środa, 14 stycznia 2009

Świadectwo Wieśka z Medziugorje!


"Sięgnąłem po narkotyki z braku miłości."
Ale teraz już wiem, że Bóg jest miłością - Od dnia, kiedy Pan Bóg mi wybaczył, wiem, że On jest miłością, że zawsze nas kocha - mówi Wiesiek Jindraczek, który niemal połowę swojego życia - 20 lat - stracił przez narkotyki. Wiesiek - sympatyczny, zwalisty brodacz - to najbardziej charakterystyczny Polak w Medjugorje. Ma 48 lat. Pochodzi z Pomorza, ale od 6 tygodnia życia wychowywali go dziadkowie w Jaśle. Tam spędził 25 lat.Zabiłem wielu ludzi, dając im strzykawkę- Wychowałem się w rodzinie katolickiej, byłem ochrzczony, bierzmowany, przystąpiłem do I Komunii - opowiada Wiesiek. - Ba! Przez całą podstawówkę byłem nawet ministrantem u oo. Franciszkanów w Jaśle. Ale wiek 15 lat to dla młodych ludzi bardzo trudny okres - buntu, pytań o sens życia. Wtedy powiedziałem Panu Bogu: „nie potrzebuję Cię". W moim życiu powstała pustka. Dziadkowie bardzo mnie kochali, ale nie mogli zastąpić mi ojca i matki. Zaczęła się jazda w dół.Wiesiek przeszedł „typową" - jak mówi - drogę: w liceum zaczęły się imprezy ostro zakrapiane alkoholem. Po kilku latach przestało mu to wystarczać. Zaczął brać środki psychotropowe, często popijając je alkoholem. Potem sięgnął po narkotyki. - Poznałem narkomana, który przywiózł mnie do Rzeszowa, na melinę. Tam pokazano mi, jak się produkuje „polską heroinę", czyli tzw. kompot. Po powrocie do Jasła zacząłem go produkować i ćpać. Technologia produkcji była dość prymitywna. Wystarczył surowiec, czyli słoma makowa, kilka garnków, kuchenka gazowa i kilka prostych odczynników. Produkował najpierw dla siebie, później częstował kolegów, wreszcie zaczął się handel narkotykami dla pieniędzy. - Narkotyk zabiera człowiekowi wszystko: zdrowie, życie - przestrzega Wiesiek. - Ale po drodze zabiera również sumienie, zasady moralne, godność ludzką. Gdy wpadłem w nałóg, liczyło się tylko jedno: zdobyć działkę. Przez 20 lat naczelną zasadą mojego życia było napełnić strzykawkę każdym sposobem, bez oglądania się, ile zła po drodze wyrządzę. Liczyło się tylko, by nie być na głodzie.Wiesiek mówi o sobie, że jest chodzącym cudem lub - jak kto woli - wybrykiem natury. - Nie powinienem już żyć. Narkotyki szybko zabijają człowieka. Wielu ludzi, którym dałem po raz pierwszy do ręki strzykawkę, już poumierało. Jestem ich mordercą.W 1985 r. musiał opuścić Jasło. - Stałem się „wrogiem publicznym nr 1", byłem obiektem powszechnej nienawiści. Pojechałem do Kołobrzegu, do rodziców. Tam od razu znalazłem sobie kolegów i ćpałem dalej. Staczałem się coraz bardziej. Ożenił się. Żona wytrzymała tylko po 5 lat. - Potrafiłem sprzedać nawet pierścionek zaręczynowy. Na niedługo przed przyjazdem do Medjugorje ukradłem mamie pieniądze, które dostała z ZUS na pogrzeb ojca. Żadnych skrupułów.Przygarnął mnie ojciec SlavkoW 1999 r. zaczęła się droga Wieśka ku wyzwoleniu. - Wracałem naćpany do domu - opowiada. - Spotkałem księdza. Do dziś nie mam bladego pojęcia, co mnie tknęło, że do niego podszedłem. Od 25 lat nie chodziłem do kościoła, byłem ateistą, mój Bóg umarł w oparach narkotyków. Okazało się, że to ks. Wacław Grądalski, proboszcz parafii Wieśka. Jego idee fixe było utworzenie w Polsce domów Cenacolo - powstałych we Włoszech wspólnot przygarniających narkomanów (taka wspólnota znajduje się również w Medjugorje). - Zabrał mnie do kancelarii parafialnej, zaczął mnie namawiać do wyjazdu do Medjugorje na leczenie. Nie chciałem nigdzie jechać. A ponieważ ksiądz znał moją mamę, więc właściwie zmusili mnie do wyjazdu. Moja mama, po 20 latach mojego nałogu i po 14 latach od powrotu z Jasła, dojrzała do tego, by powiedzieć mi krótko: „albo się będziesz leczył, albo nie masz wstępu do domu". Wiedziałem, jak ciężkie i smutne jest życie na ulicy, więc postanowiłem, że pojadę do Medjugorje. Ale nie chciałem się leczyć. Pomyślałem: posiedzę tam trochę, sprawa przyschnie, wrócę i będę ćpał dalej.Do Medjugorje Wiesiek przyjechał w kwietniu 2000 r. We wspólnocie Cenacolo wytrzymał 6 dni. Odszedł twierdząc, że to jakaś sekta, oszołomy, dom wariatów. Nie spodobały mu się panujące tam bardzo surowe reguły życia. Postanowił wrócić do Polski. Problem w tym, że został bez środka transportu, bo grupa pielgrzymkowa, z którą przyjechał, już wyjechała z Medjugorje. Musiał wyprowadzić się z pensjonatu, z którego właścicielami miał umowę, że może tam mieszkać dopóty, dopóki będzie chodził do Cenacolo.Wylądował na ulicy. Bez znajomości języka, bez środków do życia, bo za pieniądze, które dostał na pielgrzymkę, kupił zapas narkotyków, które zresztą akurat się skończyły. Spał na ławkach, pił non-stop, by zapomnieć o głodzie narkotykowym. - Po tygodniu takiego życia miałem już wszystkiego serdecznie dość - opowiada Wiesiek. - Chciałem wziąć kawałek sznura i powiesić się.Na szczęście, spotkał organizatora grup pielgrzymkowych, który obiecał mu, że go zabierze do Polski. Ale dopiero za kilka dni, w środę. „Do środy musisz sobie jakoś poradzić" - powiedział WieśkowiJakiś czas potem Wiesiek spotkał przed kościołem polskiego franciszkanina, który opowiedział mu o ojcu Slavko Barbariciu, nieżyjącym już dziś „dobrym duchu" Medjugorje. - Powiedział mi, że ojciec Slavko ma podopiecznych takiego samego pokroju jak ja: alkoholików, narkomanów, schizofreników. „Śmieci ludzkie" pozmiatane z całej Europy, które wychowuje i przywraca do życia. Ten polski zakonnik poradził mi, żebym poszedł do ojca Slavko i poprosił, że chcę z tymi ludźmi pracować, a on niech da mi do środy jedzenie i spanie. A w środę wsiądę w autobus i wrócę do Polski.Wiesiek tak zrobił. Spotkał się z ojcem Slavko jeszcze w piątek wieczorem. Powiedział mu wprost, że jest starym narkomanem i że nie chce się leczyć. Zakonnik tylko dziwnie się uśmiechnął, popatrzył i powiedział: „nie ma sprawy, mamy umowę do środy. Będziesz pracował z moimi chłopakami, a ja ci dam za to jedzenie i spanie". - Wydaje mi się, że on już wtedy wiedział, że ja z Medjugorje nigdzie nie wyjadę - twierdzi Wiesiek.Ostatnią noc przespał jeszcze na ławce. W sobotę rano poszedł do pracy z podopiecznymi ojca Slavko. - Po pracy jeden z nich zabrał mnie na kwaterę, gdzie pierwszy raz od tygodnia umyłem się i próbowałem coś zjeść. Potem poszliśmy do kościoła. Mówiąc szczerze, to co się tam działo, kompletnie mnie nie interesowało. Poszedłem tylko dlatego, że tego wymagał od swoich chłopaków ojciec Slavko. W kościele czułem się jak w teatrze.To było moje dno. I wtedy stał się cudW Medjugorje w każdą sobotę pomiędzy godz. 22 a 23 jest adoracja Najświętszego Sakramentu. Chłopak, który opiekował się Wieśkiem, zapytał, czy chce na niej zostać. - Byłem potwornie zmęczony - mówi Wiesiek - i do dziś nie wiem, dlaczego odpowiedziałem temu człowiekowi: „słuchaj, wszyscy zostają, to ja też zostanę". Zaczęła się adoracja. Siedzieli w ławkach na zewnątrz kościoła, bo ludzi było tyle, że nie dało się wejść do środka. - Nagle ogarnęła mnie ciemność. Ta ciemność, która była we mnie, w mojej duszy. Zgasły we mnie wszelkie uczucia, tak jakbym umarł. Zgasła ostatnia iskierka nadziei. Została we mnie potworna, czarna rozpacz. Potworny żal, ból wewnętrzny. To było moje dno. Poczułem się tak, jakby nagle znikła cała ludzkość. Zostałem sam na sam z rozpaczą, która mnie dusiła. Wyłem z tej rozpaczy. W akcie desperacji zwróciłem się o pomoc do Tego, w którego nie wierzyłem. Bardzo prosto, z najgłębszej głębiny serca, powiedziałem: „Panie Boże, jeżeli istniejesz, zrób coś, bo nie mam siły, by dłużej tak żyć. Albo mnie stąd zabierz, albo zmień moje życie". To był dosłownie pstryk, i w jednym momencie wszystko się zmieniło. Znikła ciemność, rozpacz, żal. Znikł głód narkotykowy i alkoholowy. To był cud uzdrowienia duchowego i fizycznego. Pojawił się wewnętrzny spokój, jakiego nigdy w życiu nie dał mi żaden narkotyk. Wracając z kolegą do domu, Wiesiek powtarzał w kółko jedno zdanie: „Boziu kochana, zrób tak, aby ojciec Slavko nie kazał mi w środę wracać do Polski". Nie miał jeszcze wtedy świadomości, że była to forma modlitwy.Został w Medjugorje. Kilka miesięcy później został wyzwolony z innego nałogu: palenia papierosów (palił 60 dziennie). To było w kaplicy „Oazy Pokoju", do której tak lubił przychodzić. Tamtego dnia, jak zwykle, przyszedł, przywitał się z Jezusem, usiadł. - Nagle potwornie zachciało mi się palić - opowiada. - Powiedziałem: „Jezu kochany, wyskoczę sobie teraz na papieroska, za 3 minuty jestem z powrotem". Wyszedłem, zapaliłem. Kiedy wróciłem, w moim sercu usłyszałem głos: „co ty robisz, człowieku? Przychodzisz na spotkanie z najlepszym Przyjacielem, jedynym jakiego masz, i zostawiasz Go dla odrobiny nikotyny?". W tym momencie powiedziałem: „Jezu, ja tego nie chcę". Wziąłem papierosy, zapalniczkę, poszedłem przed Najświętszy Sakrament, położyłem to wszystko na posadzkę i powiedziałem: „weź to ode mnie". Wyszedłem z kaplicy i zapomniałem o papierosach. Nie czuję się, jakbym rzucił palenie. Czuję się, jakbym nigdy w życiu nie miał papierosa w ustach, on mi się z niczym nie kojarzy. Jestem otwarty na sygnały od Pana BogaWiesiek pracuje w „Ogrodzie św. Franciszka" w Medjugorje. Ma pod opieką kilkanaście zwierzaków: konie, kuce szetlandzkie, osły domowe i osły dzikie. Po południu pomaga w zakrystii. - To nie praca, lecz rodzaj służby, którą podjąłem z własnej i nieprzymuszonej woli - podkreśla.Co dalej? - Przestałem decydować o swoim życiu 8 lat temu na tej ławce, kiedy powiedziałem Bogu: „pomóż mi" - odpowiada. - Od tego momentu moim życiem kieruje Pan Bóg. Po ludzku rzecz biorąc, pewnie chciałbym tu zostać, bo to cudowne miejsce. Mam poukładane życie i pracę, którą lubię. Ale jeżeli Pan Bóg mi powie: twój urlop się skończył, trzeba iść w drogę - to ruszę. Już raz to zresztą zrobiłem. Na początku stycznia 2003 r. wyjechałem do Polski. Moi znajomi z Medjugorje twierdzili, że Wiesiek oszalał i wyjeżdża, bo znów chce mu się ćpać. Miałem wielkie plany: gdzie to ja nie będę, z kim się nie spotkam. Wszystko wzięło w łeb, bo Pan Bóg miał inne plany. Przez półtora roku przesiedziałem przy łóżku mojej sparaliżowanej babci. Osoby, która poświęciła dla mnie swoje życie. Babcia zmarła w kwietniu 2004 r. Przyjechałem do Medjugorje w czerwcu, na rocznicę objawień. Nie myślałem, że na stałe. Chciałem zostać do festiwalu młodych, czyli do początku sierpnia. Pan Bóg tak to jednak poukładał, że wróciłem do tej samej pracy, mieszkam w tym samym mieszkaniu, które bardzo lubię, i wszystko jest tak, jakbym nigdzie nie wyjeżdżał. Po prostu, Pan Bóg dał mi zadanie, ja je wypełniłem i wróciłem na swoje miejsce. Ale wiem jedno: życie nie polega na tym, by było lekko, łatwo i przyjemnie. Nie szukam sobie problemów. Ale nie sztuka uwić sobie ciepłe gniazdko i spocząć na laurach. Kto nie idzie do przodu, ten się cofa. Jestem otwarty na wszelkie sygnały od Boga.Przez wiele dni po tamtej adoracji Wiesiek bał się wyspowiadać, bo nie wierzył, że ktokolwiek może mu wybaczyć to, co w życiu zrobił. - A okazało się, że Bóg mi wybaczył - podkreśla. - Sięgnąłem po narkotyki z braku miłości. Narkomania to nie początek, lecz koniec choroby, którą Matka Teresa z Kalkuty nazwała najstraszniejszą chorobą świata - brakiem miłości. Ale ja teraz wiem, że Bóg jest miłością. I ja tej miłości doświadczyłem.
„

sobota, 10 stycznia 2009


Orędzie z Medziugorja 25 grudnia 2008. «Drogie dzieci! Biegacie, pracujecie, gromadzicie, lecz bez błogosławieństwa. Wy się nie modlicie! Dziś wzywam was, byście zatrzymali się przy żłóbku i medytowali o Jezusie, którego wam dziś przynoszę, aby was pobłogosławił i pomógł zrozumieć, że bez Niego nie macie przyszłości. Dlatego, drogie dzieci, oddajcie swoje życie w ręce Jezusa, by On was prowadził i bronił od wszelkiego zła. Dziękuję, że odpowiedzieliście na moje wezwanie.»
Drodzy moi bracia i siosty, moja szanowna rodzino modlitewna! Powyższe słowa przekazała nam Krółowa Pokoju w święto Bożego Narodzenie. Ileż w nich rozżalenia, smutku i bólu. Przywykliśmy przeżywać nasze kolejne dni, tygodnie, miesiące i lata podobnie jak inni. A przeciaż POGANIE LUB CHRZEŚCIJANIE TYLKO Z METRYKI żyją tak, jakby Boga nie było. Tymczasem Ona, nasza Matka, jest obecna w naszym codziennym życiu, od początku dnia, w dni robocze i w święta. Każdy nasz dzień jest podobny jeden do drugiego, w tym samym środowisku, pośród tych samych ludzi, na których nie wywieramy wpływu. W swoim życiowym pędzie mamy cele i środki służące temu, by ten cel osiągnąć. Nie myślimy o błogosławieństwie i nie liczymy się z błogosławieństwem. Nie zaczynamy swojego dnia pracy od modlitwy i nie prosimy o błogosławieństwo. Odczuwamy pewność siebie, bo mamy pracę, mamy jakieś osiągnięcia i własne projekty. W rzeczywistości ten rutynowy bieg opanowuje serce, które zostaje poddane dyscyplinie, której musi się poddać każdy zawodnik: początek - start, zmierzenie czasu, zachowanie wszelkich zasad regulaminu itp. Życie wielu reguluje prawo pracy, regulamin w miejscu pracy, przepisy kodeksu drogowego, moda i trendy ogłaszane z witryn sklepowych, ekranów telewizyjnych i kolorowych magazynów. Poddanie się otaczającemu środowisku wyklucza wiarę i nadzieję z niej płynącą, wyklucza wszelkie błogosławieństwo. Przestajemy odczuwać, że Bóg pragnie działać przez nas, by zmieniać innych. Tymczasem my sami zaczynamy upodabniać się do znajomych z naszego środowiska, przestajemy się odróżniać, jesteśmy jak jajka w jednym koszu, jedno podobne do drugiego. Tu kończy sie apostolat i okazja, by stać się solą ziemi, światłem świata i zaczynem dla tego pokolenia. Czasem słyszę bezwstydne rozmowy mężczyzn i kobiet, nonszalancko przy tym palących papierosy. Mentalność tego świata, świata konsumpcji w każdej postaci i przywdziewanie na siebie masek, stały się obowiązującą zasadą wzajemnej komunikacji, by zyskać fałszywy prestiż. To mnie poraża. My wszyscy jesteśmy zarażeni tym bieganiem, o którym mówi Królowa Pokoju.Wierzący nie ma czasu, duchowny nie ma czasu, mama nie ma czasu, lekarz nie ma czasu, nikt nie ma czasu. Każdy dokądś biegnie, ale sam nie wie dokąd, ani po co. To jakaś dziwna choroba, która opanowała wszystkie stany, bez względu na wiek. Człowiek, który nie ma i nie znajduje czasu dla drugiego człowieka, nie znajdzie go również na modlitwę. Obserowałem i przyglądałem się ludziom, którzy twierdzili, że nie mają czasu dla własnej rodziny, dla swoich dzieci, swoich przyjaciół. Oni już utracili i jednych i drugich. Ci ludzie się nie modlą. Oni uparcie udowadniają, że nie mają czasu na modlitwę. Nigdy nie zapierają się Boga, lecz często mówią: «Jestem wierzący, ale nie mam kiedy praktykować wiary, nie mam czasu na modlitwę...» Tacy ludzie nie odnoszą sukcesu w rodzinie, przeżywają frustracje w wymiarze społecznym i najczęściej mijają się z powołaniem, jakiekolwiek by ono nie było. Powtarzają ciągle, że nie udało im się ukończyć takiej czy innej pracy. Kiedy są już blisko celu, w ostatniej chwili, wszystko im się wymyka. Ciężko jest żyć z takimi osobami, bo one zawsze szukają winnych za swoje porażki i oskarżają o nie wszystkich, począwszy od najbliższych członków rodziny, kolegów z pracy itp. Wraz z rozwojem techniki i środków komunikacji ten bieg, jakby jakaś plaga, ulega przyspieszeniu i powoduje coraz większą izolację jednostek. Człowiek nie otrzymuje już listów pisanych ręką, pisanych od serca, lecz otrzymuje SMS-y, chłodne i blade, jak cały ten wirtualny świat. Pęd życia oddala nas od siebie i niszczy naszą naturę, bo człowiek pragnie obecności drugiej osoby, pragnie poświęcić się dla drugiego. Każde osobowe spotkanie z drugim, ubogaca człowieka, uświadamia mu, że nie jest sam i nie jest zapomniany. Człowiek, który jest w ciągłym biegu, szybko się męczy, więc nie ma już ani ochoty, ani siły, by być z drugim lub dla drugiego. ... Pracujecie, gromadzicie, lecz bez błogosławieństwa. To mocne słowa. Nie wolno mi ich przemilczeć. Wielu ludzi opowiada o swoim życiu zatrważające historie: «Całe życie ciężko pracowałem, ciułałem, gromadziłem, a dziś zostałem sam, bez błogosławieństwa. Moja rodzina, moje dzieci nie szanują mnie, nie mam u nich uznania, uważają mnie za sfrustrowanego osobnika itp. Ciężko się słucha tego typu utyskiwań. Dlaczego więc zdarzają się sytuacje, których nikt sobie nie życzy? Ano dlatego, że wielu ludzi żyje i pracuje bez błogosławieństwa. Błogosławieństwo pochodzi od Boga. Poprzez modlitwę wylewa się na naszą pracę i rodzinę. Człowiek, który jest zabiegany i wciąż się spieszy, nie znajduje czasu na modlitwę, bowiem swoje zabezpieczenie widzi w robieniu kariery, w sprytnych zabiegach oraz w owocach swojej pracy. Nie modlicie się! Ta prawda potwierdza chorobę, na którą cierpią nasze współczesne rodziny. Stanowi znak, że nie uwierzyliśmy do końca Maryi i nie żyjemy Jej orędziami. Królowa Pokoju prosiła, abyśmy codziennie odmawiali różaniec. Modląc się, uczymy się modlitwy. Modląc się, zachęcamy innych do modlitwy, ponieważ modlitwa rodzi wspaniałe owoce. Przez modlitwę uzyskujemy błogosławieństwo dla naszej pracy, studiów, naszych pól, naszego krzyża i naszych cierpień na każdy dzień, każdy tydzień naszego życia. Wielka to pokusa w naszej słabości, jeśli z błahego powodu odkładmy modlitwę rodzinną, lub całkiem z niej rezygnujemy. Bez modlitwy nie nastąpi odrodzenie rodziny, parafii i Kościoła. Mistycy mówią, że modlitwa dla duszy, jest jak oddychanie dla ciała. Nasza Matka powtarza to samo. Takie jest również doświadczenie Kościoła. Człowiek żyje, dopóki oddycha, więc żeby ciało mogło żyć, musi oddychać. Wszystkie trujące toksyny wydalamy z organizmu poprzez oddychanie. Podobnie jest z duszą. Modlitwa dostarcza duszy wciąż nowe zdroje Bożych łask, pozbywając się przy tym złych nawyków i grzechów. Modlitwa ma moc przemieniająca dla każdego człowieka i zawsze przynosi owoce. Jeśli jednak modlitwa nas nie przemienia, my musimy zmienić naszą modlitwę. Modlitwa musi płynąć ze skruszonego i pokornego serca. Prawdziwa modlitwa zaczyna się dopiero wtedy, gdy człowiek pojedna się z każdym i wybaczy każdemu z serca i duszy. Tak więc, jest to akt miłości i całkowitego poddania się woli Bożej. Modlitwa wychowuje do pokory i umacnia naszą wiarę w Boga. Człowiek, który się modli, zawsze znajdzie czas na modlitwę i będzie go miał coraz więcej, ponieważ miłuje, ponieważ bez modlitwy żyć już nie może. Wezwanie naszej Matki - «Drogie dzieci, oddajcie swoje życie w ręce Jezusa, by On was prowadził i bronił od wszelkiego zła.» jest tyleż mocnym, co czułym wezwaniem. Bez Jezusa, nasz trud, nasze zabieganie, jest jałowe, puste i daremne. Nasze działania razem z Jezusem zyskują skuteczność i Jego błogosławieństwo. Po prostu są chronione od wszelkiego zła. Bez Jezusa człowiek w swoim życiu nie znajdzie ani pokoju, ani spokoju. Święta Bożego Narodzenie uczą nas służby Jezusowi i powierzenia Mu siebie samego. Dlatego Matka prosi, byśmy zatrzymali się przed prawdą żłóbka, stajenki i zamkniętych drzwi. Prosi, byśmy medytowali o Jezusie, którego Ona nam daje, by nas pobłogosławił. Ona, która, jak pięknie powiedział Bendykt XVI, Boga ludziom na świat przyniosła, daje swojego Syna, by nas pobłogosławił i oświecił, by nasze serca rozpoznały, że bez Niego, ani świat, ani my sami, nie mamy przyszłości. On po to stał się człowiekiem, by nas zbawić, odkupić i wybawić od wszelkiego przekleństwa, by obdarzyć nas swoim pokojem i błogosławieństwem. Każdy z nas potrzebuje Jego pokoju i błogosławieństwa: dziecko, rodzice, duchowny, świecki itd, bo przecie chcemy żyć szczęśliwie, bez piętna przekleństwa. W tym miesiącu modlimy się w następujących intencjach: Za każdego z nas, o wprowadzenie w życie zasady św. Benedyktyna: Módl się i pracuj! Aby nie dotknął nas lęk i strach przed «kryzysem» rozgłaszanym przez ludzi, którzy w pogoni za zyskiem budowali i gromadzili materialne dobra bez Boga. Praca i modlitwa stanowią o godności czlowieka. Za naszą rodzinę modlitewną, by jej członkowie, z zapałem i miłością, odnowili codzienną modlitwę różańcową w swoich rodzinach. O błogosławieństwo i pokój w Nowym 2009 roku dla Kościoła i świata, pomiędzy ludźmi i narodami. Uczmy się od św. Franciszka, jak nieść ludziom pokój i Ewangelię, jak modlić się, jak oddawać chwałę Bogu. Kościół w tym roku obchodzi jubileusz 800 - lecia powstania Zakonu Franciszkanów. Drodzy bracia i siostry, to orędzie na początek nowego roku jest znakiem i mocnym wezwaniem dla nas wszystkich. Odpowiedzmy z miłością i z nowym zapałem na to wezwanie. Należymy do tych, którzy odczuli wewnętrzną potrzebę odpowiedzi na wezwanie Królowej Pokoju. Odnów i umocnij w sobie to postanowienie. Na kolanach modlę się za każdego z was.


Wasz oddany brat o.Jozo Zovko


Široki Brijeg., 28.12.2008.

piątek, 2 stycznia 2009

Orędzie dla Mirjany 2 styczeń 2009 r.


Drogie dzieci ! Podczas gdy, wielka niebieska łaska rozlewa się na was, wasze serce pozostaje twarde i bez odpowiedzi. Dlaczego, dzieci moje, nie oddacie mi swoich serc całkowicie? Pragnę tylko w nich złożycić pokój i zbawienie – mojego Syna. Z moim Synem wasza dusza będzie kierowana szlachetnymi celami i nigdy się nie zgubicie. I w największej ciemności odnajdziecie drogę. Drogie dzieci, zdecydujcie się na nowe życie z imieniem mojego Syna na ustach. Dziękuję wam.

piątek, 26 grudnia 2008

Orędzia 25 grudnia 2008 r.


Orędzie, 25 grudnia 2008 r.
„Drogie dzieci! Biegacie, pracujecie, gromadzicie, ale bez błogosławieństwa. Nie modlicie się! Dziś wzywam was, abyście zatrzymali się przed stajenką i pomyśleli o Jezusie, którego również dziś wam daję, aby was błogosławił i pomógł wam zrozumieć, że bez niego nie macie przyszłości. Dlatego, dziatki, oddajcie swoje życie w ręce Jezusa, aby was prowadził i strzegł od wszelkiego zła. Dziękuję wam, że odpowiedzieliście na moje wezwanie.”


Orędzie dla Jakova

W czasie ostatniego codziennego objawienia 12 września 1998 r. Matka Boża powiedziała Jakovowi Czolo, że odtąd będzie miał objawienia raz w roku 25 grudnia, na Boże Narodzenie. Tak się stało również w tym roku. Matka Boża objawiła się trzymając Dzieciątko Jezus na rękach. Objawienie zaczęło się o 9:48 i trwało 6 min.
Matka Boża przekazała następujące orędzie:„Drogie dzieci! Dziś w szczególny sposób wzywam was, abyście się modlili o pokój. Bez Boga nie możecie ani mieć pokoju ani żyć w pokoju. Dlatego, dziatki, dziś, w tym dniu łaski otwórzcie wasze serca Królowi Pokoju, aby w was się narodził i obdarzył was swoim pokojem, a wy nieście pokój w tym niespokojnym świecie. Dziękuję wam, że odpowiedzieliście na moje wezwanie.”

niedziela, 2 listopada 2008

Orędzie 2 listopada 2008r. (Medziugorje)


2 listopada 2008
„Drogie dzieci, dziś wzywam was do pełnej jedności z Bogiem. Wasze ciało jest na ziemi, ale, proszę was, aby wasza dusza była jak najczęściej blisko Boga. Osiągniecie to przez modlitwę, przez modlitwę i otwarte serce. W ten sposób podziękujecie Bogu za bezgraniczną dobroć, którą wam daje przez mnie, i ze szczerym sercem zaangażujecie się, aby traktować z taką samą dobrocią innych, których spotkacie. Dziekuję wam moje dzieci!”.
Matka Boża dodała: „Proszę całym sercem Boga, aby dał moc i miłość waszym pasterzom, aby wam w tym pomogli i prowadzili was”.

sobota, 25 października 2008

Orędzie 25 października 2008r.


Orędzie, 25 października 2008 r.Medziugorje
„Drogie dzieci! W szczególny sposób wzywam was, abyście się modlili w moich intencjach, aby poprzez wasze modlitwy powstrzymać plan szatana wobec ziemi, która codziennie coraz bardziej oddala się od Boga, a w miejscu Boga umieszcza siebie i niszczy wszystko to, co jest piękne i dobre w duszy każdego z was. Dlatego dziatki uzbrójcie się w modlitwę i post, abyście byli świadomi jak bardzo Bóg was kocha i wypełniali wolę Bożą. Dziękuję wam, że odpowiedzieliście na moje wezwanie."

czwartek, 25 września 2008

Orędzie Matki Bożej z 25 września 2008r.(Medziugorje)


Orędzie, 25 września 2008 r
"Drogie dzieci! Niech wasze życie będzie ciągłym wybieraniem pokoju. Z radością nieście pokój i nie zapominajcie, że żyjecie w czasie łaski, w którym Bóg poprzez moją obecność daje wam wielkie łaski. Dziatki, nie zamykajcie się, ale wykorzystajcie ten czas i proście o dar pokoju i miłości w waszym życiu, byście stali się świadkami dla innych. Błogosławię was matczynym błogosławieństwem. Dziękuję wam, że odpowiedzieliście na moje wezwanie."

Orędzie Matki Bożej z 25 sierpnia 2008r.(Medziugorje)


Orędzie, 25 sierpnia 2008 r.
"Drogie dzieci! Również dziś wzywam was do osobistego nawrócenia. Bądźcie tymi, którzy się nawrócą i którzy swoim życiem będą dawać świadectwo, kochać, przebaczać i przynosić radość Zmartwychwstałego w świecie, w którym mój Syn umarł i w którym ludzie nie odczuwają potrzeby, bo Go poszukiwać i odkrywać w swoim życiu. Adorujcie [Jezusa] i niech wasza nadzieją będzie nadzieją dla tych serc, które nie mają Jezusa. Dziękuję wam, że odpowiedzieliście na moje wezwanie."