niedziela, 30 stycznia 2011

Ks. Dominik Chmielewski - Wojownik Maryi

fot: http://www.janbosko.szczecin.pl/
    Całe moje życie związane było ze sztukami walki - to był priorytet mojego życia. Medytowałem po dwie godziny dziennie zen, jogę - ćwicząc trzy razy dziennie mentalnie i fizycznie karate. W wieku 21 zostałem dyrektorem ds. karate w Polskim Związku Sztuk Walki w Bydgoszczy i mając stopień 3 dan szkoliłem ludzi w bojowej odmianie karate. Studiując  wtedy teologię i filozofię napisałem pracę licencjacką nt. możliwości synkretyzmu filozofii Dalekiego Wschodu z chrześcijaństwem, za którą otrzymałem stopień bardzo dobry. Był to czas, kiedy religia dopiero wchodziła do szkół i poproszono mnie, abym wykładał w jednej z nich religię. Zgodziłem się. Prowadziłem już wtedy szkolenia w dwóch prywatnych szkołach walki, które jak na tamte czasy dawały mi duże możliwości finansowe. To niesamowicie ładowało moje ego. Na imprezach, na dyskotekach, gdzie się zjawiałem, mówili za mną: "Patrz, to jest ten karateka, który strasznie napie......". Z perspektywy czasu widzę, że było to żenujące, ale wtedy "jarało" mnie to strasznie... I w tamtym czasie zacząłem wchodzić w bardzo konkretną decyzję poświęcenia się na całe życie wschodnim sztukom walki. Chciałem wyjechać na Okinawę i trenować przez całe życie pod okiem wielkich okinawańskich mistrzów. Wiedziałem, że wyjazd ten będzie łączył się z bardzo konkretną inicjacją w sztukach walki, którą można porównać do chrztu w chrześcijaństwie. Polega ona na oddaniu swojego całego umysłu i ciała duchowi karate na całe życie, a jest to duch buddyzmu, duch walczącej agresji, mimo całego nacisku na obronę w technikach walki...

    Moja rodzina jest bardzo wierząca. Mieliśmy taki zwyczaj codziennego wspólnego odmawiania dziesiątki różańca. Ja sam nie zauważałem jeszcze wtedy pewnej zdumiewającej rzeczy - było mi coraz trudniej skupić się na modlitwie. Chodziłem co niedzielę na Mszę Świętą, ale mój umysł zupełnie nie był w stanie skupić się na Eucharystii. Z drugiej strony mogłem np. przez godzinę bez trudu medytować zen w zupełnym odprężeniu i ciszy, skupiając się na energiach, które krążyły w moim ciele. Dopiero potem, gdy doświadczyłem Ducha Świętego, zrozumiałem, że są to dwie zupełnie różne moce, które w nas działają. Nie jest prawdą, że Bóg Jedyny i Prawdziwy jest wierzchołkiem góry i różne ścieżki duchowe do Niego prowadzą. Ale  trzeba samemu tego doświadczyć.
    W tym czasie działałem także w odnowie charyzmatycznej jako animator muzyczny. Pewien znajomy ksiądz zaprosił mnie do Medjugorie. Mówił, że są tam jakieś objawienia Matki Bożej i tak dalej... Zaraz do tego wrócę, muszę Wam się jednak najpierw do czegoś przyznać. Miałem wielkie problemy, aby przyjść na ten świat - by się urodzić. Moja mama poroniła pierwsze dziecko i gdy była ze mną w stanie błogosławionym, bardzo przeżywała to, czy się urodzę. W którymś miesiącu ciąży okazało się na podglądzie, że jestem owinięty pępowiną w taki sposób, że jeśli będę chciał wyjść z łona mamy, to się uduszę. Lekarze byli bezradni i nie wiedzieli, co zrobić. Wtedy moja mama bardzo gorąco zaczęła modlić się do Matki Bożej i powiedziała Jej z całą świadomością, że oddaje mnie Jej na własność, że Maryja może zrobić ze mną co chce, bylebym tylko się urodził. Jak się wkrótce okazało, pępowina "nie wiedzieć czemu" cudownie pękła - ku zdziwieniu lekarzom... a ja przepięknie urodziłem się - tak, że nie tylko się nie udusiłem, ale urodziłem się cały i zdrowy.
    Wracając do Medjugorie. Kiedy tam przyjechaliśmy - ja i moich dwóch kolegów, z którymi przyjechałem, też związanych ze sztukami walki, przeraziliśmy się intensywnością programu. W domu miałem problemy z odmówieniem jednej dziesiątki, a tam miałem odmawiać całe 3 części różańca! A dodatkowo jeszcze Msza Święta, modlitwa o uzdrowienie, modlitwa o uwolnienie... No ale, jak już jesteśmy - pomyślałem - to idziemy... Rzeczą, która najbardziej zdumiała mnie na początku było to, że w Medjugorie te modlitwy, które mówisz w domu i ciebie nudzą, tam odmawiasz z lekkością, z radością, z życiem. Postanowiłem jednak być człowiekiem bardzo chłodnym i analitycznym w odbieraniu tego miejsca. Nie chciałem poddać się sugestiom innych ludzi dotyczących dziejących się tam nadprzyrodzonych wydarzeń.
    Na drugi dzień okazało się, że jesteśmy zaproszeni na górę Podbrdo, na objawienie się Matki Bożej. Przybyło nas tam ze 2 tys. osób. Dopchałem się z kolegami do krzyża, przy którym objawia się Maryja, by być jak najbliżej tego niezwykłego wydarzenia. Była godz. 21:30, cudowny klimat, ludzie rozmodleni, śpiewy uwielbiające Jezusa... Nagle zorientowałem się, że stoję blisko Iwana - jednego z widzących. Jeszcze pamiętam, jak odezwałem się wtedy do kolegów: "Patrzcie, to jest doskonały zen. Tak powinniśmy medytować, w takim skupieniu, jak ten koleś tutaj...".
    Około godz. 22:30 stało się… Ivan nagle zerwał się, klęknął, podniósł głowę i zaczął z kimś rozmawiać. Wszedł w ekstazę. Kapłan, który był przy nim, wziął mikrofon i powiedział, że właśnie Matka Boża przyszła i jest już wśród nas. Wszyscy uklęknęli, ja miałem przed tym opory i nie chciałem uklęknąć, starałem się to wszystko analizować bardzo sceptycznie i na spokojnie. I w pewnym momencie coś się stało. Przyszła do mnie  niesamowita fala takiej czułości i takiego szczęścia, że moje ciało, moje emocje, wszystko zaczęło się we mnie totalnie wywracać. Zacząłem płakać jak dziecko. To doświadczenie mocy było zupełnie inne od tego, które uzyskiwałem przez medytację po 15 latach treningu. Była to odczucie... najbardziej niezwykłej kobiety. Bardzo delikatna, bardzo subtelna i łagodna  moc płynąca od Najpiękniejszej Dziewczyny we Wszechświecie. Rozwaliło mnie to zupełnie. Czułem, jakby mnie Ktoś przytulał, modlił się nade mną i szeptał prosto do serca, jak bardzo jestem kochany… Trwało to około 15 minut, po czym widzący wstał, wziął mikrofon i zaczął opowiadać o tym, co Matka Boża mówiła, jak wyglądała...
    Wtedy runął mi zupełnie obraz Maryi, który miałem wcześniej. Wcześniej wyobrażałem Ją sobie siedzącą na tronie, z berłem i Dzieciątkiem na ręku, patrzącą gdzieś z daleka na ten świat, jako kogoś bardzo dalekiego ode mnie. Mówiło się zdrowaśki do Matki Bożej, ale tak naprawdę zupełnie Jej nie odczuwałem. A tu słyszę, że Maryja wygląda mniej więcej na 17-18 lat, ma około 164 cm wzrostu, niebieskie oczy, kruczoczarne włosy, jest niezwykle delikatna, ale moc, która płynie z Niej, z Jej spojrzenia jest niesamowita. Szczególnie Jej oczy są niesamowite. Widzący nie wpadają w ekstazę z faktu, że widzą Matkę Bożą, tylko z olbrzymiego przeżycia w zobaczeniu, jak Ona wygląda. Ivan mówi, że nazywa Ją piękną, ale to słowo w stosunku do Niej nic nie znaczy. Trzeba Ją zobaczyć, by zrozumieć. Jej piękno nie jest stąd, nie jest z tego świata! Mówi, że nigdy nie widział piękniejszej Dziewczyny. Ona jest taka delikatna i taka piękna! Inna z widzących mówiła to samo, że nie może znaleźć  słów, by opisać Jej piękno, gdyż nie ma takiego piękna na ziemi. Nie ma żadnej osoby, która by Ją przypominała. Ona jest zawsze piękniejsza. Gdy jest się przy Niej, ma się chęć tylko płakać ze szczęścia...
    Napisałem później pracę licencjacką o objawieniach Matki Bożej w chrześcijaństwie. Okazało się, że w ciągu tych 2000 lat wszyscy widzący Maryję widzieli praktycznie to samo - najpiękniejszą nastolatkę świata o urodzie i piękności takiej, że niemożliwe jest opisanie Jej opisanie. Patrząc na Maryję człowiek całkowicie wymięka. Kto odkrył Maryję naprawdę, ten odkrył promieniowanie Jej niesamowitej czułości i miłości, delikatności połączonej z niesamowitą mocą i wolą walki z szatanem. Taka jest Maryja z Nazaretu, Największa Wojowniczka Boga. Gdziekolwiek Ona się pojawi, szatan jest miażdżony.
    Po tym objawieniu ludzie padali sobie w ramiona. Zapanowała wielka radość i pokój. W tym stanie uniesienia ludzie zaczęli wracać do swoich kwater, a ja, wstrząśnięty, postanowiłem sobie usiąść jeszcze przy tym kamieniu, pod krzyżem. Tam powiedziałem Maryi:
"Jeśli to wszystko, co tutaj się dzieje, jest prawdą, a nie tylko moim emocjonalnym rozchwianiem, to proszę Cię, Maryjo, abyś jeszcze raz przyszła i została tutaj ze mną, bo muszę coś bardzo ważnego w życiu zrobić i muszę Ci o tym powiedzieć."
    Siadłem sobie na kamieniu i powtórnie otrzymałem dar bardzo silnego odczucia Jej obecności… Siedziałem na tym kamieniu, Ona siedziała obok mnie i opowiadałem Jej o wszystkim, o całym moim życiu, o przyszłości... Co to było za odczucie… nie zapomnę tego do końca życia!
    W końcu kumpel mówi: "Dominik, idziemy już na kwatery! Zobacz jak długo tu siedzimy...". Ja mówię: "Stary, daj spokój, jeszcze pół godziny." A on na to: "Zobacz, która jest godzina." Ja patrzę na zegarek: 01:30 w nocy. Zdumiony nie wierzyłem, że siedziałem tam tak długo… czas po prostu przestał dla mnie istnieć.
    W końcu wróciliśmy na kwatery, a ja nie mogłem zasnąć. Cały czas, niesamowicie wzruszony postanowiłem to wszystko co odczuwałem przelać na papier. Napisałem list do Maryi, w którym oddałem Jej całe moje życie - swoją dziewczynę, sztuki walki, moich przyjaciół, całą moja przyszłość, wszystkie plany na życie, które miałem. Schowałem ten list do kieszeni i dopiero wtedy usnąłem.
    Na drugi dzień poszliśmy do jednej z widzących - Vicki. Ta opowiadała nam przepięknie o Matce Bożej, o przesłaniach Maryi do świata i zakończyła niespodziewanie słowami:
"Jeśli ktoś chce coś szczególnego powiedzieć Matce Bożej, to dzisiaj wieczorem, kiedy Ona przyjdzie do mnie, dam Jej tę informację od was. Dlatego, jeśli ktoś chce, to niech coś napisze i da mi, a ja Jej to przekażę."
    Szybko sięgnąłem do kieszeni i pierwszy przekazałem Vicce mój list.
    Wróciłem do domu, do Polski w stanie niezwykłego duchowego przebudzenia. Nie rozstawałem się z różańcem, zacząłem pościć o chlebie i wodzie, wyłączyłem telewizor, muzykę… Moi rodzice byli wtedy na rekolekcjach Oazy Rodzin. Zadzwonili do mnie z pytaniem, jak tam było. Powiedziałem, że nie jestem w stanie tego opisać. Zaproponowali więc, abym do nich przyjechał i wszystko im opowiedział...
    Na miejscu było około 60 osób - rodzin z małymi dziećmi i dwóch kapłanów. Kiedy zacząłem opowiadać o Medjugorie, było około godziny 22:00. Skończyłem opowiadać gdzieś koło północy. Rodzice patrzyli na mnie takimi oczami, jakby zobaczyli ducha. Obecni tam księża, którzy mnie znali, byli w niezłym szoku. Na końcu powiedziałem im, że tam - w Medjugorie - otrzymaliśmy specjalne błogosławieństwo od Matki Bożej, które mamy przekazywać wszystkim innym, w celu nawracania ich i przyjęcia błogosławieństwa Bożego. I jeśli chcą, to mogę im to błogosławieństwo przekazać. Księża patrzą na mnie... - wyobraźcie sobie: koleś przyjeżdża nie wiadomo skąd i jakieś błogosławieństwo chce przekazywać... Rodzice też za bardzo nie wiedzieli co się dzieje. Było tam kilkanaście małżeństw, które przy kawce słuchały tego wszystkiego... I nagle zrobił się niesamowity harmider. Tamci pobiegli po inne małżeństwa, zaczęli budzić dzieciaki o 24:00, schodzić się całymi rodzinami. Ja kładłem na nich ręce, błogosławiłem... co się tam działo...tyle pokoju i radości w sercach tylu ludzi…
    Kiedy wróciłem do domu kręciłem okrążenia na różańczyku, jedno okrążenie za drugim, nie nudząc się, nie mogąc się nasycić modlitwą odczuwając niesamowitą radość, szczęście i pokój serca. Szczególnie niezwykłe było doświadczenie pokoju serca, daru Ducha Świętego od Maryi Królowej Pokoju. Zobaczyłem, że wyciszenie zmysłów, które uzyskiwałem w czasie medytacji zen, to zupełnie inne doświadczenie niż pokój serca, dar Ducha Świętego. Po dwóch dniach zadzwonił do mnie przyjaciel znad morza i mówi: "Słuchaj, od trzech dni trwa zgrupowanie karate, które miałeś prowadzić. Gdzie ty jesteś?"
    Rzeczywiście, zupełnie o tym zapomniałem. Zapakowałem kimono do plecaka i pojechałem. Na treningu wszyscy spojrzeli  na mnie zdumieni, ponieważ do czarnego pasa przy kimonie przywiązałem różaniec. Nic nie powiedzieli z szacunku, a może i ze strachu, że dostaną bęcki za głupie uśmieszki, ale spojrzenia mieli przedziwne. Poprowadziłem trening jak zawsze, czyli pokazywałem im, jak na pięćdziesiąt różnych sposobów można kogoś zabić, a potem wyjąłem swój różaniec i powiedziałem, że dzisiaj nie będzie medytacji, tylko opowiem im o miłości Pana Boga do każdego z nich i opowiem, kim jest Matka Boża... I najciekawsze było to, że tak słuchali mnie przez dwie godziny, a na końcu wszyscy chcieli przyjąć błogosławieństwo Matki Bożej. Tak więc kładłem na nich ręce i przekazywałem je modląc się nad nimi.
    Dużo by jeszcze opowiadać... Ponieważ byłem dosyć znany w środowisku młodzieżowym w Bydgoszczy, zaczęto mnie zapraszać na różne rekolekcje. Głosiłem Słowo, mówiłem o Medjugorie, o Maryi. Bardzo dużo osób się nawracało, do tego stopnia, że zaczęliśmy organizować pielgrzymki do Medjugorie - tylko dla młodzieży. Utworzyliśmy grupy medjugorskie Matki Bożej, gdzie młodzież modliła się trzema częściami różańca dziennie i pościła o chlebie i wodzie w środy i piątki. Działy się wielkie rzeczy, znaki i cuda nawróceń wręcz zdumiewających!
    Kilka miesięcy później, będąc w Dębkach niedaleko Żarnowca, ćwicząc intensywnie na treningu karate, zacząłem odczuwać, że wykonując  techniki karate, przenika mnie złowrogi niepokój, nie wiadomo skąd. Trening, który kiedyś przynosił mi ogromną radość, teraz nie wiedzieć czemu stał się odczuwaniem  niewytłumaczalnego lęku i niepokoju. Straciłem cały pokój serca i radość, który miałem dzięki modlitwie. Nie mogłem sobie z tym poradzić. Wiedziałem, że niedaleko mieścił się klasztor benedyktynek i pewnego dnia poszedłem tam. Na furcie powiedziałem, ze chciałbym porozmawiać z jakąś mądrą siostrą. Po chwili wyszła do mnie jedna z sióstr, która tak na mnie popatrzyła, uśmiechnęła się i powiedziała: "Czekałam na ciebie." Usiedliśmy sobie w pokoju i zaczęliśmy rozmawiać tak, jakbyśmy się znali od zawsze. Na końcu powiedziała mi: "Słuchaj, Matka Boża ma dla ciebie wspaniały plan, ale tym, co cię od Niej odgradza jest sztuka walki, którą trenujesz. Wybór należy do ciebie."
    Byłem zdumiony… Myślałem, że będę przyprowadzał do Matki Bożej chłopaków, którzy sami od siebie nigdy do kościoła nie przyjdą i to będzie taka fajna forma ewangelizacji, by poprzez sztuki walki doprowadzić ich do chrześcijaństwa. Ale ona kręciła tylko głową i mówiła:
"Nie, to są dwa różne źródła mocy, nie można tego łączyć. Nie można być jednocześnie chrześcijaninem i buddystą. Nie można trenować kogoś w bardzo brutalnych technikach walki, a jednocześnie otwierać się na Moc Ducha Świętego, który jest Pokojem, Czułością, Łagodnością całkowicie pozbawioną agresji…".
    Tak więc z ciężkim sercem, ale za wielką łaską Bożą podjąłem decyzję, że rezygnuję ze sztuk walki. Przyjechałem do Bydgoszczy, zrobiłem walne zebranie związku i złożyłem rezygnację ze stanowiska dyrektora technicznego ds. karate. Nie wiedziałem, co będzie dalej, ale moja decyzja była nieodwołalna.
    Od tamtego czasu minęło przeszło 15 lat. Nadal przyjaźnię się z wieloma znajomymi z tamtego środowiska sztuk walk. Cały czas trzymamy się razem. Moi najbliżsi przyjaciele, z którymi trenowałem przez wiele lat, są dzisiaj ewangelizatorami w Bydgoszczy; jeden w środowisku biznesmenów, drugi już nie trenuje sztuk walki – zrezygnował z nich  na rzecz sportów walki. Ma bardzo mocną sieć klubów taekwondo w Bydgoszczy i tam również  propaguje drogę życia chrześcijańskiego wśród młodzieży.
    Kończąc moje opowiadanie, Matka Boża coraz głośniej wołała mnie, abym się Jej oddał. To było z miesiąca na miesiąc coraz mocniejsze, coraz silniejsze, ale tak jak zawsze, było to: "Jeśli chcesz. Nie musisz, tylko jeśli chcesz." Bardzo delikatnie, cichutko, aby nie przestraszyć, aby nie naruszyć wolnej woli, pytała:

"Czy chcesz być mój na zawsze, tylko dla mnie? Jeśli tego nie chcesz, będę cię kochać, będę cię błogosławić, dam ci szczęśliwą rodzinę. Ale jeśli chcesz zostać moim ukochanym kapłanem, to będziesz najbardziej szczęśliwy."
    No i tak się stało. Rok później wstąpiłem do zgromadzenia salezjańskiego...
   
I tak, w wielkim skrócie, opowiedziałem Wam historię swojego powołania. Po wielu latach prowadzenia przez Maryję w życiu zakonnym, doświadczałem wielkich walk z szatanem, ale na Niej nigdy się nie zawiodłem. Ona zawsze była, jest i będzie przy mnie i przyjdzie po mnie w chwili śmierci, aby mnie przyprowadzić do Ojca Niebieskiego, tak jak to czyni każdego dnia już tu na ziemi - na modlitwie. Jej moc nad szatanem jest druzgocząca, Ona ma całą moc Boga, aby zmiażdżyć szatana. Tak bardzo to widzę w posłudze uwalniania i egzorcyzmach. W posłudze uzdrawiania widzę, że najpiękniejsze uzdrowienia dzieją się wtedy, gdy Ona prosi o nie Jezusa i Jezus dokonuje ich składając nas w Jej ramionach. A jednocześnie widzę jak szatan przeraźliwie Jej się boi i zrobi wszystko, żeby wyeliminować Ją z życia i z serca każdego dziecka Bożego. Widzę, że - tak jak w życiu ziemskim - relacje w rodzinie są wtedy najpiękniejsze, gdy dziecko ma kochającą mamę i tatę... tak w życiu duchowym dziecko najpiękniej się rozwija, gdy ma kochającego Ojca Niebieskiego i Najwspanialszą Mamę Maryję! Wtedy jest najbezpieczniejsze :)


Ks. Dominik Chmielewski

PS. Oto krótki filmik z czasów mojego trenowania karate: < zobacz >
Źródło : www.tajemnicamilosci

środa, 26 stycznia 2011

wtorek, 25 stycznia 2011

Orędzie Matki Bożej z 25 stycznia 2011 r.

„Drogie dzieci! Również dziś jestem z wami i patrzę na was i błogosławię i nie tracę nadziei, że ten świat przemieni się na lepsze i że pokój będzie panował w ludzkich sercach. Radość zapanuje nad światem, bo otwarliście się na moje wezwanie i miłość Bożą. Duch Święty przemienia wielu ludzi, którzy powiedzieli „tak”. Dlatego pragnę wam powiedzieć: dziękuję wam, że odpowiedzieliście na moje wezwanie.”


PS. Dziś jak każdego 25 dnia miesiąca w parafii Medziugorje będzie całonocna adoracja Najświętszego Sakramentu. Od godz. 22: 00 do 23: 00 - wspólna, potem adoracja w ciszy do 7 rano.

poniedziałek, 24 stycznia 2011



...Prośmy naszą Matkę, Matkę wszystkich ludzi, aby dzięki Jej miłosiernemu i pełnemu miłości wsparciu zjednoczyli się wszyscy uczniowie Chrystusa. Aby nastała jedna Owczarnia. Aby Królestwo Boże zatriumfowało na całej ziemi...
Ojciec Święty Benedykt XVI (23.01.2011)

Tak pójdę za Tobą

Mam na imię Liga mam 26 lat. Jestem najmłodszą z trójki rodzeństwa. Moja rodzina mieszkała w małej wiosce na Litwie. Moi rodzice byli katolikami, ale tak naprawdę nie praktykowali swojej wiary. Kiedy miałam 7 lat Litwa uzyskała niepodległość, wtedy moja rodzina zaczęła uczęszczać na niedzielne msze święte. Bardzo interesowała mnie religia, rok później przystąpiłam do Pierwszej Komunii i zaczęłam uczęszczać na spotkania organizowane dla dzieci przez naszą parafię. 
 Powoli Kościół coraz bardziej mnie przyciągał. Mniej więcej w tym samym czasie moja starsza siostra zaczęła studiować teologię. Opowiadała mi niesamowite historie o Jezusie i życiu świętych. Kiedy dorastałam mój dziecięcy entuzjazm zmniejszył się, każda niedzielna Msza Święta stawała się tylko coraz cięższym obowiązkiem do spełnienia. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, co tak naprawdę dzieje się podczas Eucharystii, więc trudno było mi ją polubić. Kościół wydawał mi się miejscem przeznaczonym dla starszych osób i trudno mi było się w nim odnaleźć. Jednak nie przestawałam wierzyć w Boga i modlić się. Po ukończeniu szkoły podstawowej, żeby kontynuować naukę w szkole średniej musiałam przeprowadzić się do pobliskiego miasta i zamieszkać w akademiku. Kiedy przestałam mieszkać z rodziną poczułam się wystarczająco wolna, żeby robić to, na co mam ochotę. W wieku 16 lat z powodu różnych problemów w szkole, wpadłam w depresję. Wiedziałam, że sama nie radzę sobie z własnymi problemami i potrzebuję pomocy, ale byłam zbyt nieśmiała żeby o nią prosić. Zaczęłam pokładać nadzieję w Bogu. Za każdym razem, kiedy czułam się źle zaczynałam się modlić: Panie Jezu zmiłuj się nade mną! Nie wiedziałam, dlaczego wybrałam właśnie te słowa na modlitwę - kiedy kilka lat później odkryłam „modlitwę Jezusową” byłam bardzo zaskoczona, ponieważ ta modlitwa pomagała mi bardzo i pozwoliła mi wyjść z mojej depresji.
Modliłam się do Pana o pomoc, ale nigdy tak naprawdę nie spodziewałam się, ze mogę ją od Niego otrzymać. Kiedy odpowiadał na moje modlitwy, ja wciąż się pytałam, – Kim jesteś? W dzieciństwie kochałam Go bardzo, wiedziałam coś o Nim, ponieważ inni mi o Nim mówili, aż wreszcie i ja odczułam jego obecność, On naprawdę usłyszał moje wołanie.
W tamtym czasie niektórzy moi bliscy znajomi zaczęli interesować się religią, ale były to zainteresowania raczej religiami wschodu takimi jak buddyzm, czy hinduizm. Rozmawiając z nimi zaczęłam dochodzić do wniosku, że przecież w sumie istnieje jeden Bóg i nie jest ważne jak go nazywamy. Zaczęłam tworzyć własną religię złożoną z kawałków różnych religii. Fascynowała mnie literatura ezoteryczna. Modliłam się na różańcu i jednocześnie mantrowałam. Każdego ranka przed wyjściem z domu odprawiałam specjalny rytuał, a każdego wieczoru praktykowałam medytację transcendentalną. Chrześcijaństwo przestało być dla mnie najważniejsze. Pewnego wieczoru, kiedy jak zwykle medytowałam, poczułam jak coś czarnego i dużego spadło na mnie. Zaczęłam krzyczeć. Poderwałam się, zapaliłam światło, włączyłam radio itp. Do tego momentu byłam pewna, że wszystko, co praktykuje jest dobre. Ale po tym doświadczeniu zaczęłam wątpić. Jak to możliwe, żeby podczas modlitwy doświadczyć czegoś negatywnego? Na kilka miesięcy porzuciłam medytację, ale później wyczytałam z książek ezoterycznych, że takie doświadczenie u początkujących jest zupełnie normalne.
Rufus Pereira
Tydzień po ukończeniu przeze mnie szkoły średniej odbyły się, pierwsze na Litwie, Katolickie Dni Młodzieży. Moja siostra zaprosiła mnie, żebym przyłączyła się do niej. Podczas tych trzech dni Pan bardzo mocno mnie dotknął. Po pierwsze odkryłam piękno Kościoła. Tam było wiele młodych osób śpiewających i wielbiących Pana – a wszyscy wyglądali na bardzo szczęśliwych! Na tych dniach obecny był ojciec Rufus Pereira. Mówił dużo o niebezpieczeństwie płynącym z praktyk New Age. Wyjaśniał, że jeśli odwrócimy się od prawdziwej Drogi i Prawdy, którą jest Jezus otworzymy drzwi na działanie demona. Wiele pytań pojawiało się w mojej głowie, nie było mi łatwo przyjąć, że działam przeciw woli Bożej. Na koniec ojciec Rufus zaprosił wszystkich w pobliże ołtarza i modlił się nad każdą z osób. Przed tym mieliśmy wybaczyć każdemu, kto nas zranił, porzucić każdą okultystyczną praktykę i przyjąć Jezusa. Nie do końca rozumiałam, co oznacza słowo „okultyzm”, ale czułam, że w jakiś sposób mnie dotyczy.  Ojciec Rufus pomodlił się krótko nade mną i wróciłam na miejsce. Nie wiem, co wydarzyło się podczas tej krótkiej modlitwy, ale byłam zupełnie odmieniona. Ogrom miłości, piękna i radości spłynął na moje serce – dosłownie fruwałam.
Podczas drogi do domu mój nastrój zaczął się zmieniać.  Zdałam sobie sprawę, że moje praktyki religijne nie są dobre. Czułam, że powinnam je wszystkie porzucić, aby znów stać się prawdziwą katoliczką, jednocześnie coś mnie blokowało. Myśl, że Bóg mnie nie kocha powracała i prze to czuła się zupełnie rozbita. Ponieważ tamte dni były bardzo gorące postanowiłam pójść popływać w rzece. Podczas pływania rozmyślałam o tym, co wydarzyło się podczas dni młodych, nie wiedziałam, co mam robić i jak dalej żyć. Byłam sama do głowy zaczęła mi przychodzić myśl, żeby porzucić wszystko – wystarczą dwie minuty i przestanę istnieć. Kiedy już miałam podjąć tę ostateczną decyzję poczułam, ze nie jestem sama, na brzegu stał Jezus i czekał na mnie. Pozwolił mi wybrać życie lub śmierć. Wyskoczyłam z wody tak szybko jak tylko umiałam i powiedziałam Jezusowi – tak, ja wybieram pójście za Tobą. Ogromny kamień spadł z mojego serca i natychmiast poczułam znowu ogromną radość. Zaczęłam chodzić regularnie do kościoła, przyłączyłam się do grupy modlitewnej. Odkryłam piękno i bogactwo wiary katolickiej i wszystkich skarbów, jakie daje nam Bóg. Od tamtej pory zaczęłam nowe życie, życie z Jezusem i jestem bardzo szczęśliwa. Kiedy wybieramy Jezusa, jako naszego Pana i Zbawiciela, kiedy wybieramy życie zgodne z Jego Słowami, zmienia się wszystko. Każdy dzień staje się darem, ponieważ nasz Niebieski Ojciec jest bardzo hojny dla swoich dzieci! On kocha nas bardzo, a Jego miłosierdzie jest wspaniałe!
Liga (Litwa)
Źródło: „Voice Medjugorje” luty 2011.
Tłumaczenie z języka angielskiego: Agnieszka
PS. Dziękuję Agnieszko!

niedziela, 23 stycznia 2011

Rekolekcje w Parafii św Jakuba w Medjugorju.

Oto wiadomość z dzisiejszych ogłoszeń parafialnych, zainteresowanych zapraszam do łączenia się przez internet z Kościołem w Medjugorju


Od piątku 28 stycznia do niedzieli 30 stycznia odbędą się rekolekcje w Parafii św Jakuba w Medjugorju. Przewodniczył będzie ks. prof. dr.Tomislav Ivanćić.

Program
Piątek,28 stycznia
16.00  Wykład - ks. Tomislav Ivanćić
17.00  Różaniec
18.00  Msza św
19.00  Adoracja Krzyża
20.00 Wykład dla przewodników,osób zaangażowanych w życiu parafii, właścicieli pensjonatów i hoteli


Sobota 29 stycznia
9.30 Wykład dla dzieci i młodzieży
16.00 Wykład - ks. Tomislav Ivanćić
20.00 Wspólnota Miłosiernego Ojca - spotkanie z uzależnionymi


Niedziela 30 stycznia
9.30 Msza św dla dzieci i rodziców - ks.Tomislav Ivanćić
11.00 Suma - ks.Tomislav Ivanćić


PS. Dziękuję za wiadomość

Kiedy pewnego dnia powiesz: pragnę być wielkim świętym w Kościele katolickim, pragnę być zwieńczeniem świętości w ludzkości, kiedy powiesz: Panie chcę, abyś to ze mną uczynił. A jak możesz stać się kimś, jeżeli nigdy nie powiedziałeś o tym Bogu i nie zezwoliłeś Mu na to? Dlaczego ludzie wierzący boją się być takim jak Jezus? Nie bój się, na pewno zawsze będziesz miał swoje krzyże, zawsze będziesz ponosił porażki, ale dopóki jesteś z Bogiem, On wszystko przewyższa”
 – z homilii ks.dr. Ivančića  wygłoszonej na 25 rocznicę objawień Matki Bożej w Medziugorje.

Prof. dr Tomislav Ivančić w Medziugorje
Pewien Europejczyk zabłądził na Saharze. Był spragniony i głodny. Wlókł się ostatkiem sił w nadziei, że odnajdzie oazę i ocali w ten sposób życie. Kiedy już stracił wszelką nadzieję, jego oczom ukazała się nagle zielona oaza. Nie posiadając się ze szczęścia zaczął biec w jej stronę. Nagle jednak zatrzymał się, mówiąc sam do siebie: „Nie, nie wolno mi dać się zwieść. To fatamorgana. Moje oczy widzą również to, co nie istnieje, bo cała moja istota tego pragnie. To nie oaza. Muszę być rozsądny i trzeźwy”. I powlókł się dalej przez piasek Naraz zobaczył przed sobą palmy daktylowe, z których zwisały owoce. Już chciał je zerwać, kiedy znów opamiętał się: „Nie, to nie daktyle, to fatamorgana. Nie wolno mi dać się zwieść”. Kilka kroków dalej jego oczom ukazało się źródło. I kiedy już chciał się nad nim nachylić, jego trzeźwy europejski umysł ostrzegł go: „To tylko fatamorgana. Nie ma żadnego źródła. Muszę umrzeć z pragnienia, głodu i gorąca” 
Kilka dni później przechodzili tamtędy dwaj Beduini. Zdumieli się, ujrzawszy martwego Europejczyka. Jeden z nich rzekł: „Spójrz na tego dziwnego człowieka. Tu, obok wody i daktyli, w cieniu drzew, zmarł z pragnienia, głodu i gorąca „. Drugi wyjaśnił mu: „ Znałem wielu takich ludzi z Europy. Ich rozum nie pozwała im wierzyć w to, co widzą ich oczy i serca”.


Jeśli będziemy mówić o darach Ducha Świętego, natkniemy się na podobną mentalność u współczesnych chrześcijan. Uważa się powszechnie, że cuda i inne obietnice, które Chrystus dał wierzącym, to coś na kształt fatamorgany. Zdarzają się rzadko jak oazy na pustyni i dokonują ich wyłącznie święci. A jednak dary Ducha Świętego istnieją również dzisiaj w Kościele, a obietnice Jezusa urzeczywistniają się także teraz. Prawdą jest i to, że każdy wierzący jest święty przez chrzest i dlatego każdy może te obietnice wypełnić. Jezus powiedział, bowiem:


 Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto we Mnie wierzy, będzie także dokonywał tych dzieł, których Ja dokonuję, owszem, i większe od tych uczyni, bo Ja idę do Ojca. A o cokolwiek prosić będziecie w imię moje, to uczynię, aby Ojciec byt otoczony chwałą w Synu. O cokolwiek prosić Mnie będziecie w imię moje, Ja to spełnię(J 14,12-14).


W Nowym Testamencie wiele mówi się o zdolnościach, które Duch Święty rozdziela między wszystkich, uzewnętrzniając się przez nie. Trzeba znać te zdolności oraz obietnice Jezusa, abyśmy mogli realizować je i żyć nimi. (…)
- fragment z książki ks.dr Tomislava Ivančića "Spotkanie z Bogiem Żywym"


Ks. prof. dr.Tomislav Ivanćić
urodził się w 1938 r. w miejscowości Davor (Chorwacja). Po ukończeniu studiów filozoficznych i teologicznych w 1966 r. przyjął święcenia kapłańskie w archidiecezji zagrzebskiej. Doktorat z teologii otrzymał na Uniwersytecie Papieskim Gregorianum w Rzymie. Jest profesorem na Katolickim Wydziale Teologicznym Uniwersytetu w Zagrzebiu i inicjatorem ruchu modlitewnego w Kościele chorwackim oraz założycielem Wspólnoty Modlitwa i Słowo (MiR). Jego praca naukowa obejmuje szczególnie badanie wymiaru egzystencjalno-duchowego człowieka (był duszpasterzem akademickim), w którym odkrywa możliwości współczesnej ewangelizacji oraz konieczność rozwoju medycyny duchowej, niezbędnej w całościowym leczeniu człowieka. W tym celu rozwinął metodę hagioterapii i w 1990 r. powołał Centrum Pomocy Duchowej w Zagrzebiu, któremu przewodniczy. Przez ostatnie lata kształci animatorów pomocy duchowej oraz rekolekcji ewangelizacyjnych.

piątek, 21 stycznia 2011

Oaza pokoju na pustyni

Wywiad z Siostrą Emmanuel Maillard

- Czym naprawdę jest Medziugorje dla jego mieszkańców i dla tych, którzy tu przyjeżdżają?

Chciałabym nieco zmienić to pytanie: Czym powinno stać się Medziugorje, by zaspokoić potrzeby przybywających z całego świata pielgrzymów?

Matka Boża podpowiedziała nam: „Chcę stworzyć tutaj oazę pokoju”.
Zastanówmy się jednak, co to jest oaza?

Każdy, kto odwiedził kiedyś Afrykę lub Ziemię Święta i znalazł się na pustyni, wie, że oaza to miejsce, gdzie jest woda. Woda wypływa z głębin na powierzchnię, nawadnia ziemię i rodzi niezliczone gatunki drzew wydających rożne owoce, pola pełne barwnych kwiatów... W oazie każde nasienie może zakiełkować i wyrosnąć. Jest to miejsce głębokiej harmonii, ponieważ kwiaty i drzewa zostały stworzone przez Boga. On zaś darzy nie tylko harmonią, ale także obfitością! Ludzie mogą tu żyć spokojnie, ponieważ mają, co jeść i pić, podobnie jak zwierzęta, które, choć żyją na pustyni, mają pod dostatkiem wody oraz paszy, i mogą dostarczać ludziom mleko, jajka i inne produkty. Oaza to miejsce, gdzie kwitnie życie! W Medziugorju, w oazie stworzonej przez sama Matkę Bożą, zauważyłam, że każdy człowiek może znaleźć właściwy pokarm (odpowiedni dla siebie), a jednocześnie sam z kolei może stać się drzewem, dostarczającym owoców innym ludziom.

Nasz świat jest pustynią

Współczesny Świat to pustynia, co szczególnie dotkliwie odczuwają młodzi, codziennie przyjmujący truciznę za pośrednictwem środków masowego przekazu oraz złego przykładu dawanego przez dorosłych. Już od maleńkości przyswajają sobie rzeczy, które mogą nawet zniszczyć ich duszę. Po tej pustyni krąży szatan. Czytamy przecież w Biblii, że pustynia to miejsce, gdzie można spotkać złego ducha i trzeba go pokonać, jeśli chce się pozostać z Bogiem. Wówczas Bóg przygotuje nam miejsce na pustyni, gdzie będziemy żyli w łasce i łaska, wiemy, bowiem, że woda jest także symbolem łaski.

- Jak Matka Boża postrzega Medziugorje?

Jako miejsce, z którego tryska źródło łaski, „oaza”, jak sama mówi w jednym z orędzi: Miejsce, gdzie Jej dzieci mogą przyjść napić się czystej wody, wypływającej z boku Chrystusa. Woda błogosławiona, święta woda. Zawsze, gdy modlę się w lasku koło mojego domu i przyłącza się do mnie grupa pielgrzymów, dostrzegam, jak z wolna zachodzą w nich zmiany. Mógł abym zrobić im zdjęcie przed i po odmówieniu różańca, by pokazać, jak przeobrażają się ich twarze: wydają się zupełnie innymi ludźmi!

Medziugorje to miejsce niezwykłej modlitewnej łaski.

Matka Boża pragnie nas nią obdarzyć i chce, abyśmy, mieszkańcy wioski i pielgrzymi, stali się owocami, zdatnymi do jedzenia, i abyśmy dali się innym, którzy ciągle jeszcze wędrują przez pustynię, głodni i spragnieni.

Nieprzyjaciel Medziugorja.

Musimy chronić tę oazę, ponieważ zły duch jest tutaj bardzo czujny, wkrada się między ludzi pragnących wspólnie go zwalczać, siejąc między nimi niezgodę psując ich jedność. Chciałby też pozbawić nas wody, tego jednak nie zdoła dokonać, ponieważ wypływa ona od Boga, a Bóg jest Bogiem! Może jednak zanieczyścić wodę, może wprowadzać zamęt, przeszkadzać pielgrzymom zanurzyć się w modlitwie, w słuchaniu orędzi Matki Bożej, sprawiając, że nie dotrą do ich sedna i zagubią się wśród mało znaczących drobiazgów. „Szatan chce zmienić pielgrzymów w ciekawskich”. Do Medziugorja przybywają ludzie szukający nie tylko Matki Bożej, ale po prostu rozrywki. Przyjeżdżają tu z pobliskich miejscowości, z Citluk, Ljubuski, Mostaru, Sarajewa czy Splitu, ponieważ wiedzą, że w Medziugorju zbiera się cały świat w pigułce, co nigdy przedtem nie zdarzyło się w tym regionie. Nie brak również i takich, którzy wprawdzie spodziewają się czegoś po pobycie w Medziugorju, wiele jednak zależy od sposobu, w jaki przygotowali ich przewodnicy. Widziałam mnóstwo grup, które powracały do domu nie zrozumiawszy prawdziwego znaczenia zachodzących tutaj wydarzeń. Działo się tak, ponieważ nie modlili się właściwie i tracili czas na pustą bieganinę, nie przyjąwszy prawdziwego orędzia Medziugorja - dotknięcia łaski. Takie osoby dwoją się i troją, chcąc sfotografować wszystko i wszystkich. W ten sposób nigdy jednak nie zdołają zanurzyć się w modlitwie! Wszystko zależy w każdym razie od zdolności i duchowej głębi przewodnika. To cudowne, gdy ma on tylko jeden cel: - poprowadzić dusze ku nawróceniu i prawdziwemu pokojowi serca!

Miejsce spotkania

- Niektórzy zadają pytanie, dlaczego tu, w Medziugorju, nie organizuje się dni skupienia dla osób konsekrowanych albo kursów Pisma Świętego, do czego Matka Boża zresztą zachęca.

Sadzę, że Medziugorje jest miejscem, gdzie człowiek po prostu spotyka się z Matka Bożą i uczy się modlić. Po tym cudownym spotkaniu, już w domu, Maryja sama podpowie nam poprzez modlitwę, co czynić dalej. Świat oferuje wiele rozwiązań i, jeśli dobrze poszukasz, będziesz wiedział, w jaki sposób możesz pogłębić dar, który otrzymałeś w Medziugorju. Być może w przyszłości powstaną tu rożne inicjatywy, jak dotąd Maryja pragnęła jednak urzeczywistnić tylko zwyczajne spotkanie z Nią. Ludzie potrzebują matki, odczuwają konieczność przebywania w miejscu, gdzie można wyzdrowieć tak na duszy, jak i na ciele. Przybywają tu, jako sieroty i stają się dziećmi Matki Bożej.

Dlatego zachęcam: przyjedź do Medziugorja.

Wejdź na wzgórza, poproś Matkę Boża, by cię odwiedziła, gdyż jest to miejsce codziennego nawiedzenia. Ona spełni twa prośbę, nawet jedli nie odczujesz Jej obecności za pomocą twych ziemskich zmysłów. Odwiedzi cię jednak, a ty może zdasz sobie z tego sprawę dopiero w domu, gdy spostrzeżesz, jak wielkie zaszły w tobie zmiany. Maryja pragnie, byśmy przeżywali spotkanie z Jej matczynym Sercem, z Jej czułością, z Jej miłością do Jezusa. Przyjdź tu, w ramiona Matki, a skończy się twoja samotność. Porzućmy rozpacz, ponieważ mamy Matkę, która jest również Królową, Matkę, która jest również bardzo piękna i potężna. Tutaj droga twojego życia ulegnie zmianie, ponieważ spotkasz Matkę; weźmiesz Ją za rękę i nigdy już nie wypuścisz jej ze swojej dłoni.

Matka Teresa trzymała Ją za rękę.

Pewnego razu Matka Teresa z Kalkuty, która gorąco pragnęła odwiedzić Medziugorje, opowiedziała następujący epizod ze swojego dzieciństwa biskupowi Hnilicy (z Rzymu), kiedy zapytał ją, czemu przypisuje tak wielkie powodzenie swojej działalności:

 Kiedy miałam 5 lat, szłam z moja matką przez pola, do wioski dosyć oddalonej od naszej. Trzymałam mamę za rękę i byłam szczęśliwa. W pewnej chwili matka zatrzymała się i rzekła: „Wzięłaś mnie za rękę i czujesz się bezpieczna, ponieważ ja znam drogę. Tak samo musisz trzymać się zawsze ręki Matki Bożej, a Ona w twym życiu zawsze będzie cię wiodła po właściwych ścieżkach. Nigdy nie puszczaj Jej ręki!” Tak właśnie postąpiłam! Tamte słowa zapadły mi głęboko w serce i w pamięć: przez całe życie zawsze trzymałam Maryję za rękę... I dzisiaj ani trochę tego nie żałuję!

Medziugorje to właściwe miejsce, by chwycić Maryję za rękę, reszta przyjdzie później sama. Jest to spotkanie tak głębokie, że powoduje niemal szok, nie tylko duchowy, ale i psycho - uczuciowy, ponieważ w świecie, gdzie matki większość czasu spędzają przy komputerze lub poza domem, rodziny rozpadają się lub grozi im rozpadnięcie. Ludzie coraz bardziej potrzebują Matki Niebieskiej.

Więcej łask niż widzącym.

Przygotujmy, więc spotkanie z nasza Matka, odczytajmy orędzia, a w chwili objawienia otwórzmy nasze wnętrze. Mówiąc o chwili objawienia widzącym, Matka Boża powiedziała kiedyś Vicce:
 „Kiedy przychodzę, udzielam wam łask, jakich nikomu dotąd nie udzieliłam. Tymi samymi łaskami chcę jednak obdarzyć także wszystkie moje dzieci, które otwierają serca na moje przyjście”

 Nie powinniśmy zazdrościć, więc widzącym, ponieważ jeśli w czasie Jej objawienia otworzymy serce, otrzymamy te same łaski, a nawet jeszcze jedną dodatkową, jestem, bowiem błogosławiony, gdyż nie widziałem, a uwierzyłem (oni zaś są jej pozbawieni, ponieważ widza!)

Bukiet, mozaika - w jedności

Za każdym razem, gdy otwieramy serce i przyjmujemy Matkę Boża, dokonuje Ona swego macierzyńskiego dzieła oczyszczenia, zachęty, czułości i wypędza zło. Jeśli to właśnie będą przeżywać wszyscy, którzy odwiedzają Medziugorje lub mieszkają tutaj, wówczas staniemy się tym, co zapowiedziała Królowa Pokoju: oazą, bukietem kwiatów, w którym łączą się wszystkie możliwe kolory, mozaiką. Każda mała kostka mozaiki, umieszczona na właściwym miejscu, tworzy wspaniałą całość, jeśli jednak kostki mieszają się w bezładzie, trudno mówić o pięknie.

Wszyscy powinniśmy, zatem pracować dla jedności, ale dla jedności skupiającej się w Panu i w Jego Ewangelii! Jeśli ktoś zamierza tworzyć jedność wokół siebie, jeśli czuje się ośrodkiem mającej tworzyć się jedności, wówczas staje się ona nieprawdziwa, całkowicie ludzka i nie zdoła przetrwać...! Jedność można stworzyć wyłącznie z Jezusem i nie przez przypadek Maryja powiedziała:

„Adorujcie mojego Syna w Przenajświętszym Sakramencie, rozmiłujcie się w Przenajświętszym Sakramencie Ołtarza, ponieważ kiedy adorujecie mojego Syna, jesteście zjednoczeni z całym światem” (25.09.95r.).

Matka Boża mogła powiedzieć coś innego, ale powiedziała właśnie to, ponieważ adoracja jednoczy nas w prawdzie i na sposób boski. Oto prawdziwy klucz do ekumenizmu! Jeśli będziemy przeżywali sercem Eucharystię we wszystkich jej aspektach, jeśli ośrodkiem naszego życia uczynimy Mszę św., wówczas naprawdę stworzymy w Medziugorju oazę pokoju, którą wymarzyła Matka Boża, i to nie tylko dla nas, katolików, ale dla wszystkich! Naszym spragnionym młodym i naszemu udręczonemu kryzysami światu nigdy nie zabraknie wtedy wody, pokarmu, piękna i Bożej łaski.

PS. Ten wywiad ukazał się już dawno, ale nic nie stracił ze swojej aktualności.

czwartek, 20 stycznia 2011