie za sfrustrowanego osobnika itp. Ciężko się słucha tego typu utyskiwań. Dlaczego więc zdarzają się sytuacje, których nikt sobie nie życzy? Ano dlatego, że wielu ludzi żyje i pracuje bez błogosławieństwa. Błogosławieństwo pochodzi od Boga. Poprzez modlitwę wylewa się na naszą pracę i rodzinę. Człowiek, który jest zabiegany i wciąż się spieszy, nie znajduje czasu na modlitwę, bowiem swoje zabezpieczenie widzi w robieniu kariery, w sprytnych zabiegach oraz w owocach swojej pracy. Nie modlicie się! Ta prawda potwierdza chorobę, na którą cierpią nasze współczesne rodziny. Stanowi znak, że nie uwierzyliśmy do końca Maryi i nie żyjemy Jej orędziami. Królowa Pokoju prosiła, abyśmy codziennie odmawiali różaniec. Modląc się, uczymy się modlitwy. Modląc się, zachęcamy innych do modlitwy, ponieważ modlitwa rodzi wspaniałe owoce. Przez modlitwę uzyskujemy błogosławieństwo dla naszej pracy, studiów, naszych pól, naszego krzyża i naszych cierpień na każdy dzień, każdy tydzień naszego życia. Wielka to pokusa w naszej słabości, jeśli z błahego powodu odkładmy modlitwę rodzinną, lub całkiem z niej rezygnujemy. Bez modlitwy nie nastąpi odrodzenie rodziny, parafii i Kościoła. Mistycy mówią, że modlitwa dla duszy, jest jak oddychanie dla ciała. Nasza Matka powtarza to samo. Takie jest również doświadczenie Kościoła. Człowiek żyje, dopóki oddycha, więc żeby ciało mogło żyć, musi oddychać. Wszystkie trujące toksyny wydalamy z organizmu poprzez oddychanie. Podobnie jest z duszą. Modlitwa dostarcza duszy wciąż nowe zdroje Bożych łask, pozbywając się przy tym złych nawyków i grzechów. Modlitwa ma moc przemieniająca dla każdego człowieka i zawsze przynosi owoce. Jeśli jednak modlitwa nas nie przemienia, my musimy zmienić naszą modlitwę. Modlitwa musi płynąć ze skruszonego i pokornego serca. Prawdziwa modlitwa zaczyna się dopiero wtedy, gdy człowiek pojedna się z każdym i wybaczy każdemu z serca i duszy. Tak więc, jest to akt miłości i całkowitego poddania się woli Bożej. Modlitwa wychowuje do pokory i umacnia naszą wiarę w Boga. Człowiek, który się modli, zawsze znajdzie czas na modlitwę i będzie go miał coraz więcej, ponieważ miłuje, ponieważ bez modlitwy żyć już nie może. Wezwanie naszej Matki - «Drogie dzieci, oddajcie swoje życie w ręce Jezusa, by On was prowadził i bronił od wszelkiego zła.» jest tyleż mocnym, co czułym wezwaniem. Bez Jezusa, nasz trud, nasze zabieganie, jest jałowe, puste i daremne. Nasze działania razem z Jezusem zyskują skuteczność i Jego błogosławieństwo. Po prostu są chronione od wszelkiego zła. Bez Jezusa człowiek w swoim życiu nie znajdzie ani pokoju, ani spokoju. Święta Bożego Narodzenie uczą nas służby Jezusowi i powierzenia Mu siebie samego. Dlatego Matka prosi, byśmy zatrzymali się przed prawdą żłóbka, stajenki i zamkniętych drzwi. Prosi, byśmy medytowali o Jezusie, którego Ona nam daje, by nas pobłogosławił. Ona, która, jak pięknie powiedział Bendykt XVI, Boga ludziom na świat przyniosła, daje swojego Syna, by nas pobłogosławił i oświecił, by nasze serca rozpoznały, że bez Niego, ani świat, ani my sami, nie mamy przyszłości. On po to stał się człowiekiem, by nas zbawić, odkupić i wybawić od wszelkiego przekleństwa, by obdarzyć nas swoim pokojem i błogosławieństwem. Każdy z nas potrzebuje Jego pokoju i błogosławieństwa: dziecko, rodzice, duchowny, świecki itd, bo przecie chcemy żyć szczęśliwie, bez piętna przekleństwa. W tym miesiącu modlimy się w następujących intencjach: Za każdego z nas, o wprowadzenie w życie zasady św. Benedyktyna: Módl się i pracuj! Aby nie dotknął nas lęk i strach przed «kryzysem» rozgłaszanym przez ludzi, którzy w pogoni za zyskiem budowali i gromadzili materialne dobra bez Boga. Praca i modlitwa stanowią o godności czlowieka. Za naszą rodzinę modlitewną, by jej członkowie, z zapałem i miłością, odnowili codzienną modlitwę różańcową w swoich rodzinach. O błogosławieństwo i pokój w Nowym 2009 roku dla Kościoła i świata, pomiędzy ludźmi i narodami. Uczmy się od św. Franciszka, jak nieść ludziom pokój i Ewangelię, jak modlić się, jak oddawać chwałę Bogu. Kościół w tym roku obchodzi jubileusz 800 - lecia powstania Zakonu Franciszkanów. Drodzy bracia i siostry, to orędzie na początek nowego roku jest znakiem i mocnym wezwaniem dla nas wszystkich. Odpowiedzmy z miłością i z nowym zapałem na to wezwanie. Należymy do tych, którzy odczuli wewnętrzną potrzebę odpowiedzi na wezwanie Królowej Pokoju. Odnów i umocnij w sobie to postanowienie. Na kolanach modlę się za każdego z was.


Wasz oddany brat o.Jozo Zovko


Široki Brijeg., 28.12.2008.

piątek, 2 stycznia 2009

Orędzie dla Mirjany 2 styczeń 2009 r.


Drogie dzieci ! Podczas gdy, wielka niebieska łaska rozlewa się na was, wasze serce pozostaje twarde i bez odpowiedzi. Dlaczego, dzieci moje, nie oddacie mi swoich serc całkowicie? Pragnę tylko w nich złożycić pokój i zbawienie – mojego Syna. Z moim Synem wasza dusza będzie kierowana szlachetnymi celami i nigdy się nie zgubicie. I w największej ciemności odnajdziecie drogę. Drogie dzieci, zdecydujcie się na nowe życie z imieniem mojego Syna na ustach. Dziękuję wam.

piątek, 26 grudnia 2008

Orędzia 25 grudnia 2008 r.


Orędzie, 25 grudnia 2008 r.
„Drogie dzieci! Biegacie, pracujecie, gromadzicie, ale bez błogosławieństwa. Nie modlicie się! Dziś wzywam was, abyście zatrzymali się przed stajenką i pomyśleli o Jezusie, którego również dziś wam daję, aby was błogosławił i pomógł wam zrozumieć, że bez niego nie macie przyszłości. Dlatego, dziatki, oddajcie swoje życie w ręce Jezusa, aby was prowadził i strzegł od wszelkiego zła. Dziękuję wam, że odpowiedzieliście na moje wezwanie.”


Orędzie dla Jakova

W czasie ostatniego codziennego objawienia 12 września 1998 r. Matka Boża powiedziała Jakovowi Czolo, że odtąd będzie miał objawienia raz w roku 25 grudnia, na Boże Narodzenie. Tak się stało również w tym roku. Matka Boża objawiła się trzymając Dzieciątko Jezus na rękach. Objawienie zaczęło się o 9:48 i trwało 6 min.
Matka Boża przekazała następujące orędzie:„Drogie dzieci! Dziś w szczególny sposób wzywam was, abyście się modlili o pokój. Bez Boga nie możecie ani mieć pokoju ani żyć w pokoju. Dlatego, dziatki, dziś, w tym dniu łaski otwórzcie wasze serca Królowi Pokoju, aby w was się narodził i obdarzył was swoim pokojem, a wy nieście pokój w tym niespokojnym świecie. Dziękuję wam, że odpowiedzieliście na moje wezwanie.”