piątek, 30 stycznia 2009

Rekolekcje Maryjne






Rekolekcje Maryjne, prowadzące do powierzenia
swego życia Bogu przez Maryję,
prowadzone przez o. Philippe Mascarel
z Komunii Maryi (wyrosłej ze Wspólnoty
Błogosławieństw) z Medziugorja. Terminy
5-8.02.09 w Niepokalanowie i 11-14.02.09
w Olsztynie k/ Częstochowy. Informacje:
tel. 0/507-121885


czwartek, 29 stycznia 2009

Różaniec - Maryjne świadectwo Jana Budziaszka


Maryjne świadectwo Jana Budziaszka

Zaczynałem cykl rekolekcji dla młodzieży szkół średnich w Poznaniu. Pierwsza konferencja zaczyna się za dwie minuty. Jest 13 minut po ósmej. W kieszeni dzwoni mi telefon. Odbieram. Dzwoni z Krakowa. To pani Ania, która opiekowała się mamą na czas moich wyjazdów. - Przed chwileczką zastałam panią Budziaszkową, leży nieprzytomna, cała niebieska, sina, na podłodze. Nie wiem, co robić. Ja mówię: Pani kochana, jestem 400 km na północ, w Poznaniu. Ty jesteś z opieki społecznej. To ty musisz wiedzieć, co trzeba robić. Dzwoń po pogotowie, do siostry, do mojej bratowej, brata. No, róbcie coś. Jak ja ci mogę teraz pomóc? Przyjechałem po kilku dniach do Krakowa. Dowiaduję się, że mamę z trudem przyjęto do szpitala im. G. Narutowicza. Wożono mamę karetką pogotowia od szpitala do szpitala i wszędzie mówiono: Ależ, drodzy państwo, musicie zrozumieć, że tu jest szpital i my tutaj leczymy. Takich przypadków to my już nie przyjmujemy.

Przyjechałem do Krakowa i mówię do moich przyjaciół, że mama jest w szpitalu u Narutowicza i w bardzo ciężkim stanie, że właściwie to... - Coś ty, oszalałeś? W tym szpitalu na Narutowicza? Przecież to najgorszy szpital na świecie. Musisz natychmiast mamę stamtąd zabrać. Tam jest najgorsza opieka. Jak mogłeś pozwolić, żeby twoja mama tam leżała...Myślę sobie, co tu zrobić. Pierwsza myśl, jaka mi się nasunęła, to prosić o pomoc kard. Macharskiego, ponieważ wydaje mi się, że mam u niego jakieś "przody".

- Księże Kardynale, jest taka sprawa. Moja mama potrzebuje opieki 24 godziny na dobę. Chcę gdzieś mamie załatwić jakieś dobre miejsce, wiem, że są Albertynki, są Felicjanki, nie dało by się mamie coś załatwić.

- No wiesz, przyjdź za parę dni, rozglądnę się, może ci coś załatwię. A wiem, że do Albertynek czeka się kilka lat. No i tak zaczęło się normalne życie. Kiedy tylko byłem w Krakowie, miałem dyżur u Mamy. I tak powolutku zacząłem się zaprzyjaźniać ze szpitalem. Kiedy skończyłem pracę koło mamy i miałem 10 minut wolnego czasu, chodziłem od sali do sali. A tam jakaś pani potrzebowała, żeby ją pogłaskać po głowie, a jeszcze inna, żeby ją potrzymać za rękę i powiedzieć coś miłego. Słuchajcie, w ciągu dokładnie tygodnia zaczęło się coś zmieniać na tym oddziale.

 Kiedy przychodziłem rano, wszyscy się cieszyli. Pielęgniarki, salowe i chorzy przychodzili na salę, na której leżała moja mama, przy której ja siedziałem i mówiły: Panie Janeczku, jeszcze ja... Kiedyś jedna pielęgniarka mówi: przepraszam, czy pan to pan. Tak, ja, to ja. Czy pan to ten Jan Budziaszek? Odpowiadam: tak. Wie pan, mam taką koleżankę, co się wstydzi panu powiedzieć, że ona nie ma jeszcze pańskich "Rozważań różańcowych" i "Drogi Krzyżowej". Na drugi dzień przyszła tamta koleżanka i mówi do mnie: Mam taką koleżankę, ale ona wstydzi się powiedzieć, nie ma jeszcze "Dzienniczka Perkusisty".

I wyobraźcie sobie, że po tygodniu cały pierwszy oddział wewnętrzny szpitala Narutowicza chodzi z Różańcem. Jakoś dziwnie zaczynają się do siebie uśmiechać, szczególnie do mnie. Słuchajcie, jest niebo. Nagle okazuje się, że z tego najgorszego szpitala na świecie, robi się szpital najwspanialszy, że opieka jest fenomenalna i jest w nim tyle radości. Pod koniec kwietnia dzwoni do mnie ks. Andrzej, kapelan kard. Macharskiego, i mówi:
- Umówiłeś się z kardynałem, nie przychodzisz, a kardynał coś ci załatwił. Denerwuje się, że nie przychodzisz. Dlaczego? Odpowiadam:
- Andrzejku, ja nie mogę przyjść, a przede wszystkim nie mogę zabrać teraz mamy z tego szpitala, bo to jest najwspanialszy szpital na świecie. On mówi:
- To przyjdź, powiedz o tym kardynałowi.
- Księże kardynale, no nie mogę zabrać mamy, bo to naprawdę najwspanialszy szpital na świecie.

 (...).Słuchajcie, 15 maja jadę samochodem na dyżur do mamy. Nucę sobie pod nosem "Jak dobrze jest dziękować Ci, Panie...". Przyszedłem na oddział. Bardzo serdecznie mnie wszyscy przywitali. Siadłem przy mamie. Odmawiam różaniec i znowu na myśl przychodzą mi słowa: "Jak dobrze jest dziękować Ci, Panie...". Za dziesięć jedenasta mama wzięła dwa głębokie oddechy i zakończyła życie. Wszystkie formalności pogrzebowe załatwiłem w ciągu dwóch godzin. Zostało mi tylko omówienie pogrzebu z ks. proboszczem. Mam taki zwyczaj, że jeżeli w moim życiu ma zdarzyć się coś ważnego, to z wyprzedzeniem czytam czytania liturgiczne. Muszę zobaczyć, co też będzie czytane w tym dniu. Rzeczywiście, pogrzeb mamy w poniedziałek. W związku z czym we czwartek zaglądam do czytań z poniedziałku. Patrzę, czytamy o weselu w Kanie Galilejskiej, bo to święto Matki Kościoła. Przybiegam do proboszcza i mówię:
- Księże proboszczu, mam wielką prośbę, żebyśmy na pogrzebie nie brali czytań pogrzebowych, tylko żebyśmy wzięli czytanie z dnia. Proboszcz troszeczkę zakłopotany mówi:
-Panie Janeczku, ale nie praktykuje się w Kościele katolickim, żeby czytać na pogrzebie o weselu w Kanie Galilejskiej.
- Księże proboszczu, czyż to nie cudowne, że moja mama jak oblubienica idzie do swojego oblubieńca.

 Akurat po pięciu latach, jest to najpiękniejsze wesele, wyzwolenie mamy z cierpienia, ona idzie do swojego męża po pięciu latach, bo tata już pięć lat nie żyje, do grobu, jak oblubienica do swojego oblubieńca. I mało tego. Dzieje się wszystko na rękach naszej najukochańszej Matki Kościoła.

"Jak dobrze jest dziękować Ci, Panie
I śpiewać Psalm Twojemu Imieniu
I opowiadać rano Twoje Miłosierdzie,
A w nocy wierność Twoją przy dziesięciostrunnej harfie
I lutni, i dźwięcznej cytrze".
Jan Budziaszek,muzyk, członek zespołu "Skaldowie".Za:"Katolikiem"

wtorek, 27 stycznia 2009

Wywiad o. Livio z Vicką (5) Obecność szatana i istnienie piekła

OJCIEC LIVIO – Matka Boża wymienia szatana w prawie stu orędziach, z czego w 80 skierowanych do parafii, i wyjaśnia, na czym polega jego działanie. W pierwszych latach objawień dała dość niezwykłe orędzie, znajdujące jednak potwierdzenie w doświadczeniu innych mistyków, jak też u papieża Leona XIII: „Nadszedł czas, kiedy szatanowi wolno okazać całą swoją siłę i moc. Obecny czas należy do szatana” (10.02.83 r.). Co to oznacza?

V. – Z pewnością szatan ma dużą moc, choć nie tak wielką jak moc Maryi. Dzisiaj w rodzinach można robić, co się komu podoba, ponieważ rodzina przestała razem się modlić. Szatan kusi również osoby, które są blisko Boga, ale jeśli człowiek naprawdę jest silny modlitwą i wiarą w Boga, szatan nie może nic zdziałać i ucieka.

O.L. – Matka Boża istotnie powiedziała: „Stańcie do walki i pokonajcie szatana z różańcem w ręku” (por. 08.08.85 r.).

V. – Niewątpliwie jest to jedyny sposób, aby trzymać szatana z dala.

O.L. – Zdumiewa w każdym razie, że już trzydzieści lat temu Matka Boża przewidziała, że szatan zaatakuje przede wszystkim młodych ludzi i rodziny.

V. – Tak, dla młodych i dla rodzin jest to rzeczywiście bardzo trudny okres: rozwody, narkotyki…

O.L. – Matka Boża, oprócz o szatanie, mówiła także o piekle. W jednym z orędzi powiedziała, że: „wielu dzisiaj idzie do piekła”. To samo powiedziała we Fatimie. Dodała też, że „dusze potępionych nie czują skruchy i nadal odrzucają Boga. Stają się częścią piekła i nie chcą zostać stamtąd wyrwane” (25.07.82 r.). Maryja mówi nam więc o szatanie, o tym, że wielu idzie do piekła, że dusze, które idą do piekła, nienawidzą Boga i nie chcą się nawrócić, podczas gdy z ambony słyszy się niekiedy, że szatana nie ma, że piekło jest puste itp.

V. – Mogę powiedzieć, że ten, kto idzie do piekła, trafia tam z własnej woli. Bóg nikogo nie posyła do piekła. Poświadczam też, co widziałam na własne oczy, kiedy Matka Boża zabrała mnie tam z ciałem: piekło nie jest puste, jest w nim mnóstwo ludzi. Matka Boża wyjaśniła nam, że ludzie ci trafili tam z własnego wyboru, z własnej woli.

O.L. – Na nas także spoczywa odpowiedzialność, aby wszystkie dusze zostały ocalone. W Fatimie Matka Boża powiedziała przecież, że wielu idzie do piekła, ponieważ nikt się za nich nie modli ani nie ofiaruje.

V. – My modlimy się za nich wszystkich, dokonujemy też wyrzeczeń. Końcowy wybór należy jednak wyłącznie do nich samych. Z całego serca robimy wszystko, co w naszej mocy, i modlimy się, aby idąc za naszym przykładem zmienili swoje życie.

O.L. – Matka Boża powiedziała kiedyś odnośnie szerzenia Jej orędzi: „Aby szerzyć moje orędzia, najpierw przeżywajcie pokój w waszych sercach. Bez tego ludzie wam nie uwierzą i odrzucą wasze słowa” (20.12.83 r.). Dla was, widzących, problem polega zatem nie tylko na głoszeniu orędzi słowem, ale na osobistym ich przeżywaniu, by stać się wiarygodnymi.

V. – Tak, orędzie należy najpierw przeżyć samemu. Tylko w ten sposób można przekazać je innym.

O. Livio – Tak dużo otrzymaliśmy od Matki Bożej, a i słuchacze Radia Maryja, z których wielu odbyło pielgrzymkę do Medziugorja, wiedzą, ilu łask udzieliła. Matka Boża powiedziała kiedyś pewne bardzo znamienne zdanie, które doskonale pasuje właśnie do Radia Maryja, opierającego się przecież na wolontariacie: „Pokażcie mi, że macie szczodre serce” (02.12.83 r.).

Vicka – To widać. Jeśli coś nie pochodzi od Matki Bożej, nie trwa długo. Widać, że Radio Maryja jest Jej radiem. Również Ojciec Livio – i nie mówię tak, by Ojca chwalić, bo mnie słyszy, ale ponieważ to prawda – poświęcił swój czas i życie dla Matki Bożej. Dlatego za jego pośrednictwem Matka Boża zsyła łaski na radio i na wszystkich słuchaczy. Darzę Ojca Livio głęboką przyjaźnią, a to oznacza, że jestem również przyjaciółką wszystkich słuchaczy. Zawsze jestem blisko was, pamiętam o was w modlitwach i przedstawiam Matce Bożej serca was wszystkich.

O.L. – Dziś wieczór, kiedy będziesz miała objawienie, wszystkich nas polecisz więc Matce Bożej.

V. – Oczywiście, z całego serca. Wszystkim wam, drodzy słuchacze, składam życzenia szczęśliwego roku, abyśmy w tym nowym roku stali się lepsi, a jeśli dla kogoś orędzie Matki Bożej pozostaje jeszcze trochę odległe, życzę mu, by bardziej się ku Niej zbliżył. Modlę się zawsze za chorych i jestem blisko nich. Kiedy Matka Boża się objawia, moje pierwsze słowa dotyczą wszystkich chorych i cierpiących. Bądźcie pewni, że ktoś się za was modli.

O. L. – Vicko, dziękuję Ci z całego serca za tę wspaniałą rozmowę. Chciałbym zakończyć modlitwą Ojcze Nasz, Zdrowaś Maryjo i Chwała Ojcu.

(Wywiad o. Livio, dyrektora Radia Maryja – Włochy, przeprowadzony z VICKĄ 02.01.2008 r.- zamieszczony w miesięczniku "Echo Maryi Królowej Pokoju")

Wywiad o. Livio przeprowadzony z Vicką (4) Post i modlitwa za kapłanów

Wywiad o. Livio, dyrektora Radia Maryja – Włochy, przeprowadzony z Vicką 02.01.2008 r.

O.L. – Post jest bez wątpienia jednym z orędzi, które przeżywasz najpełniej. Wyjaśnij nam pokrótce, na czym polega post, o który prosi Matka Boża i dlaczego. „Okazać całą swoją siłę i moc. Obecny czas należy do szatana” (10.02.83 r.). Co to oznacza?

VICKA – Kiedy Matka Boża zaleca post, ma na myśli post o chlebie i wodzie. Powiedziała też, że dla osób mających problemy ze zdrowiem wystarczy, jeśli dokonają jakiejś innej, małej ofiary według własnego wyboru. Dla zdrowych ludzi post o chlebie i wodzie nie stanowi żadnego problemu, brakuje im raczej silnej woli. Post nie powinien również nastrajać nas negatywnie wobec innych, w takim bowiem przypadku lepiej jest w ogóle nie pościć. Pościć należy z miłością, tak by inni nie widzieli, że pościmy. Post służy oczyszczeniu naszej duszy, wyzbyciu się tego, co nam wewnętrznie przeszkadza.

O.L. – Matka Boża nieraz powtarzała, że post o chlebie i wodzie ma zasadnicze znaczenie. Podkreślała też przy wielu okazjach, że nie można zastępować postu jałmużną. Podpowiedziała jednak inne rodzaje wyrzeczeń i mówię to przede wszystkim do osób, które dopiero wstąpiły na tę drogę i nie czują się jeszcze zdolne do podjęcia tego typu postu o chlebie i wodzie. Matka Boża podała pewne wskazówki, jak rezygnacja z telewizji, alkoholu, papierosów i innych przyjemności
(por. 08.12.81 r.).

V. – Ważne jest, by zacząć i postępować krok po kroku. Matka Boża nie mówiła, aby od razu pościć o chlebie i wodzie. Powinniśmy zacząć od drobnych wyrzeczeń, a w modlitwie prosić o łaskę, by móc zacząć post. Powinniśmy być gotowi zacząć z własnej woli, a potem z pewnością Pan udzieli nam tej łaski. Jeśli prosimy sercem, Bóg odpowiada nam miłością. Matka Boża powiedziała kiedyś, że nie wiemy, jaką wartość ma dla Boga nasz post. Poprzez post można oddalić nawet groźbę wojny. To świadczy o sile, jaką ma post.

O.L. – Matka Boża, ucząc nas umiejętności wyrzeczenia, ma na celu umocnić nas w wyrzeczeniu się grzechu.

V. – Nasze życie jest dzisiaj zbyt wygodne, bardzo dużo posiadamy. Trudno przekonać ludzi do poniesienia jakiejś ofiary. Ludzie jedzą coraz więcej i więcej, jak gdyby bali się, że umrą z głodu.Ważne jest, by zacząć pościć, uwolnić nasze serce, posłuchać woli Matki Bożej. Mając dobrą wolę, można zrobić wszystko.

O.L. – Ostatnią kwestią, którą chciałbym poruszyć, jest ilość przybywających do Medziugorja kapłanów, jakiej nie odnotowuje się w żadnym innym sanktuarium. Wydaje się, że Maryja przyzywa nie tylko wiernych, ale i kapłanów. Matka Boża wielokrotnie zachęcała do modlitwy za papieża, biskupów, za naszych duszpasterzy i za wszystkich kapłanów. Wezwała także do szacunku wobec kapłanów, co we Włoszech jest dość rzadkie, gdyż najczęściej się ich krytykuje. W jednym z orędzi z pierwszego roku objawień Matka Boża powiedziała: „Zbyt wielu ludzi opiera swoją wiarę na postępowaniu kapłanów. Jeżeli kapłan nie wydaje się spełniać wymagań, wówczas mówią, że Bóg nie istnieje. Nie idzie się do kościoła, by zobaczyć, jak zachowuje się kapłan, lub by sprawdzać jego życie prywatne” (11.10.82 r.).
V. – Musimy zrozumieć, że kapłan jest dla nas wielkim darem od Boga. Nigdy nie należy osądzać. Jeśli widzimy, że jakiś kapłan popełnił błąd, zawsze powinniśmy być gotowi mu pomóc, a nie osądzać go. On też potrzebuje naszych modlitw, bo też jest istotą ludzką. Powinniśmy patrzeć na naszych księży jak na braci, których możemy wesprzeć modlitwą i chęcią niesienia im pomocy. Jeśli się kłócimy lub źle o nich mówimy, oznacza to, że coś jest z nami nie w porządku. Nie powinniśmy osądzać kapłanów, bądźmy sędziami tylko wobec samych siebie, ponieważ nie znamy powodów, dla których postępują oni tak, a nie inaczej. Do Medziugorja przybywa mnóstwo kapłanów i każdego roku jest ich coraz więcej. Widzi się, że niektórzy kapłani przyjeżdżają do Medziugorja, by otrząsnąć się z duchowej niemocy, wiedzą, że tutaj obecna jest Matka Boża i że tylko tutaj mogą zaczerpnąć nieco sił. Jestem pewna, że wszyscy przyjeżdżający
tutaj kapłani modlą się za wszystkich wiernych w swoich parafiach. My również módlmy się za nich trochę więcej, a wraz z naszym przykładem oni też staną się lepsi i świętsi.
Źródło: Echo Maryi Królowej Pokoju

poniedziałek, 26 stycznia 2009

Modlitwy uczymy się; modląc się !

Modlitwy uczymy się; modląc się jak powiedziała Matka Boża.

Modlitwa jest też łaską. Jeśli mogę to spróbuję opisać moje osobiste doświadczenie związane z modlitwą. Kiedy byłem pierwszy raz w Medziugorje, miałem ogromną łaskę być na objawieniu Matki Bożej. Było to objawienie, które miała Marija Pavlović- Lunetti w kaplicy, która jest koło jej domu w Medziugorje. W tej małej kaplicy będąc tak blisko Matki Bożej byłem tak szczęśliwy jak nigdy w życiu. Po powrocie do domu przez sześć miesięcy moja modlitwa była cudownym spotkaniem z Bogiem. To było bardzo silne odczucie obecności Boga i Jego Miłości. Ale po sześciu miesiącach coś nagle zaczęło gasnąć. Nie mogłem pojąć, co się dzieje. Pytałem siebie, Boga, Matki Bożej, co źle robię w moim życiu, że nie doświadczam już Boga w modlitwie tak jak dotychczas!? Było to dla mnie wielkim bólem.

Po pewnym czasie pojechałem do Częstochowy. Byłem do spowiedzi i opowiedziałem Kapłanowi w konfesjonale o moich problemach w modlitwie. W czasie rozmowy powiedziałem mu o tym, co wydarzyło się w Medziugorje. Ksiądz powiedział z uśmiechem; a teraz to ja wszystko rozumiem. To, co otrzymałeś w Medziugorje było „cukierkiem”, który Pan Bóg ci dał. Potrzebowałeś go jak dziecko, aby wytrwać w modlitwie.

 I jeszcze jedno świadectwo, to była z tego, co pamiętam chyba trzecia moja pielgrzymka. Od początku tej pielgrzymki nie potrafiłem odnaleźć pokoju i miłości, który zawsze wcześniej odczuwałem na tym miejscu. Kiedy Ivan miał objawienie koło „Niebieskiego Krzyża” byłem zaraz obok… a w sercu zupełna pustka… nic!!! Mówiłem Mateńko nie mogę Ci ofiarować na tej pielgrzymce nic, tylko te puste modlitwy. Modlitwy odmawiane praktycznie z przymusu bez radości. Wydarzyło się jeszcze coś, co jeszcze bardziej wzmocniło poczucie smutku. Poszliśmy w ostatni wieczór pod „Niebieski Krzyż”. I tam na miejscu dziewczyny, które były z nami doświadczyły ataku złego (Nie będę pisał szczegółów, bo to dotyczy innych osób). Pamiętam, że złapaliśmy się za ręce, zaczęliśmy odmawiać różaniec, modlitwę do św. Michała Archanioła, i modlitwę „Potężna Niebios Królowo…” i wszystko ucichło. Ale pozostał w sercu jakiś smutek.

Starałem się to wszystko oddawać w modlitwie Matce Bożej. Rano śniadanie i po śniadaniu mamy wracać do Polski. Piętnaście minut przed odjazdem, czuję w sercu bardzo mocno, że muszę iść przed figurę Matki Bożej przy kościele. Idę do księdza i mówię; nie wiem, dlaczego ale zanim wyjedziemy muszę iść do kościoła. Ksiądz zmartwiony mówi nie zdążysz obejść, ale idź będziemy jechać autokarem koło kościoła to cię zabierzemy. Pamiętam, że idąc, już w czasie drogi płynęły mi łzy z oczu. Kiedy doszedłem do figury. Ogarnęła mnie ogromna Miłość. Miłość, która sprawiła, że nie chciałem już żyć na tym świecie, ale chciałem być już z Bogiem z Maryją. I w tym momencie popłynęły słowa do mojego serca: „Dziękuje ci że ofiarowałeś mi to wszystko” Pamiętam, że jeszcze długo w autokarze płynęły mi łzy… łzy radości. Myślę, że istotne jest, aby mieć pragnienie dobrej modlitwy i trwać nawet, kiedy ona wydaje się być „pustynią”

pielgrzym

niedziela, 25 stycznia 2009

Orędzie Matki Bożej z 25 stycznia 2009 r. (Medziugorje)

Orędzie, 25 stycznia 2009 r.
„Drogie dzieci! Również dziś wzywam was do modlitwy. Niech modlitwa będzie dla was niczym ziarno, które umieścicie w moim sercu, a ja je ofiaruję za was mojemu Synowi Jezusowi dla zbawienia waszych dusz. Dziatki, pragnę, by każdy z was rozmiłował się w życiu wiecznym, które jest waszą przyszłością i aby wszystkie ziemskie sprawy pomogły się wam zbliżyć do Boga Stworzyciela. Jestem z wami tak długo, bo jesteście na złej drodze. Dziatki, jedynie z moją pomocą otworzycie oczy. Wielu jest ludzi, którzy żyjąc moimi orędziami pojmują, że są na drodze świętości ku wieczności. Dziękuję wam, że odpowiedzieliście na moje wezwanie.”

czwartek, 22 stycznia 2009

Nauczyłam się modlić w Medjugorje


 Nauczyłam się modlić w Medjugorie.

 Boże, jaka ja tam byłam szczęśliwa. Siedziałam między ludźmi, odmawiali Różaniec. Niczego nie pokazywali na zewnątrz. Ja tam zrobiłam prawdziwy wyczyn sportowy. No przecież musiałam coś ofiarować Panu Bogu. Pokonałam swoją słabość. Mam chore kolano. Z siatkówki. W Garwolinie szykowaliśmy się do meczu z Dęblinem. Byłam oczywiście kapitanem drużyny. Wyskoczyłam do ścięcia, noga wpadła mi w dołek i odwróciła się. Stopę zobaczyłam przed nosem. Zawyłam z bólu. Chłopcy wzięli mnie na ręce. Nie było żadnego doktora. Znaleźli weterynarza (ja ich nawet wolę od lekarzy). Kolega niósł mnie i nagle się potknął, a noga… sama wpadła na miejsce.W Medjugorie chciałam wejść na Kriżevac. Góra wysoka, kamienista. Jak ja, staruszka, tam wejdę? Wstałam o 4 rano, idę, idę, a tu nagle: trach: noga mi wyskoczyła. Kolano na drugiej stronie. No to ja swoim systemem położyłam się na środku jezdni i zaczęłam machać nogą. Niech sama wskoczy. Parę samochodów grzecznie mnie minęło. W końcu noga wróciła na miejsce. Ale bolało. Jak tu wejść? Panie Boże, ofiaruję Ci ten ból – pomyślałam. I zaczęłam się wdrapywać. Przede mną pan z córeczką: Pani Alino, może pani ewentualnie się o mnie oprzeć. A ja mówię: Nie ewentualnie, ale podstawowo będę się na panu opierała. Ta córeczka podnosiła mnie na duchu. Ona wejdzie, a ja nie? I weszłam na wschód słońca. Matko święta, udało się! Ale jak wrócić? To gorsze niż wchodzenie. Patrzę, a tu polska grupa, jakiś facet prowadzi rozważania. Skąd ja znam ten głos? Patrzę, a to perkusista, Jan Budziaszek. Pokazuję ludziom, żeby byli cicho, podchodzę od tyłu i zamykam mu rękami oczy. Wszyscy rechoczą. Gdy mnie zobaczył, rzuciliśmy się sobie w objęcia. Na następnej stacji spotkałam znajomego księdza. Zobaczył mnie i woła: Pani Alino, w imię Ojca i Syna... A ja mówię: Co się ksiądz do mnie żegna? Do krzyża niech się ksiądz żegna. I znów śmiech. W końcu zeszłam! Udało się! – myślę, a tu nagle noga znów wyskakuje. Auuu! Na dole zobaczyła mnie jakaś Polka, która trzymała pod pachą zielony dywan i nagle rozwinęła mi go pod nogi. Położyłam się na tym dywanie i zaczęłam machać nogą. Pielgrzymi zgłupieli. Co ona robi? Noga wskoczyła i nie miałam z nią więcej problemu


Alina Janowska ur. w 1923 w Warszawie. Znana polska aktorka. Uczestniczyła w powstaniu warszawskim jako łączniczka o pseudonimie „Alina”. Grała m.in. w „Zakazanych piosenkach”, „Skarbie” „Rozmowach kontrolowanych”. Wciąż gra w serialu „Złotopolscy”.
(wywiad zamieszczony w tyg."Gość Niedzielny")

wtorek, 20 stycznia 2009

Byłem niedowiarkiem



Byłem niedowiarkiem
 (wywiad z o. Jozo Zovko)

W czerwcu 1981 roku, kiedy zaczęły się objawienia Matki Bożej, o. Jozo Zovko był proboszczem w parafii Medziugorje. Z początku nieufnie przyjmował relacje dzieci, potem zaczął je bronić przed atakami władz komunistycznych i przeciwnikami fenomenu medziugorskiego Zapłacił za to prześladowaniem i więzieniem. Stał się pierwszym świadkiem Medziugorja. Dzisiaj, ten Kaplan i zakonnik, uważany powszechnie za charyzmatyka, jest człowiekiem, który zyskał wielki szacunek w świecie, zarówno wśród wierzących jak i niewierzących. W czasie ostatniej wojny starał się dotrzeć do możnych tego świata z orędziem pokoju. Przemawiał również na forum ONZ. Na zaproszenie medziugorskich grup modlitewnych oraz centrów pokoju głosił orędzie pokoju i miłości w wielu krajach, na wszystkich kontynentach. Obecnie żyje i pracuje w klasztorze franciszkanów w Szirokim Brijegu. Jedną z jego form działalności duszpasterskiej jest głoszenie konferencji i wspólne modlitwy z licznie odwiedzającymi go pielgrzymami. Od kilku lat prowadzi również rekolekcje zamknięte dla osób z różnych krajów, pragnących pogłębić swoją wiarę i życie duchowe.. W ramach akcji charytatywnej „Medjunarodno kumstvo djetetu” zapewnił opiekę duchową i materialną tysiącom sierot wojennych z Bośni i Hercegowiny. Z jego inicjatywy kilka tysięcy osób z zamożnych krajów wspiera regularnie modlitwą i niewielkimi sumami dzieci, które utraciły jedno lub oboje rodziców na wojnie. W Szirokim Brijegu powstał Instytut Świętej Rodziny, w którym przebywa młodzież wymagająca doraźnej pomocy i wsparcia. Dla nich o. Jozo Zovko jest troskliwym i kochającym ojcem. Tam też od dwóch lat odbywają się rekolekcje
zamknięte dla osób z różnych narodowości, w tym również dla Polaków. Powróćmy do początków objawień.

Jedną z pierwszych osób, która uwierzyła dzieciom był ówczesny biskup Pavao Żanić. Czy to prawda, że on właśnie namawiał Ojca aby zjawienie się dzieciom Matki Bożej uznać jako nadprzyrodzone działanie Boże, natomiast Ojciec sugerował, aby jednak z uznaniem jakiś czas poczekać?

- Tak, zachęcałem go nie tylko do ostrożności w tym względzie, ale podkreślałem konieczność uzyskania solidnych argumentów na poparcie takiego twierdzenia. Biskup był wtedy zachwycony Medziugorjem, a ja zadałem mu pytanie czy jest pewny tego, że dzieci nie kłamią i na czym opiera takie twierdzenie. Obruszył się na mnie i powiedział: „A co ty byś chciał? Matkę Bożą zobaczyć?”.

Na początku miałem wątpliwości. czy te wątpliwości zostały rozwiane z chwilą gdy Ojcu również objawiła się Matka Boża?

- Ja o tym mówiłem tylko niektórym kapłanom i przed komisją. Moje wątpliwości ustały wcześniej, z powodu wielu łask, których doznałem. Ja wtedy musiałem otwarcie dać świadectwo wobec ludzi – tu jest Matka Boża, która mówi to i to. Zaraz potem zaczęto mnie szpiegować i wkrótce zostałem zaaresztowany. Rozmawiam wiele z widzącymi i z osobami, które jako pierwsze zostały uzdrowione. Byłem otwarty, choć podchodziłem do wydarzeń z pewną rezerwą. Chciałem uzyskać obiektywny sąd o całym zjawisku. Nagrywałem rozmowy z dziećmi i całymi nocami je przesłuchiwałem. Ivan był zamknięty, Vicka odważna, Mirjana zaś elokwentna... Potrafiła przekazać swoje odczucia i przeżycia. Jakov był chyba najmniej skomplikowany,był wtedy jeszcze małym dzieckiem. Były jeszcze i inne okoliczności. Ivance, jednej z widzących miesiąc wcześniej zmarła matka. Miała na imię Jagoda. Wtedy jeszcze na świeżo miałem w pamięci dramatyczne sceny z jej pogrzebu. Pamiętałem dziecko, które z rozpaczy chciało wskoczyć do grobu za swoją matką. W ostatniej chwili niemal w locie ją pochwycono. Dziecko kochało swoją matkę i utrata jej była dla niego prawdziwym dramatem. Tamto wydarzenie mocno utkwiło w moim sercu, więc kiedy znów zobaczyłem tą samą dziewczynkę´, rozmyślałem nad tym czy to dziecko nie jest nadal w szoku po stracie matki, a być może w wizji ponownie przeżywa swój ból. Kiedy na czwarty dzień zapytałem ją: „Czy zapytałaś Matkę Bożą o mamę, czy obiecała ci, że ją zobaczysz?”, odpowiedziała, że Matka Boża przyrzekła jej widzenie mamy. Rozważałem tą odpowiedź i sądziłem, że jest to projekcja jej podświadomości, wynikająca z głębokiego pragnienia i tęsknoty za matką. Następnie, przychodziły mi do głowy myśli, że w grę mogą wchodzić jeszcze narkotyki, a może czyjaś manipulacja. Myślałem nawet, że być może uczynili to sami komuniści, aby skompromitować naszą wiarę. Tymczasem komuniści w tym samym czasie byli przekonani, że to właśnie ja manipuluję dziećmi. Krótko mówiąc, wchodziłem w te wydarzenia powoli, ale z coraz większą wiarą.

Czy pomogłoby coś Medziugorju, gdyby biskup Żaniç pozostał przy swoim pierwotnym stanowisku, kiedy żarliwie akceptował objawienia, od którego równie żarliwie potem odstąpił?

- Nie mógł powiedzieć, że on odwrócił się od Medziugorja bez bólu. Kiedy wyszedłem z więzienia i złożyłem mu wizytę w siedzibie biskupów, z płaczem wyjaśnił mi, dlaczego zmienił swoje stanowisko. Ja o tym publicznie jeszcze nie mówiłem, ale chyba będę musiał to uczynić. Generalnie chodziło o to, że wywierano na niego presję, zarówno „z zewnątrz”, jak i „od wewnątrz”.

Po wygłoszeniu słynnego kazania, został Ojciec przetransportowany do więzienia w Foczy. Czy był tam Ojciec bity, maltretowany?

- Przede wszystkim nie pozwolono mi założyć habitu, natomiast podczas aresztowania nie zakuto mnie w kajdanki. Prawdopodobnie liczono na to, że wyskoczę z samochodu i spróbuję zbiec. Liczono wyraźnie na tą ludzką słabość. W lasach, wzdłuż drogi stało wielu żołnierzy, którzy mieli mnie zlikwidować podczas ucieczki. Oczywiście, ten plan im się nie powiódł.
Czy podczas wygłaszania tego sławetnego kazania był Ojciec świadom niebezpieczeństwa, na jakie się wystawia?

- Oczywiście, byłem tego świadomy!

Wiem, że osoby, które Ojca sądziły oraz świadkowie składający przeciw Ojcu fałszywe zeznania, próbowały się przed Ojcem wytłumaczyć ze swojego postępowania. Czy przyjął Ojciec ich usprawiedliwienie?

- Kiedy przebywałem w więzieniu w Mostarze, przyszedł po mnie mój oskarżyciel Marko Martinoviç, zaprowadził mnie do swojego gabinetu i oświadczył, że on musiał to uczynić. Tego nie mogłem zaakceptować. Przychodzili również inni, ale nie mogłem przyjąć ich tchórzliwych wyjaśnień. Byli świadkowie, którzy na przykład. twierdzili, że pochodzą´ z najbogatszej rodziny i wyrażali zdumienie że mi komunizm nie odpowiada. Podczas tego typu zeznań zdarzało mi się zaśmiać, więc często byłem
upominany przez sędziego: „niech oskarżony przestanie się śmiać”.

A jakie doświadczenia wyniósł Ojciec z więzienia?

- Zanim przywieziono mnie do Foczy, tamtejsi więźniowie zostali dokładnie przygotowani na moje przyjęcie. Wszyscy wiedzieli, że przybędzie największy nieprzyjaciel muzułmanów i Serbów. Przedstawiono mnie jako osobnika wielce niebezpiecznego pod wzglądem fizycznym i moralnym. Wśród więźniów było wielu pospolitych kryminalistów, ale byli też wybitni intelektualiści, skazani za sprawy polityczne. Nakazano mi pracę przy obróbce drewna, przy której wielu ludzi traciło palce a nawet całe dłonie. Postanowiłem nie ryzykować utraty swoich namaszczonych, kapłańskich rąk i... zastrajkowałem.

Czy mógł Ojciec strajkować jako więzień polityczny, czy były wtedy jakieś możliwości negocjacji?

- Mój współbrat franciszkanin, Ferdo Vlaśić, który również przebywał w tamtejszym więzieniu, skomentował: „oni cię za to zabiją”. A ja na to odpowiedziałem, że oni nie mają prawa do pozbawienia mnie ręki i zrobienia ze mnie inwalidy. Nie wiedzieliśmy wtedy, że ludzie zaczęli wysyłać w mojej sprawie, na ręce Sergeja Kraighera, ówczesnego szefa rządu Jugosławii, listy protestacyjne z tysiącami podpisów. Zażądałem badania lekarskiego. Zaprowadzono mnie do lekarza w asyście ośmiu strażników. Lekarz wpierw zapytał mnie czy jestem tym księdzem, o którym pisze się w gazetach. Kiedy potwierdziłem, on z wielkim trudem usunął policjantów z gabinetu na korytarz i wtedy usłyszałem: Ja nie jestem katolikiem, jestem żydem Jak mogę ci pomóc? Poprosiłem, aby zbadał mi uszy. Po tych badaniach wydał opinię, że nie mogę pracować na dotychczasowym miejscu i przeniesiono mnie do fabryki mebli. Wyszedłem z więzienia po półtora roku.

 Podczas licznych podróży był Ojciec również dwukrotnie w Rzymie u Ojca Świętego. Co Ojciec Święty powiedział o Medziugorju?

- Podczas pierwszego spotkania, Ojciec Święty podszedł do mnie z szerokim uśmiechem i uścisnął mi mocno rękę. Poinformowałem go o mojej podróży do przywódców politycznych w wielu krajach świata i moich staraniach o powstrzymanie wojny w naszym kraju. On tego wysłuchał, po czym powiedział: „Pilnujcie mi Medziugorja”. Wiem, że Ojciec Święty kilkakrotnie potwierdził pragnienie odwiedzenia Medziugorja, ale z oczywistych powodów nie mógł tego uczynić. Nie mógł tu przybyć bez zaproszenia Kościoła lokalnego.

Czy to znaczy, że Ojciec Święty musi otrzymać specjalne zaproszenie od biskupa Ratka Pericia?

- Musi otrzymać zaproszenie nie od jednego biskupa lecz od Konferencji Episkopatu Bośni i Hercegowiny, bo tak to jest przyjęte. Przed jego wizytą w Sarajewie nie został osiągnięty konsensus w sprawie wizyty w Medziugorju, zabrakło trzech głosów. Wiadomo, że Bośnia i Hercegowina jest Republiką wielonarodowościowa i wielowyznaniową, więc musi być również uzyskany konsensus ze strony Glów innych Kościołów. Papież nie może przyjechać do Medziugorja jako prywatna osoba. Wiem z wiarygodnego żródła, że Ojciec Święty powiedział: „Gdybym nie był papieżem, już dawno byłbym w Medziugorju aby słuchać spowiedzi”. To dla pielgrzymów bardzo zachęcające słowa. Kościół Katolicki nie uznał oficjalnie dotychczas fenomenu, choć sam Ojciec Święty przejawia wiele życzliwości wobec Medziugorja. To jest łaska i dar dla Medziugorja, ale również i znak jakimi drogami jest rozpoznawane Medziugorje. Dlatego biskupi przestali się obawiać Medziugorja i przybywają tu jawnie, biorąc udział we wszystkich nabożeństwach. W ten sposób zachęcają wiernych ze swoich diecezji do pielgrzymowania.

Czy nadal obowiązują ustalenia Konferencji Episkopatu byłej Jugosławii z roku 1991 zawarte w „Oświadczeniu z Zadaru”?

- Najkrócej mówiąc, według tego dokumentu sprawa Medziugorja wraz z jego licznymi aspektami, pozostaje otwarta, wydarzenia są śledzone i nadal trwają badania.

Zofia Oczkowska ( Echo Maryi Królowej Pokoju – luty 2001 r.)


Termin rekolekcji u o. Jozo. 12- 20 luty 2009r. Wyjazd organizuje P. Danuta. Telefon gdyby ktoś był zainteresowany +48516714942 . Pielgrzymka jedzie z Krakowa, ale autokar jest z Tarnowa, więc można wsiąść na trasie

poniedziałek, 19 stycznia 2009

Uczniowie na chwałę Ojca

Z rozmowy z ojcem Eugenio, 25 czerwca 2002 w Medziugorju (prowadzil VD)
Nazywam się Eugenio Maria la Barbera Pirovano i urodziłem się we Włoszech, a pracuje w Brazylii. Byłem członkiem Kongregacji do spraw Misji.
Do Brazylii przybyłem 25. stycznia 1979. W roku 1984 otrzymałem od moich przełożonych pozwolenie, by udać się do Gregorianum w Rzymie, aby ukończyć studium misjologii. Zanim zostałem tam posłany byłem proboszczem w Sao Paulo.
Kiedy przybyłem do Rzymu jeden z moich współbraci oskarżył mnie o pewną ważną sprawę, której w ogóle nie popełniłem. Poczułem się zraniony. Na początku grudnia 1987 otrzymałem telefon z Mediolanu, ze mój ojciec ciężko choruje na raka kości. Wobec tego przerwałem studia i pojechałem do ojca, by mu w niedoli pomóc i by trochę przy nim być. Wówczas zdarzyło się też cos z moim bratem, pracującym w pewnej firmie. Oskarżono go o kradzież wielkiej sumy pieniędzy, co wcale nie było prawdą. On jednakże niewinnie wylądował we więzieniu. Wszystko nie przeszło bez skutku obok mnie, więc powiedziałem sobie: Moi przełożeni niesprawiedliwie mnie ocenili, ojciec zmarł na raka, brat niewinnie siedzi we więzieniu... Wówczas myślałem porzucić stan kapłański. Przeniosłem się wówczas do pewnego domu naszej rodziny w okolicy Genui i zaszyłem się w samotności. W maju 1988 r. zaprosił mnie przyjaciel naszej rodziny, który organizował pielgrzymki do Medziugorja, bym sie z nim zabrał. Ale odmówiłem, bo w ogóle nie wierzę, ze tam się Gospa [ale tylko w odniesieniu do Matki Bożej] ukazuje, a także dlatego, ze Medziugorje leży w państwie komunistycznym. Później odwiedzili mnie dwaj inni przyjaciele, którzy dowiedzieli się o całej mej sytuacji i o tym, ze się wzbraniałem pojechać z nimi do Medziugorja. W czasie drugiej rozmowy przekonali mnie w końcu, bym z nimi razem pielgrzymował do Medjugoria. Wobec tego zabrałem sie z nimi, ale pod warunkiem, ze nie będą ode mnie oczekiwali kapłańskiej posługi.
Przybyliśmy do Medziugorja po południu i zaraz dowiedzieliśmy się, że Ivan będzie miał objawienie przy niebieskim krzyżu. Wszyscy z naszego autobusu cieszyli się, ze będą mogli przy tym być - prócz mnie, bo nie wierzyłem. Potem przyszedł Ivan i powiedział, ze nie będziemy mogli być pod-czas objawienia, gdyż tym razem przeznaczone jest ono tylko dla [jego] grupy modlitewnej. Wszyscy z autokaru posmutnieli, tylko nie ja, jako jedyny. Powiedziałem im: „Przyjechaliście do Medziugorja, ale Gospa wcale was nie kocha i nie lubi was tutaj".
Zostaliśmy zakwaterowani w jakimś domu rodzinnym. Warunki nie były wówczas takie, jakie są tam dzisiaj. Z powodu upałów pozamykaliśmy okna, a drzwi - z widokiem na Kriźevac - pootwieraliśmy. Wieczorem, około 18.00 powiedział do mnie jakiś młody człowiek: Idźmy na Krizevac i odmówmy Drogę Krzyżową!". Odpowiedziałem: „Nie pójdę z tobą, bo idziesz ze względu na objawienie, a nie by odprawić Drogę Krzyżową". W ten sposób kłóciliśmy sie trochę. Powiedziałem też jeszcze: „Widzisz, jestem dopiero od dwóch godzin tutaj, a juz sie kłócimy. To niemożliwe, by była tu Królowa Pokoju" Potem podano kolację, a w czasie gdy ją spożywaliśmy, ktoś powiedział, ze mamy patrzeć na Kriżevac, bo nad Kriżevcem widać jakąś szczególną gwiazdę. Któryś z moich przyjaciół powiedział: „Spójrz, ojcze Eugenio, to znak, ze ty masz z nami odprawić Drogę Krzyżową". A ja na to: „Jak może gwiazda przedstawiać Gospe? Takie sprawy nie podobają się nawet Kościołowi", Ktoś mi powiedział:, „Czego ty i wogóle chcesz? Chciałbyś, żeby się tobie Gospa ukazała?"
Żeby nie dopuścić do jeszcze większego sporu wziąłem płaszcz i poszedłem, by jako Kaplan przewodniczyć w Drodze Krzyżowej. Zażądałem od innych, by klęczeli przy poszczególnych stacjach i umyślnie przy każdej stacji modliłem sie dłużej, żeby ich kolana bolały. Padało coraz mocniej, ale my szliśmy dalej i modliliśmy się. Wtem spostrzegłem, ze mój płaszcz był zupełnie suchy. Kilka razy niepostrzeżenie dotykałem innych płaszczy - wszystkie były mokre. Kiedyśmy tak odprawiali Drogę Krzyżową, doszliśmy na szczyt Krizevca - przestało padać. Wystraszyłem sie i powiedziałem do ludzi: „Zostańmy tutaj, a niech każdy pomodli się osobiście". W moim sercu mówiłem: „Gospo, nie wiem, czy Ty tutaj się ukazujesz, ale jeśli się ukazujesz, chciałbym, byś wiedziała, ze nie jestem tylko dobrym Kaplanem, ale pierwszorzędnym. Spójrz, co mi sie przydarzyło: Moi przełożeni źle o mnie myślą. Mój Ojciec zmarł na raka, a mój brat niewinnie siedzi we wiezieniu. Czy to wszystko jest nagrodą za dobro, które czynie?" Tak wypomniałem wszystko Gospie i powoli poszedłem do domu. Jeszcze raz przekonałem sie, ze mój płaszcz był zupełnie suchy.

Nazajutrz poprosił mnie mój konfrater, by pójść z pielgrzymami na Podbrdo [Wzgórze Objawień]. Nie chciałem wygłaszać Kazań, a mój przyjaciel powiedział mi, ze mam tylko mówić Różaniec. Odparłem: „Jeżeli mam tylko mówić Różaniec, pójdę". Wtedy jeszcze nie stały na drodze tablice z tajemnicami różańcowymi, tylko małe, zwykłe, drewniane krzyże. Zobaczyłem mały krzyż i tam przy nim usiadłem. Wtedy podszedł do mnie pięknie ubrany mężczyzna i powiedział: „Ty jesteś ojciec Eugenio". Spojrzałem na niego i zląkłem się, ponieważ brat mój był w więzieniu, a myślałem, ze mnie wsadzą do komunistycznego więzienia. Zapytałem człowieka:, „Kim pan jest?" Odpowiedział: „Nie jest ważne kim ja jestem, ale Jezus dał mi przez Gospę przesłanie i na to, co wszystko na Kriźevcu w modlitwie wypowiadałeś ,chce ci powiedzieć, co Gaspa każe ci przekazać: Gospa powiedziała, ze ty jesteś wspaniałym Kapłanem, ale nie masz ludziom burzyć prostej wiary, jak to uczyniłeś w Brazylii, w kościele Serca Jezusowego, kiedy to ty zakazałeś pewnemu młodemu człowiekowi mówić o Medziugorju." Rzeczywiście wówczas, jako proboszcz zapobiegłem w kościele temu, ale o tym wiedziałem tylko ja sam. Wtedy ten człowiek mówił dalej i powiedział, ze mój ojciec jest z moją matką w niebie. „A tobie Gospa ponieważ jeszcze nie wierzysz da bezpośredni znak." Zląkłem się i uciekłem od tego człowieka. Poszedłem do mego konfratra i powiedziałem mu, ze chetnie bym się wyspowiadał, bowiem sądziłem, ze umrę. Opowiedziałem mu o spotkanym człowieku, który mi mówił rzeczy, o których tylko ja wiedziałem. Powiedziałem tez memu konfratrowi: „Ty, który jesteś przyjacielem Gospy, powiedz Jej, że wierzę, ze sie ukazała, ale ze juz nie życzę sobie żadnego nowego znaku, bo jeśli Ona mi da następny przekaz, ze strachu umrę" Opowiedziałem temu Kaplanowi wszystko, co przeżyłem, a on mi odpowiedział: „]eżeli Gospa tobie naprawdę cos bedzie chciała powiedzieć, to cudownie". Ja jednak odparłem mu, że tego naprawdę nie chciłbym i tyle by mi juz wystarczyło. Tak zakończyła się spowiedź.

Zanim powróciłem do Włoch, przyjechał autobus z pielgrzymami -bez Kapłana. Pytano i poproszono mnie, bym, jako Kapłan poprowadził Drogę Krzyżową, a ja sie natychmiast zgodziłem. Na początku drogi przedstawiłem się i zacząłem się modlić. Przy trzeciej stacji 18-letni może 20-letni chłopak zaczął bardzo płakać, tak że wszyscy uczestnicy patrzyli tylko na niego. Juz nikt mnie nie słuchał. Stawałem się coraz bardziej nerwowy i z powodu tego płaczu modliłem sie coraz szybciej, by móc tym szybciej skończyć. Kiedy osiągnęliśmy szczyt Kriźevca, przestałem sie modlić, a młodzieniec przestał płakać. Młody człowiek podszedł do mnie i prosił o wybaczenie. Powiedział mi, ze tak jak w jakimś filmie widział swoje grzechy i dlatego musiał płakać. Potem od nowa widział dalsze grzechy, zapłakał znowu i za nie żałował. Pomyślałem sobie, jak wiele grzechów musiał mieć, skoro zaczął płakać przy 3. stacji i płakał do 14. stacji. Następnie powiedział mi: Kiedy ty zakończyłeś modlitwę, powiedziała mi Gospa w sercu: „Twoje grzechy są ci odpuszczone, ale idź do kapłana, byś przez niego otrzymał odpuszczenie od Kościoła " Dałem mu rozgrzeszenie, i on miał naprawdę wiele grzechów, które za sobą pozostawił. Potem młody człowiek mi powiedział, ze wstrzyknął w siebie czystą heroinę. Wyciągnął z kieszeni narkotyk i go wyrzucił. Na to powiedziałem: „Nie jestem lekarzem, lecz Kaplanem. Ale wiem, że z narkotykami tak łatwo nie dasz rady skończyć. Dlatego zasięgniemy rady lekarza". Na końcu rozmowy chłopak powiedział mi: „Ojcze, jestem uzdrowiony jestem tym znakiem, który ci Gospa obiecała". Odtąd wszystko we mnie się odmieniło i od tamtego przeżycia co roku przyjeżdżam do Medziugorja - aż do dziś.

Wróciłem z powrotem do Wioch i prosiłem, bym mógł iść do Brazylii. Przybyłem tam, a archidiecezja Sao Paolo została w międzyczasie podzielona na 5 diecezji. Nowy biskup zaprosił mnie, bym objął nową parafie, gdyż tamtejszy proboszcz i wikariusz porzucili stan kapłański. Parafia byla z tego powodu duchowo zraniona. Kilka miesięcy po przejęciu tej parafii powiedzieli mi niektórzy parafinie: „Pisaliśmy do Medjugoria, prosząc o wstawiennictwo Gospy, by Pan nam przysłał właściwego proboszcza. Jesteśmy wdzięczni, ze Pan ciebie przysłał"

W roku 1993 przyjechałem do Medjugoria z wieloma pielgrzymami i byłem u Vicki podczas objawienia. Po objawieniu Vicka spytała: „Kto jest ojcem Eugenio?" Ja się nie zgłosiłem. Dopiero wieczorem poszedłem do Vicki i powiedziałem jej: „Jeżeli sie nikt inny nie zgłosił, to jestem nim prawdopodobnie ja". Vicka mi powiedziała, że Gospa mówiła, żebym opuścił swoją parafie i założył wspólnotę, która zacznie sie modlić w kościele.Odpowiedziałem Vicce: „Zapytaj Gospe, do jakiego banku mam iść, bym dostał pieniądze na założenie wspólnoty..." Było to dla mnie niemożliwe i poszedłem w Medjugorju własnymi drogami. Ale Vicka mnie znów zawołała i powiedziała, ze Gospa na nowo przekazała posłanie, ze pieniądze, które otrzymałem w spadku po ojcu nie są moimi pieniędzmi, ale nalezą do Pana Boga. Mam te pieniądze zużyć na budowe domu i założenie wspólnoty. A o resztę bedzie Ona sama dbała.

Nie bylem jeszcze z tym pogodzony, więc znowu bedąc w Brazylii, odwiedziłem biskupa i wszystko mu opowiedziałem. Na koniec jeszcze mu powiedziałem, że jestem szczęśliwy, że jestem kapłanem i kaznodzieją. Nie pasowałoby do mego życia, bym utworzył wspólnotę, gdyż w Medziugorju i przez Medziugorje powstało juz wiele wspólnot. Myślałem, ze biskup bedzie mojego zdania. Odpowiedział: „Módlmy się najpierw, potem zobaczymy..."

15 sierpnia 1994 przyszła do mnie grupa młodzieżowa z mojej parafii i oświadczyła, ze chce więcej działać. Na to odpowiedziałem: „Czego chcecie więcej? Przychodzicie na Mszę świętą, należycie do grupy modlitewnej i pracujecie w parafii. Gzy to nie dosyć?" Wówczas odpowiedziałem im, co przeżyłem w Medziugorju.
22 sierpnia 1994, zaledwie siedem dni później, w święto Maryi Królowej zadzwonił do mnie biskup i polecił, bym spisał wszystko, co przeżyłem w Medziugorju. Uczyniłem to i na tym staneło.
W styczniu 1995 r. bylem znów w Medziugorju, jak dotąd - corocznie. 11 lutego w święto Matki Bożej zgłoszono mi z Brazylii, że biskup uznał naszą wspólnotę za „Prywatne stowarzyszenie wiernych". Zląkłem sie z tego powodu i pomyślałem: Jak może biskup uznać wspólnotę, skoro jestem jej jedynym członkiem? Ale biskup jest biskupem i tak to przyjąłem.

Osobiście nigdy swojej wspólnoty publicznie nie przedstawiłem, a wszyscy młodzi mężczyźni przyszli sami; coraz więcej ludzi chciało sie dołączyć do naszej wspólnoty. Wspólnota nazywa sie „Uczniowie na Chwalę Ojca" (lunger zur Ehre des Vaters). Został też zaakceptowany strój: jasnoniebieski habit. Przez Vicke Gospa powiedziała, ze do wspólnoty bedzie posyłać ludzi pojedynczo.
Tak wiec wszyscy, którzy są we wspólnocie zostali przysłani przez Gospę. Konieczność tego wymagała - wiec rozpocząłem budować. Chciałem zbudować kościół, który byłby poświecony Królowej Pokoju. Lecz podczas budowy zrozumiałem, ze ma być poświecony Bogu Ojcu, którego jeszcze tak wielu ludzi nie zna.
Jak widać, wszystko stało sie przez Opatrzność Bożą. Gdy pieniądze na budowę sie skończyły, chodziłem do figury Gospy i mówiłem: „Jeżeli chcesz mieć dom dla dzieci, to prześlij mi pieniądze". Wtedy przybyła po raz pierwszy do Brazylii Vicka, a mój konfrater zadzwonił do mnie, mówiąc, ze Vicka chciałaby ze mną mówić. Powiedziała mi telefonicznie, ze Gospa każe mi powiedzieć, ,,ze mam przestać prosić o pieniądze, bo to jest Jej dzieło, a nie twoje". W kilka miesięcy później przybył do mnie pewien bogaty muzułmanin z Brazylii, ktory się nawrócił, dał sie ochrzcić i przeszedł na wiarę katolicką. Zaplanował cały dom, dał na to swoje pieniądze i go zbudował.

Dzisiaj jest nasza wspólnota uznana przez kanclerza kurii diecezji w Brazylii. 22 lutego 1999 wręczono nam dekret, o uznaniu jako „Publiczne stowarzyszenie wiernych" po uprzednim badaniu właściwych władz w Rzymie, bo nie bylo żadnych przeciwskazań („nihil obstat"). Naszym naczelnym zadaniem miała być troska o zaniedbane dzieci, dzieci ulicy. To bylo najważniejsze życzenie Gospy.
Kiedy w prywatnej rozmowie z Papieżem opowiedziałem mu wszystko o wspólnocie, objął mnie, a wspólnoty i nasz apostolat pobłogosławił. Tym samym także Medziugorje, gdyż wspólnota powstała właśnie z inspiracji Gospy. Ów gest wystarczył mi jako znak, i poprzednie inne znaki dane z góry, że także Rzym nas uznał.
Medjugorje. Gebetsaktion Maria -Koni gin des Friedens Nr 66 (2002). Wien, s. 20 – 24 . tłum. Krystyna Plucinska

(Miesięcznik "Znak Pokoju" nr 194/195 VII 2004r.)










na zdjęciach o.Eugenio Maria la Barbera Pirovano

niedziela, 18 stycznia 2009

"Jak matka walczy o swoje dzieci, ja modlę się i walczę o was."


Około 1 stycznia mała uliczka w Bijakovici ponownie ujrzała gromadzące się wielkie tłumy pielgrzymów. Istotnie, po dziewięciu miesiącach nieobecności z powodu zdrowia Vicka ponownie ukazała się na schodach! Jednakże nie podjęła swego zwykłego rytmu 3 dni w tygodniu jak w marcu tego roku, do kiedy powinna zakończyć się terapia jej łopatki. Vicka wiele cierpiała podczas tych ostatnich miesięcy, ale potrafiła się pogodzić z tą sytuacją wyraźnie negatywną: ileż to dziesiątek tysięcy osób mogłoby być przez 9 miesięcy dotkniętych jej pięknym świadectwem i wrócić do Boga?! Dlaczego Bóg pozwolił na długie milczenie tego wspaniałego świadka? Jaką korzyść miał zachowując ją na uboczu, gdy nie mogła się poruszać i pracować, a upominały się o nią tłumy przybyłe ze wszystkich krajów?
Vicka sama dała mi fragmenty odpowiedzi na to:
„Widzisz, jeśli Bóg na to pozwolił, to On wie, dlaczego. Więc ja jestem zadowolona. On wie, jak bardzo lubię świadczyć wobec pielgrzymów, wie, jak pielgrzymi potrzebują słuchać orędzi, więc jeśli postanowił poprosić mnie o tę ofiarę i te cierpienia, to dlatego, że ten plan był dla nas wszystkich najlepszy. Dlatego jestem zadowolona. Wiem, że wszystko, co On czyni, jest błogosławieństwem. Jestem w Jego rękach, żeby Mu służyć, On może uczynić to, co zechce i wszystko, co czyni, to Jego wybór, a ja zawsze będę Mu za to dziękowała. On widzi inaczej niż my!
My zbyt łatwo zatrzymujemy się na zewnątrz. O sprawach mamy swoje własne myśli i chcemy, żeby Bóg czynił według naszej woli. Ale nie! Widzisz, trzeba zawsze być zadowolonym z tego, co czyni Bóg, nawet jeśli chcielibyśmy czegoś innego. I wtedy przychodzi pokój serca. Jestem zadowolona z tego, że jestem z rodziną, z pielgrzymami i z przyjaciółmi, ale jestem zadowolona także wtedy, gdy jestem chora. Ważną rzeczą jest, żeby mówić jego drodze TAK i mieć do Niego pełne zaufanie. Jeśli masz zaufanie, to masz pokój!
Ale to nie przychodzi w jeden dzień. Tego uczymy się dzień po dniu i musimy pracować w naszych sercach. Musimy się modlić! Bóg zawsze chce dawać nam ten pokój, ale my musimy się modlić i na modlitwie otworzyć swe serce.”

3 – Wojna dochodzi do pełni
Pytałam Vickę, jak zachowywało się Dzieciątko Jezus, gdy Je widziała w ramionach Jego Matki w dzień Bożego Narodzenia, czy spało…
- Nie! Było całkiem obudzone, miało oczy szeroko otwarte!
- A Jego Matka, spodziewam się, promieniała z radości?!
Na moje pytanie Vicka na sekundę opuściła głowę, potem odpowiedziała:
- Tak, była radosna, to było Boże Narodzenie! Ale… To jest matka, więc gdy w sercu ma zmartwienie, to je kryje, żeby przed dziećmi pokazać radość. Ale gdy Ją się zna od dawna, to dobrze to widać…
(Zadałam to pytanie z powodu tego, co się działo podczas objawienia 2 grudnia z Mirjaną) i dodaję:
- Rozumiem, że Matka Boża ogromnie cierpi widząc, jak dzisiaj kruszy się rodzina…
- Siostro Emmanuel, dzisiaj kruszy się nie tylko rodzina, to WSZYSTKO się kruszy… - odpowiedziała mi Vicka.
Po powrocie do domu pomyślałam, żeby napisać „list otwarty do Gospy” i tutaj zamieścić kilka fragmentów z niego, żeby wzajemnie zachęcić się do modlitwy:
„Droga Gospo, sama powiedziałaś, Twoje serce ściska się z bólu, gdy patrzysz na nasze serca (2.12.07). Wiedz, że nasze serca także ściskają się z bólu na myśl o Twym ogromnym smutku, po tym wszystkim, co uczyniłaś dla nas.
Nie wiem – i nikt tego nie wie – co widziała Mirjana 2 grudnia, że tak długo szlochała po objawieniu, ale chciałabym Cię błagać: nie odchodź! Nie opuszczaj nas! Nie zostawiaj nas samych na łup dla tego świata bez pokoju i zaminowanego od wewnątrz. Nie przerywaj Twych cudownych przyjść o zachodzie słońca, ponieważ każdego dnia tyle Twych dzieci oczekuje Cię i kocha Twe odwiedziny!
Nie cofaj zbyt szybko swej ręki od nas! Zobacz: jest tylu młodych, którzy się tułają, otępiali i bez celu, tyle małżeństw się rozpada, tyle dzieci karmionych pustką i spragnionych miłości, tyle osób dotkniętych samotnością i śmiertelnie zranionych… Nie możesz nas opuścić w środku bitwy, droga Mamo, nawet jeśli tak mało odpowiadaliśmy na Twoje wezwania i sami pozwoliliśmy, żeby na nas spadły wszystkie te cierpienia! Ofiarowałaś nam swe orędzia, żebyśmy szli w życie, a my Cię zignorowaliśmy!
Twój Syn mówił nam o figowcu, którego właściciel chciał wyciąć, ponieważ nie przynosił owoców. Ale wstawił się ogrodnik: „Wszystko wokół skopię i położę nawóz”, powiedział… Droga Mamo, daj nam nową szansę, pomnóż jeszcze Twe łaski! Jesteśmy tacy twardzi i tacy zbuntowani! Spójrz na swe matczyne serce! Nie możesz pozwolić, aby nieprawość rządziła światem i zatruwała tyle Twych niewinnych dzieci już od szkoły podstawowej! Jesteś przepełniona współczuciem, jak mogłabyś pozwolić, żeby tyle Twych dzieci przepadło bez zastanowienia na tych drogach śmierci przedstawianych na wszystkich ekranach?! Jak mogłabyś nas opuścić w chwili, gdy Zachód przekracza wszelkie miary perwersji, depresji i samobójstw?
Zbyt dobrze wiesz, w jakich ciemnościach kroczymy. Ale słuchasz szczerej modlitwy i dla jednego dziecka, które płacze, rozwijasz całą siłę swego wstawiennictwa przed Ojcem Miłosierdzia. Kochana Mamo, błagamy Cię, zdwój Twe interwencje w naszej intencji i uzyskaj od naszego Ojca to, żebyś pozostawała z nami w Medjugorju jeszcze długo, długo!
Wzbudź wśród nas szeregi ludzi modlitwy i świętości i unieszkodliw tych, którzy pracują dla złego.
Po raz pierwszy w swych orędziach powiedziałaś, że walczyłaś o nas, „jak matka walczy o swe dzieci”. Nie musiałabyś walczyć, gdyby nie było wojny! Więc usłysz hałas, jaki dochodzi z frontu i zgiełk, jaki czyni nieprzyjaciel, zobacz niepokój tych, którzy jeszcze nie wzięli dobrej broni i nie bądź zmęczona naszymi wizytami!
Kochana Mamo, przyjdź nam z pomocą!”


„Drogie dzieci, całą siłą mojego serca kocham was i oddaję się wam. Jak matka walczy o swoje dzieci, ja modlę się i walczę o was. Oczekuję od was, że nie będziecie się obawiały otworzyć się, żebyście mogły kochać sercem i oddawać się bliźniemu. Im więcej będziecie to czyniły sercem, tym więcej będziecie otrzymywać i lepiej zrozumiecie mojego Syna i dar, jaki On czyni z Siebie. Niech wszyscy poznają was po miłości mojego Syna i mojej! Dziękuję wam.”


Siostra Emmanuel + (styczeń 2008r. )

sobota, 17 stycznia 2009

Uzdrowieni miłością Jezusa






Głęboko zakorzenione w każdym człowieku pragnienie bycia szczęśliwym jest terenem szczególnie intensywnego kuszenia szatana, największego wroga ludzkiego szczęścia. Jego strategia kuszenia ma na celu ukształtowanie w człowieku przekonania, że szczęście i dobre samopoczucie polega na niczym nie ograniczanym doświadczaniu przyjemności zmysłowych i doznań uczuciowych. Jest to jedno z najbardziej podstępnych i niebezpiecznych kłamstw, ponieważ w życiu ludzkim najważniejsza jest miłość i dojrzewanie do miłości a nie koncentracja na nieokiełzanym konsumowaniu przyjemności i wrażeń. Doświadczenie przyjemności, kiedy staje się nieopanowaną żądzą, degraduje i pogrąża człowieka w niewoli egoizmu, niszcząc w nim zdolność do bezinteresownej miłości, doprowadzając do głębokich duchowych zranień oraz różnych form zniewoleń przez alkohol, nikotynę, narkotyki, seks, pornografię itp. Pragnienie wiecznego szczęścia, które zakodowane jest w każdym ludzkim sercu, może zaspokoić tylko Boża Miłość. O tej prawdzie z wielką mocą świadczy grupa około 70 narkomanów, z 18 narodowości, którzy byli na samym dnie uzależnienia narkotykowego, a obecnie tworzą wspólnotę "Cenacolo" w Medjugorje. Pielgrzymom, którzy ich odwiedzają, mówią, że to sam Jezus swoją miłością leczy ich duchowe rany i wyzwala z wszelkich uzależnień. Oni tylko otwierają się na działanie Jego miłości, żyjąc w braterskiej wspólnocie, gdzie najważniejsza jest modlitwa połączona z intensywną fizyczną pracą. Nie stosuje się tu żadnego leczenia farmakologicznego, nie ma psychologów i psychiatrów. Jedyną terapią jest miłość Jezusa. Ponieważ bez modlitwy nie można spotkać i pokochać Jezusa, dlatego w kaplicy jest nieustanna adoracja Najświętszego Sakramentu. Do wspólnoty wstępują narkomani, którzy próbowali różnych form szpitalnego leczenia a po wyjściu do domu na nowo pogrążali się w nałogu. Są to, z medycznego punktu widzenia, przypadki beznadziejne, nie dające żadnych szans na wyleczenie. Tam jednak, gdzie medycyna nie daje żadnych nadziei, miłość Jezusa dokonuje cudownych, całkowitych uzdrowień. Nie staje się to jednak w sposób magiczny. Konieczna jest zgoda i współpraca człowieka przez modlitwę i pracę, oraz przynajmniej trzyletni okres pobytu we wspólnocie. Jednym z największych problemów jest decyzja wstąpienia do wspólnoty. Narkoman tak długo będzie się bronił, dopóki będzie miał możliwość zdobycia pieniędzy na narkotyki i jedzenie. W takiej sytuacji bardzo ważne zadanie mają do spełnienia rodzice. S. Elwira daje im następującą radę: "Wyrzućcie go (ją) z domu, aby nie mógł(a) więcej was wykorzystywać". Jeżeli rodzice nie zdobędą się na odwagę wyrzucenia z domu swego uzależnionego dziecka, wtedy są znikome szanse, aby taki narkoman zdecydował się na wstąpienie do wspólnoty. Kiedy wreszcie podejmie decyzję leczenia, może sam lub z rodzicami przyjechać na wizytę zapoznawczą. Jeżeli zobowiąże się zachować wszystkie reguły, które tam obowiązują wtedy zostaje przyjęty. Od tego momentu wspólnota bierze za niego całkowitą odpowiedzialność. Na początku otrzymuje opiekuna, tak zwanego anioła stróża, którym jest też narkoman, ale mający za sobą dłuższy okres pobytu we wspólnocie. Jego zadaniem jest opieka i bycie z nowoprzybyłym przez cały czas. Jest to szczególnie ważne w pierwszym okresie, kiedy odzywa się głód narkotykowy. Przez pierwsze 8 miesięcy nie może utrzymywać żadnego kontaktu z rodzicami lub przyjaciółmi. Chodzi o to, aby mógł stanąć na własnych nogach. Dopiero po tym okresie może na kilka dni wyjechać do domu. Regulamin dnia jest bardzo wymagający. Zaraz po przebudzeniu wszyscy gromadzą się w kaplicy, aby odmówić klęcząc jedną cząstkę różańca, później jest medytacja i Msza św. Do modlitwy zobowiązani są wszyscy, również ci, którzy początkowo mają do niej awersję i twierdzą, że są niewierzący. Mówi się im: ty masz się modlić, a my za ciebie będziemy wierzyć. Po niedługim czasie modlitwa ta sprawia, że młodzieńcy ci nawracają się i zaczynają traktować modlitwę jako konieczność życiową. Po śniadaniu jest czas ciężkiej fizycznej pracy w kamieniołomach. W południe znowu wszyscy gromadzą się w kaplicy, aby odmówić drugą cząstkę różańca i adorować Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie. Po obiedzie jest krótki odpoczynek i znowu praca. Wieczorem odmawia się trzecią część różańca, medytuje teksty Pisma św. Cały dzień wypełniony jest modlitwą i pracą w braterskiej wspólnocie. Nie ma telewizji i radia, nie można wychodzić na zewnątrz bez specjalnego pozwolenia. Istnieje ściśle przestrzegana reguła, że nie wolno nic kupować do jedzenia i do ubierania. Ma to być praktyczny wyraz całkowitego zaufania Bożej Opatrzności. Tak więc, ci młodzi ludzie jedzą i ubierają się tylko w to, co im inni ofiarują. Ich całkowite zaufanie Bogu sprawia, że codziennie doświadczają cudu Opatrzności Bożej, zadziwiającego wprost zatroskania Boga o nich, nawet w najdrobniejszych szczegółach. Jest to bardzo czytelny znak Bożego działania, który dodatkowo umacnia ich wiarę i ufność. W ten sposób, przez modlitwę i ciężką pracę, narkomani otwierają się na działanie Chrystusowej miłości, która cudownie leczy ich poranione serca i wyzwala z niewoli narkotyków. Idea założenia tego typu wspólnot zrodziła się w sercu prostej włoskiej zakonnicy s. Elwiry. Rozpoznała cierpiącego Jezusa w narkomanach i postanowiła przyjść im z pomocą. Przez 10 lat prosiła swoich przełożonych zakonnych, aby pozwolili jej zająć się tymi najbiedniejszymi z biednych. Wyrazili zgodę dopiero po 10 latach, ponieważ sądzili, że s. Elwira nie ma dobrego przygotowania do tego rodzaju pracy i nie da sobie rady. Kiedy wreszcie s. Elwira uzyskała zgodę swoich przełożonych, wtedy zebrała grupę narkomanów i w lipcu r. założyła pierwszą wspólnotę w Saluzzo we Włoszech. Do Medjugorje s. Elwira przyjechała po raz pierwszy z grupą narkomanów w r. Zauważyła, że w Medjugorje modlitwa chłopców i całej wspólnoty była silniejsza i głębsza. Jej chłopcy intuicyjnie odczuwali obecność Matki Bożej, nie chcieli wracać do Italii. W ten sposób powstała tutaj w Medjugorje wspólnota narkomanów "Cenacolo". Według s. Elwiry Matka Boża działa tutaj w sposób szczególny i jest niewyczerpalnym źródłem ewangelizacji, stymulując rodzenie radosnej, pięknej i czystej młodości. Obecnie istnieją już 23 wspólnoty, które założyła s. Elwira w Italii, Francji, Austrii, Chorwacji, Medjugorje, Brazylii, USA, Polsce. Aktualnie przebywa w nich około 600 narkomanów. W tych wspólnotach ma miejsce niezwykły fenomen leczenia i przywracania do normalnego życia narkomanów, którzy znaleźli się na samym dnie uzależnienia, a więc - po ludzku - w sytuacji beznadziejnej. Widać tam jak miłość Jezusa podnosi z największych upadków i uzdrawia w sytuacjach, które w medycynie uznaje się za nieuleczalne. Wspólnoty narkomanów dają nam wszystkim bardzo pouczającą lekcję. Uświadamiają nam, że człowiek jest jedynym stworzeniem, którego Bóg obdarował rozumem, wolną wolą oraz różnymi talentami i wezwał do współpracy ze Sobą przez pracę i modlitwę. Tylko przez to współdziałanie w człowieku może dokonywać się duchowy wzrost i odnajdywanie ostatecznego sensu życia. W swojej wolności człowiek może jednak odrzucić współpracę z Bogiem. Każdy zmarnowany talent i nie wykorzystana zdolność przyczynia się do pogorszenia postawy wobec siebie, Boga i innych ludzi. To nie jest przypadek, że lenistwo jest jednym z siedmiu grzechów głównych. Ulegając lenistwu człowiek odrzuca współpracę z Bogiem, a to staje się źródłem wszelkiego zła. Człowiek leniwy zakopuje swoje talenty w ziemi (por. Mt 25, 25 n). Do niego odnoszą się słowa Apokalipsy: "Znam twoje czyny, że ani zimny, ani gorący nie jesteś. Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust" (Ap 3, 15-16). W swojej pysze odrzuca prawa życia i duchowego wzrostu, które Bóg wypisał w jego sercu. Jeżeli ktoś ulega pokusie łatwizny życiowej, ucieka od wysiłku, trudu nauki i pracy a poddając się lenistwu, szuka szczęścia w nieograniczonej konsumpcji zmysłowych przyjemności, wtedy zapada na chorobę ducha, która prowadzi do różnych form uzależnień i duchowej degradacji. Mówią o tym w swoich świadectwach uzdrowieni narkomani w Medjugorje. Dla normalnego rozwoju człowieka oprócz pracy, konieczna jest codzienna modlitwa. Człowiek różni się od świata zwierzęcego między innymi tym, że w jego naturze wpisana jest potrzeba kontaktu z Bogiem. Bez modlitewnego zjednoczenia z Bogiem człowiek traci sens życia. A po odrzuceniu Boga nie wytrzymuje pustki duchowej i dlatego zapełnia ją zmysłowymi doznaniami przez narkotyki, alkohol, pornografię itp. Staje się wtedy bardziej niebezpieczny aniżeli najbardziej krwiożercze zwierzę, bo nigdy nie nasycony, zawsze agresywny i siejący zniszczenie. Narkomani podkreślają, że największą chorobą obecnych czasów jest kryzys wiary w rodzinach. Według nich tutaj tkwią główne przyczyny narkomanii i innych uzależnień. Dziecko zaczyna tracić sens życia, gdy jego rodzice troszczą się tylko o dobra materialne, a całkowicie zapominają o jego religijnych i duchowych potrzebach. Gdy starają się spełniać wszystkie pragnienia i zachcianki swojego dziecka, a zaniedbują wychowanie religijne, nie stawiają wymagań i nie mobilizują do samodyscypliny w dążeniu do stawania się coraz lepszym, przez trud codziennej modlitwy i jak najlepsze wypełnianie swoich obowiązków. W takiej atmosferze osobowość dziecka zostaje zdominowana przez egoizm. Co z kolei prowadzi do lenistwa intelektualnego i duchowego, do szukania najłatwiejszych sposobów osiągania dobrego samopoczucia, przez zaspokajanie egoistycznych zachcianek, za wszelką cenę i po najmniejszej linii oporu. Tak wyrastają wśród dzieci i młodzieży zastępy nieraz bardzo niebezpiecznych przestępców. Bez modlitwy i ciężkiej, codziennej pracy, bez samozaparcia, dyscypliny, ofiary i wysiłku niemożliwe jest osiągnięcie dojrzałości, wolności wewnętrznej i szczęścia. Ze świadectw narkomanów z Medjugorje wynika, że proces ich uzdrowienia rozpoczął się dopiero wtedy, gdy na serio uwierzyli w Boga i zaczęli otwierać się na Jego uzdrawiającą miłość przez modlitwę i ciężką pracę. Niech nigdy nie tracą nadziei na całkowite uzdrowienie ci wszyscy, którzy są uzależnieni od narkotyków, seksu, alkoholu i innych używek. Jezus uzdrawia wszystkich, którzy się nie zniechęcają i otwierają się na Jego miłość przez wytrwałą pracę, ufną modlitwę oraz sakramenty pokuty i Eucharystii.



ks. Mieczysław Piotrowski TChr Miłujcie się nr 11-12/
(zdjęcia 1-s. Elwira 2-kaplica w Medziugorje 3-Siostry z Vicką która ma objawienia Matki Bożej)

czwartek, 15 stycznia 2009

Teraz i ja rozpoznaję Go w Hostii !


Minęło już ponad dwadzieścia lat, odkąd po raz pierwszy stanęłam na czerwonej ziemi Medjugorie, leżącego obecnie w Bośni i Hercegowinie. Do miejsca, któremu przypisywano codzienne objawienia się Matki Bożej sześciorgu młodym ludziom, pojechałam nie jako pątniczka, lecz jako sceptycznie nastawiona dziennikarka protestancka. Nie uwierzyłabym nikomu, kto opowiadałby mi o zjawisku, którego sama tam doświadczyłam. Nie miałam też pojęcia, jakich zmian dokona ono w moim życiu.

Przyjechałam do Medjugorie 24 czerwca 1985 roku, to jest po ponad siedemnastu latach od swego wkroczenia w fascynujący – aczkolwiek często cyniczny – świat dziennikarstwa. Przez te lata pracowałam dla ogólnokrajowych gazet i różnorodnych magazynów – w dziedzinach od tematyki kobiecej i ludzkich zainteresowań po serwisy informacyjne oraz reportaże dochodzeniowe. Gdyby ktoś mnie zapytał, odpowiedziałabym, że byłam wszędzie i widziałam wszystko – począwszy od zuchwałego, nierzeczywistego świata gwiazd muzyki i filmu, przez spotkanie z matką Teresą z Kalkuty, po prywatną audiencję u papieża Pawła VI w Watykanie (ta ostatnia to prawdziwa sensacja); od historii o wielkiej odwadze człowieka i wspaniałych jego osiągnięciach po te o całkowitym jego upodleniu, wręcz nieludzkie. W większości z nich udało mi się zachować bezstronność i być obiektywną.

Kiedy poproszono mnie o zbadanie wydarzeń w tej nieznanej, rolniczej dolinie, która wchodziła wówczas w skład komunistycznej Jugosławii, nie spodziewałem się, że choć zachowam obiektywizm, to już utrzymaniu przeze mnie dystansu zostanie rzucone wyzwanie, jakiego jeszcze nigdy dotąd nie doświadczyłam. Fakt, że nie byłam wyznania rzymskokatolickiego, miał dla redaktora serwisu informacyjnego Irys Times, dla którego pracowałam, duże znaczenie w odniesieniu do relacji o objawieniach w Medjugorie. On sam, wychowany w wierze mniejszościowego w Irlandii Kościoła protestanckiego, uważał, że wniosę do powierzonego mi zadania zarówno obiektywizm, jak i sporą dozę realizmu. Był to pogląd, z którym się w zupełności zgadzałam. Ponadto niewątpliwie interesujący był fakt, że po raz pierwszy ogólnokrajowa gazeta irlandzka miała zamiar zamieścić reportaż o tak zwanych objawieniach, które podobno miały mieć miejsce w tej Jugosłowiańskiej miejscowości.

Było niesamowicie gorąco, kiedy o czwartej po południu kierowca samochodu, którym podróżowałam, zatrzymał się przed dwuwieżowym kościołem św. Jakuba w Medjugorie. Wysadzając mnie, obiecał odwieźć mnie później do pobliskiej wioski, gdzie miałam spać. Moją uwagę przyciągnął najpierw ogromny tłum zgromadzony wokół kościoła. Dowiedziałam się później że ponad 100 000 ludzi zjechało do doliny, aby świętować czwartą rocznicę objawień „Królowej Pokoju". Przedstawiając się kobiecie ułatwiającej anglojęzycznym pielgrzymom pobyt w parafii, poprosiłam ją o zorganizowanie spotkania z „widzącymi" oraz opiekującymi się nimi kapłanami. Z delikatnym uśmiechem przewodniczka odpowiedziała mi, że skoro wieczorna ceremonia zaraz się zacznie, może mogłabym pospacerować sobie dookoła i doświadczyć nieco atmosfery wioski. Obiecała, że nazajutrz pomoże mi zorganizować wywiady, o które prosiłam. Umówiłam się więc z nią na kolejny dzień i posłuchałam jej rady, przez następną godzinę przechadzając się naokoło świątyni, obserwując wszystko bacznie i robiąc notatki z tego, co zauważyłam. Tym, czego doznawałam od momentu, kiedy wysiadłam z samochodu i obeszłam teren wokół kościoła, było uczucie całkowitego pokoju, który zdawał się wszech ogarniać to zacofane miejsce pomimo zgromadzonych tam tłumów. Pod drzewami dostrzegłam grupki ludzi rozmawiających z księżmi lub z którymś z brązowo habitowych franciszkanów z kościoła św. Jakuba. Inni siedzieli lub klęczeli, samotnie bądź w małych grupach, modląc się, czytając lub rozmawiając ściszonym głosem w wielu różnych językach.

Cztery lata po pierwszych doniesieniach o objawieniach maryjnych ludzie z prawie każdego zakątka świata zebrali się tutaj, przyciągnięci czymś, co zdawało się zupełnie nielogiczne i niewiarygodne. Krótko po godz. 18 udało mi się znaleźć miejsce stojące z oparciem o prawą, zewnętrzną ścianę kościoła, centralnego punktu dla małych wiosek rozrzuconych po dolinie. Był koniec czerwca, słońce świeciło jasno i mocno. Wieczorne nabożeństwo się rozpoczęło; kościół był wypełniony do granic możliwości, tak że tłum ludzi wylewał się z obu jego bocznych wyjść oraz przez wyjście frontowe i rozciągał się aż do pobliskich drzew. Głośniki transmitowały nabożeństwo w lokalnym języku chorwackim dla zgromadzonych na zewnątrz wiernych. Dopiero następnego dnia odkryłam, że odmawiano różaniec. Nie zdawałam sobie też sprawy z tego, że to, czego doświadczyłam wkrótce potem, zbiegło się w czasie z chwilą codziennego objawienia. Wszystko, co wiedziałam, to to, że atmosfera wokół jest pełna pokoju, że kierowca nie wróci wcześniej niż za kilka godzin – i że mogę nawet trochę się opalić, jeśli zwrócę twarz w stronę zachodzącego słońca, tak mocno jeszcze świecącego ponad drzewami posadzonymi naprzeciw kościoła.

Stałam zatopiona w cieple i we własnych myślach o tym, z kim mogłabym jutro przeprowadzić wywiad rozpoczynający moje dochodzenie w sprawie dziwacznych twierdzeń o objawieniach, gdy nagle moją uwagę zwróciły dziecięce głosy, głośno i natarczywie przywołujące swoich rodziców. Rozglądając się, wokół, aby zobaczyć, co przestraszyło dzieci, zdałam sobie sprawę, że wskazują one na niebo przede mną. Podniosłam rękę, aby osłonić oczy przed słońcem, i skierowałam się w stronę wskazaną przez nie palcami – i na krótki moment nie uwierzyłam własnym oczom. Zamknęłam je i spojrzałam ponownie po chwili, widząc dokładnie tą samą rzecz: na wprost mnie, na niebie, słońce wirowało niczym ogromny bąk. W miarę jak patrzyłam, spod słońca zaczęły wypływać strumieniami kolory – czerwony, zielony, żółty i niebieski – okrążając je pojedynczo, a ono samo przez cały czas wirowało. Następnie środek słońca poczerwieniał, a potem przybrał kolor czarny i powrócił do normalnej jasności. Nieco z prawej strony nad nim ujrzałam coś, co wydawało się powstającymi z białych obłoczków literami. W miarę patrzenia na niebie, ponad tańczącym słońcem, pojawiło się słowo „Peace" (pokój) – po angielsku, ale napisane jakby celtyckimi literami, zupełnie takimi samymi jak w starej irlandzkiej Księdze z Kells, przepisywanej ręcznie przez mnichów wiele stuleci temu. Wydaje się, że zjawisko to trwało 20 do 30 sekund – chociaż, jeśli mam być szczera, to nie sprawdzałam czasu – potem słowo zniknęło, a słońce nadal wirowało i tańczyło. Od czasu do czasu odrywałam wzrok od tego niesamowitego widoku, żeby popatrzeć na reakcje innych. Zaledwie parę sekund po tym, jak rozpoczęło się widowisko, zdałam sobie sprawę z tego, że nie muszę przysłaniać oczu, ale mogę patrzeć prosto na słońce – co w innych okolicznościach byłoby niemożliwe. Większość ludzi zebranych wokół mnie również patrzyła szeroko otwartymi oczami na niebo i wydawało się, że wszyscy oni doświadczają tego samego nadzwyczajnego zjawiska. W pewnym momencie, kiedy się tak wpatrywałam w niebo, obserwując zjawisko, które trwało około 35 minut, wydawało się, że kręcące się słońce wraz z wirującymi wokół niego kolorami odrywa się od nieba i pospiesznie kieruje się na nas. Wokoło słyszałam okrzyki strachu pomieszane z wypełnionymi przerażeniem modlitwami, a jasność słoneczna zbliżała się coraz bardziej – aż w końcu widziałam jedynie złote światło. Co dziwne, zdałam sobie sprawę z tego, że nie odczuwałam strachu, gdy światło się zatrzymało i później wycofało się z powrotem na niebo, gdzie słońce kontynuowało wirowanie. Wkrótce potem nastąpiła ta część tego osobliwego zjawiska, która wywarła faktyczny i długotrwały efekt na moje życie. Otóż gdy się tak wpatrywałam w słońce, zobaczyłam coś, co wydawało się tryskającą z niego fontanną światła. Podobnie jak w przypadku wodnej fontanny tam, gdzie fontanna światła osiągała swój najwyższy punkt, rozdzielało się ono i ku memu najwyższemu zdumieniu ukazała się w tym miejscu postać z rozwartymi ramionami. Była ona tak jasna i świecąca, że nigdy nie będę w stanie opisać jej ubioru, ale rozpoznałam ją natychmiast, pomimo swego wieloletniego braku zainteresowania sprawami religijnymi: był to zmartwychwstały Chrystus. Świetlista postać była tak wyraźna, że mogłam dostrzec nawet rękawy, które zwisały jej z nadgarstków, spadając w dół aż po skraj szaty, gdzie dotykały jej stóp. Starałam się, jak mogłam, lecz nie udało mi się dostrzec rysów jasno promieniującej twarzy Chrystusa, chociaż wiedziałam, że była tam, otoczona włosami spadającymi do ramion. Ludzie stojący w pobliżu trącali mnie w ramię, pytając: „Widzi pani hostię wyłaniającą się ze słońca?". Nie wiedząc, co to jest hostia, odpowiadałam niezmiennie: „Nie, ale czy widzi pan/pani postać wychodzącą ze słońca?". Dziewięciokrotnie postać owa znikała, aby niemal natychmiast powrócić, zawsze poprzedzona fontanną światła. Przypominam sobie że w pewnym momencie trzymałam swoją rękę przed twarzą – a mimo to cały czas widziałam ową sylwetkę, jakby mojej ręki tam w ogóle nie było! Stojąc tak w miejscu i wpatrując się w niebo, zdałam sobie sprawę, że łzy płyną mi z oczu i że jedyną myślą wypełniającą mój umysł jest to, iż stoję w obecności Boga.

Później, gdy słońce powróciło już do swej naturalnej i nieruchomej pozycji na niebie, rozmawiałem z około trzydziestoma osobami, stojącymi koło mnie, pytając o ich doświadczenia, ale nie wspominając o swoim własnym. Doświadczenia wielu z nich były podobne do mojego – ludzie ci widzieli wirujące słońce, kolory owijające się wokół niego i większość z nich była również świadkami tego niewytłumaczalnego pędu słońca w kierunku ziemi. Niektórzy twierdzili ponadto, że w samym centrum jasności widzieli postać kobiety z dzieckiem na ręku, inni – że widzieli krzyż. Nikt nie widział słowa 'Pokój". Najbardziej zdziwiło mnie jednak to, że nikt nie wspomniał o świetlistej postaci, której pojawienia się byłam wielokrotnym świadkiem. Dopiero po powrocie do domu mój mąż, człowiek głębokiej wiary wyznania rzymskokatolickiego, który nie był nigdy w stanie zachwiać moją wiarą protestancką, powiedział mi spokojnie, lecz z całkowitą pewnością: „Nie rozumiesz, co się stało? Inni widzieli zbliżającą się hostię i rozpoznali w niej Jezusa. Ty widziałaś ciało, bo nie znałaś pojęcia hostii". Było to spostrzeżenie, które w przyszłym czasie miało całkowicie odmienić moje życie. Jednakże w ciągu następnych dni odłożyłam na bok to swoje doświadczenie i zabrałam się do ustalenia tego, z kim z widzących, kapłanów oraz innych ludzi mogłabym się tu spotkać. Spodziewałam się, planując swoją podróż, zastać tutaj jakąś maryjną propagandę, jednak zamiast tego odkryłam ewangeliczne wezwanie. Sześć młodych osób relacjonowało, że Dziewica mówi: „Powróćcie do mojego Syna, nawróćcie się, pośćcie, zmieńcie swoje życie!". Było to wezwanie Matki, które wydawało się znajdować płynący z głębi serca oddźwięk w niemal każdej osobie, która odwiedzała tę dolinę.

Kilka dni po przybyciu do Medjugorie zostałam przedstawiona kapłanowi, którego widziałam wcześniej, gdy modlił się nad ludźmi. Byłam zdecydowana omijać go z daleka, gdyż jego zachowanie wydawało mi się nie normalne – nigdy nie widziałam podobnych rzeczy. Jednakże moja anglojęzyczna przewodniczka poznała nas ze sobą i ku swemu przerażeniu usłyszałam, jak zwraca się do owego księdza: „Ojcze, czy mógłbyś pomodlić się z Heather?" Zanim się w ogóle zorientowałam , co się dzieje, już siedziałam na dużym kamieniu, niedaleko kościoła, a ów kapłan położył ręce na mojej głowie i począł wzywać Ducha Świętego. Modlił się za moje życie, moją rodzinę i moją pracę dziennikarską. Prosił Ducha Świętego, aby mnie prowadził. Powiedział mi również, że podczas modlitwy ujrzał dla mnie dwie drogi prowadzące z Medjugorie. Jedna była tą, którą przyjechałam do doliny – i będę mogła nią powrócić, jeśli będę chciała. Ą po chwili dodał, że Pan Bóg otwiera dla mnie inną drogę i że jeśli ją wybiorę – On zmieni moje życie na zawsze. Stwierdził, że Bóg chce mi coś powiedzieć i że gdy się pomodlę i otworzę Biblię, On do mnie przemówi. Pomyślałam wtedy właśnie tak:, „Dlaczego i jak Bóg chce do mnie mówić – skoro ignorowałam Jego istnienie przez tak wiele lat?"…

W nocy poprzedzającej mój wyjazd z Medjugorie mój umysł był pełen tego, czego doświadczyłam w ostatnich dniach. Uznałam, że zostałam postawiona twarzą w twarz z rzeczywistością Bożego istnienia. „ Co ja teraz z tym zrobię?" – to pytanie nie dawało mi spokoju. Przypominając sobie, że kapłan polecił mi się modlić, uklękłam przy łóżku. „ Ale jak i co się modlić po tak wielu latach?" – zastanawiałam się. I wówczas przypomniałam sobie, że jeden z pielgrzymów, stojący przede mną podczas porannej Mszy odprawianej w języku angielskim ( w której uczestniczyłam głównie ze względów zawodowych), niespodziewanie odwrócił się do mnie i podał mi kartkę papieru. Była na niej wypisana modlitwa. Włożyłam tę kartkę do kieszeni z zamiarem wyrzucenia jej do pierwszego napotkanego kosza na śmieci. Teraz jednak wyciągnęłam ją z kieszeni, rozwinęłam i zaczęłam czytać. Była tam modlitwa do Ducha Świętego, zapraszająca Go do mojego życia, aby je zmienił i uzdrowił oraz aby odtąd mnie prowadził. W miarę czytania coraz bardziej zdawałam sobie sprawę z tego, że oczy mam pełne łez – a potem przypomniałam sobie, że ów niedawno poznany ksiądz mówił mi, iż Bóg ma dla mnie wiadomość i że jeżeli otworzę Biblię, On sam będzie do mnie mówił. Co bardzo dziwne – kiedy dzień przed wyjazdem pakowałam swoje rzeczy, w ostatnim momencie wrzuciłam do walizki Biblię. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Być może dla tego, że jechałam do tak zwanego miejsca religijnego i mogłam potrzebować broni, aby odrzucić twierdzenia, z jakimi mogłam się tam spotkać. Teraz podniosłam się z klęczek i wyciągnęłam z walizki tę biblię. Dostałam ją w prezencie na swoje 21. Urodziny – od ciotki, która była misjonarką w Kenii. Otwierałam ją dotychczas tylko wtedy, kiedy szukałam odpowiednich słów, które mogłabym dodać małą czcionką na końcu zamieszczanego w dzienniku anonsu o śmierci członka rodziny. W tamtej chwili, pamiętając słowa modlącego się nade mną kapłana i nie wiedząc, co robić ani w jaki sposób Bóg będzie do mnie mówić, otworzyłam ją w przypadkowym miejscu. Biblia nie była prawie używana i mogłam ją otworzyć gdziekolwiek. Jednakże gdy spojrzałam na tekst, moje oczy natychmiast powędrowały do grupy wersetów, które zaczęłam czytać. Był to urywek z Ewangelii wg. Św. Jana, w którym Jezus mówił do swoich uczniów o chlebie życia: „Jeśli nie będziecie jeść Ciała Syna Człowieczego ani pić Jego Krwi, nie będziecie mieli życia w sobie. Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym. Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem". Dotychczas, podobnie jak niektórzy z uczniów, całkowicie odrzucałam w wyznaniu katolickim rzeczywistą obecność Jezusa w Eucharystii. Teraz jednak, w ciszy tego pokoiku w tak dalekim kraju, uczucie głębokiego pokoju wstąpiło do mojego serca i usłyszałam samą siebie, jak mówię Jezusowi: „Wiesz, Panie Jezu, że jest to dla mnie podstawowa przeszkoda w uznaniu wiary katolickiej. Lecz jeżeli chcesz, daj mi łaskę, abym mogła to pojąć i zaakceptować".

Dopiero tydzień po swym powrocie do domu zebrałam się na odwagę, aby opisać to, co zaobserwowałam w Medjugorie – ale nawet wtedy nie potrafiłam się przemóc, aby opowiedzieć coś z bardziej osobistych szczegółów. I po wnikliwym w ten sposób rozgłosie – nie tylko w dzienniku, w którym pracowałam, ale również w mediach – mógł to być koniec tej historii. Jednak mimo że się starałam, jak mogłam, nie udawało mi się zignorować tego, czego doświadczyłam. Od tamtej pory zaczęłam uczestniczyć z rodziną we Mszy Świętej. Potem dołączyłam do lokalnej grupy modlitewnej, w której głęboka wiara i prawość napełnionego Duchem Świętym kapłana jeszcze bardziej dotknęły mojego serca. Wszystko to spowodowało, że zaczęłam wierzyć w rzeczywistą obecność Jezusa w Eucharystii oraz w moc uzdrawiającego wpływu Eucharystii na nasze życie. Jednocześnie coraz bardziej pragnęłam wstąpić do Kościoła katolickiego i doświadczać radości tego wielkiego daru eucharystycznej obecności Jezusa w moim życiu. Ale decyzja o odwróceniu się plecami od pełnego wiary Kościoła, w którym się wychowałam, oraz od swojej rodziny, którą bym mocno tym zraniła, nie była dla mnie łatwa do podjęcia. Modliłam się więc i cierpiałam.

W końcu pewnego dnia, kiedy wraz z grupą osób ze swojej parafii udałam się na nocne czuwanie do bazyliki w Knock – miejscowości w zachodniej Irlandii, gdzie Matka Boża przeszło sto lat temu ukazała się grupie wieśniaków i objawienie to zostało uznane przez Watykan – uczyniłam to, co powinnam zrobić dużo wcześniej. Złożyłam mianowicie cały problem w ręce Jezusa i Jego Matki Matyi oraz poprosiłam Ich, aby wskazali mi dalszą drogę. Tej nocy w bazylice była również obecna siostra Briege McKenna, osoba obdarzona szczególnymi darami oraz specjalną posługą dla kapłanów, która wygłaszała tam konferencję. Mówiła z pasją o prawdziwej obecności Jezusa w Eucharystii oraz o uzdrawiającej mocy Eucharystii w naszym życiu. Wszystko, co mówiła s. Briege, było zgodne z tym, w co zaczęłam już wierzyć swym sercem – ale nie miałam odwagi na dalsze działania. Przez łzy, w miarę jak słuchałam, Bóg udzielił mi odwagi do podjęcia decyzji. Wróciłam do domu i rozpoczęłam przygotowania do przyjęcia wiary rzymskokatolickiej. W dniu 8 grudnia 1988 roku – w święto Niepokalanego poczęcia i zarazem w trzy i pól roku po swojej pierwszej podróży do Medjugorie w zamiarze napisania demaskującego artykułu o wydarzeniach, do których miało tam dojść – zostałam przyjęta do Kościoła powszechnego. Pełna wiara, do której doszłam, w rzeczywistą obecność Jezusa w Eucharystii stała się fundamentem, na którym zbudowałam swoje życie. Teraz i ja rozpoznaję Go w Hosti – zupełnie tak samo, jak owego czerwcowego wieczoru rozpoznały Go osoby zgromadzone wokół mnie w tym tak bardzo błogosławionym miejscu nazywanym Medjugorie.

 Heather Parsons, Irlandia (artykuł zamieszczony jest w nr.4 Katolickiego dwumiesięcznika „ Miłujcie się!")

środa, 14 stycznia 2009

Świadectwo Wieśka z Medziugorje!


"Sięgnąłem po narkotyki z braku miłości."
Ale teraz już wiem, że Bóg jest miłością - Od dnia, kiedy Pan Bóg mi wybaczył, wiem, że On jest miłością, że zawsze nas kocha - mówi Wiesiek Jindraczek, który niemal połowę swojego życia - 20 lat - stracił przez narkotyki. Wiesiek - sympatyczny, zwalisty brodacz - to najbardziej charakterystyczny Polak w Medjugorje. Ma 48 lat. Pochodzi z Pomorza, ale od 6 tygodnia życia wychowywali go dziadkowie w Jaśle. Tam spędził 25 lat.Zabiłem wielu ludzi, dając im strzykawkę- Wychowałem się w rodzinie katolickiej, byłem ochrzczony, bierzmowany, przystąpiłem do I Komunii - opowiada Wiesiek. - Ba! Przez całą podstawówkę byłem nawet ministrantem u oo. Franciszkanów w Jaśle. Ale wiek 15 lat to dla młodych ludzi bardzo trudny okres - buntu, pytań o sens życia. Wtedy powiedziałem Panu Bogu: „nie potrzebuję Cię". W moim życiu powstała pustka. Dziadkowie bardzo mnie kochali, ale nie mogli zastąpić mi ojca i matki. Zaczęła się jazda w dół.Wiesiek przeszedł „typową" - jak mówi - drogę: w liceum zaczęły się imprezy ostro zakrapiane alkoholem. Po kilku latach przestało mu to wystarczać. Zaczął brać środki psychotropowe, często popijając je alkoholem. Potem sięgnął po narkotyki. - Poznałem narkomana, który przywiózł mnie do Rzeszowa, na melinę. Tam pokazano mi, jak się produkuje „polską heroinę", czyli tzw. kompot. Po powrocie do Jasła zacząłem go produkować i ćpać. Technologia produkcji była dość prymitywna. Wystarczył surowiec, czyli słoma makowa, kilka garnków, kuchenka gazowa i kilka prostych odczynników. Produkował najpierw dla siebie, później częstował kolegów, wreszcie zaczął się handel narkotykami dla pieniędzy. - Narkotyk zabiera człowiekowi wszystko: zdrowie, życie - przestrzega Wiesiek. - Ale po drodze zabiera również sumienie, zasady moralne, godność ludzką. Gdy wpadłem w nałóg, liczyło się tylko jedno: zdobyć działkę. Przez 20 lat naczelną zasadą mojego życia było napełnić strzykawkę każdym sposobem, bez oglądania się, ile zła po drodze wyrządzę. Liczyło się tylko, by nie być na głodzie.Wiesiek mówi o sobie, że jest chodzącym cudem lub - jak kto woli - wybrykiem natury. - Nie powinienem już żyć. Narkotyki szybko zabijają człowieka. Wielu ludzi, którym dałem po raz pierwszy do ręki strzykawkę, już poumierało. Jestem ich mordercą.W 1985 r. musiał opuścić Jasło. - Stałem się „wrogiem publicznym nr 1", byłem obiektem powszechnej nienawiści. Pojechałem do Kołobrzegu, do rodziców. Tam od razu znalazłem sobie kolegów i ćpałem dalej. Staczałem się coraz bardziej. Ożenił się. Żona wytrzymała tylko po 5 lat. - Potrafiłem sprzedać nawet pierścionek zaręczynowy. Na niedługo przed przyjazdem do Medjugorje ukradłem mamie pieniądze, które dostała z ZUS na pogrzeb ojca. Żadnych skrupułów.Przygarnął mnie ojciec SlavkoW 1999 r. zaczęła się droga Wieśka ku wyzwoleniu. - Wracałem naćpany do domu - opowiada. - Spotkałem księdza. Do dziś nie mam bladego pojęcia, co mnie tknęło, że do niego podszedłem. Od 25 lat nie chodziłem do kościoła, byłem ateistą, mój Bóg umarł w oparach narkotyków. Okazało się, że to ks. Wacław Grądalski, proboszcz parafii Wieśka. Jego idee fixe było utworzenie w Polsce domów Cenacolo - powstałych we Włoszech wspólnot przygarniających narkomanów (taka wspólnota znajduje się również w Medjugorje). - Zabrał mnie do kancelarii parafialnej, zaczął mnie namawiać do wyjazdu do Medjugorje na leczenie. Nie chciałem nigdzie jechać. A ponieważ ksiądz znał moją mamę, więc właściwie zmusili mnie do wyjazdu. Moja mama, po 20 latach mojego nałogu i po 14 latach od powrotu z Jasła, dojrzała do tego, by powiedzieć mi krótko: „albo się będziesz leczył, albo nie masz wstępu do domu". Wiedziałem, jak ciężkie i smutne jest życie na ulicy, więc postanowiłem, że pojadę do Medjugorje. Ale nie chciałem się leczyć. Pomyślałem: posiedzę tam trochę, sprawa przyschnie, wrócę i będę ćpał dalej.Do Medjugorje Wiesiek przyjechał w kwietniu 2000 r. We wspólnocie Cenacolo wytrzymał 6 dni. Odszedł twierdząc, że to jakaś sekta, oszołomy, dom wariatów. Nie spodobały mu się panujące tam bardzo surowe reguły życia. Postanowił wrócić do Polski. Problem w tym, że został bez środka transportu, bo grupa pielgrzymkowa, z którą przyjechał, już wyjechała z Medjugorje. Musiał wyprowadzić się z pensjonatu, z którego właścicielami miał umowę, że może tam mieszkać dopóty, dopóki będzie chodził do Cenacolo.Wylądował na ulicy. Bez znajomości języka, bez środków do życia, bo za pieniądze, które dostał na pielgrzymkę, kupił zapas narkotyków, które zresztą akurat się skończyły. Spał na ławkach, pił non-stop, by zapomnieć o głodzie narkotykowym. - Po tygodniu takiego życia miałem już wszystkiego serdecznie dość - opowiada Wiesiek. - Chciałem wziąć kawałek sznura i powiesić się.Na szczęście, spotkał organizatora grup pielgrzymkowych, który obiecał mu, że go zabierze do Polski. Ale dopiero za kilka dni, w środę. „Do środy musisz sobie jakoś poradzić" - powiedział WieśkowiJakiś czas potem Wiesiek spotkał przed kościołem polskiego franciszkanina, który opowiedział mu o ojcu Slavko Barbariciu, nieżyjącym już dziś „dobrym duchu" Medjugorje. - Powiedział mi, że ojciec Slavko ma podopiecznych takiego samego pokroju jak ja: alkoholików, narkomanów, schizofreników. „Śmieci ludzkie" pozmiatane z całej Europy, które wychowuje i przywraca do życia. Ten polski zakonnik poradził mi, żebym poszedł do ojca Slavko i poprosił, że chcę z tymi ludźmi pracować, a on niech da mi do środy jedzenie i spanie. A w środę wsiądę w autobus i wrócę do Polski.Wiesiek tak zrobił. Spotkał się z ojcem Slavko jeszcze w piątek wieczorem. Powiedział mu wprost, że jest starym narkomanem i że nie chce się leczyć. Zakonnik tylko dziwnie się uśmiechnął, popatrzył i powiedział: „nie ma sprawy, mamy umowę do środy. Będziesz pracował z moimi chłopakami, a ja ci dam za to jedzenie i spanie". - Wydaje mi się, że on już wtedy wiedział, że ja z Medjugorje nigdzie nie wyjadę - twierdzi Wiesiek.Ostatnią noc przespał jeszcze na ławce. W sobotę rano poszedł do pracy z podopiecznymi ojca Slavko. - Po pracy jeden z nich zabrał mnie na kwaterę, gdzie pierwszy raz od tygodnia umyłem się i próbowałem coś zjeść. Potem poszliśmy do kościoła. Mówiąc szczerze, to co się tam działo, kompletnie mnie nie interesowało. Poszedłem tylko dlatego, że tego wymagał od swoich chłopaków ojciec Slavko. W kościele czułem się jak w teatrze.To było moje dno. I wtedy stał się cudW Medjugorje w każdą sobotę pomiędzy godz. 22 a 23 jest adoracja Najświętszego Sakramentu. Chłopak, który opiekował się Wieśkiem, zapytał, czy chce na niej zostać. - Byłem potwornie zmęczony - mówi Wiesiek - i do dziś nie wiem, dlaczego odpowiedziałem temu człowiekowi: „słuchaj, wszyscy zostają, to ja też zostanę". Zaczęła się adoracja. Siedzieli w ławkach na zewnątrz kościoła, bo ludzi było tyle, że nie dało się wejść do środka. - Nagle ogarnęła mnie ciemność. Ta ciemność, która była we mnie, w mojej duszy. Zgasły we mnie wszelkie uczucia, tak jakbym umarł. Zgasła ostatnia iskierka nadziei. Została we mnie potworna, czarna rozpacz. Potworny żal, ból wewnętrzny. To było moje dno. Poczułem się tak, jakby nagle znikła cała ludzkość. Zostałem sam na sam z rozpaczą, która mnie dusiła. Wyłem z tej rozpaczy. W akcie desperacji zwróciłem się o pomoc do Tego, w którego nie wierzyłem. Bardzo prosto, z najgłębszej głębiny serca, powiedziałem: „Panie Boże, jeżeli istniejesz, zrób coś, bo nie mam siły, by dłużej tak żyć. Albo mnie stąd zabierz, albo zmień moje życie". To był dosłownie pstryk, i w jednym momencie wszystko się zmieniło. Znikła ciemność, rozpacz, żal. Znikł głód narkotykowy i alkoholowy. To był cud uzdrowienia duchowego i fizycznego. Pojawił się wewnętrzny spokój, jakiego nigdy w życiu nie dał mi żaden narkotyk. Wracając z kolegą do domu, Wiesiek powtarzał w kółko jedno zdanie: „Boziu kochana, zrób tak, aby ojciec Slavko nie kazał mi w środę wracać do Polski". Nie miał jeszcze wtedy świadomości, że była to forma modlitwy.Został w Medjugorje. Kilka miesięcy później został wyzwolony z innego nałogu: palenia papierosów (palił 60 dziennie). To było w kaplicy „Oazy Pokoju", do której tak lubił przychodzić. Tamtego dnia, jak zwykle, przyszedł, przywitał się z Jezusem, usiadł. - Nagle potwornie zachciało mi się palić - opowiada. - Powiedziałem: „Jezu kochany, wyskoczę sobie teraz na papieroska, za 3 minuty jestem z powrotem". Wyszedłem, zapaliłem. Kiedy wróciłem, w moim sercu usłyszałem głos: „co ty robisz, człowieku? Przychodzisz na spotkanie z najlepszym Przyjacielem, jedynym jakiego masz, i zostawiasz Go dla odrobiny nikotyny?". W tym momencie powiedziałem: „Jezu, ja tego nie chcę". Wziąłem papierosy, zapalniczkę, poszedłem przed Najświętszy Sakrament, położyłem to wszystko na posadzkę i powiedziałem: „weź to ode mnie". Wyszedłem z kaplicy i zapomniałem o papierosach. Nie czuję się, jakbym rzucił palenie. Czuję się, jakbym nigdy w życiu nie miał papierosa w ustach, on mi się z niczym nie kojarzy. Jestem otwarty na sygnały od Pana BogaWiesiek pracuje w „Ogrodzie św. Franciszka" w Medjugorje. Ma pod opieką kilkanaście zwierzaków: konie, kuce szetlandzkie, osły domowe i osły dzikie. Po południu pomaga w zakrystii. - To nie praca, lecz rodzaj służby, którą podjąłem z własnej i nieprzymuszonej woli - podkreśla.Co dalej? - Przestałem decydować o swoim życiu 8 lat temu na tej ławce, kiedy powiedziałem Bogu: „pomóż mi" - odpowiada. - Od tego momentu moim życiem kieruje Pan Bóg. Po ludzku rzecz biorąc, pewnie chciałbym tu zostać, bo to cudowne miejsce. Mam poukładane życie i pracę, którą lubię. Ale jeżeli Pan Bóg mi powie: twój urlop się skończył, trzeba iść w drogę - to ruszę. Już raz to zresztą zrobiłem. Na początku stycznia 2003 r. wyjechałem do Polski. Moi znajomi z Medjugorje twierdzili, że Wiesiek oszalał i wyjeżdża, bo znów chce mu się ćpać. Miałem wielkie plany: gdzie to ja nie będę, z kim się nie spotkam. Wszystko wzięło w łeb, bo Pan Bóg miał inne plany. Przez półtora roku przesiedziałem przy łóżku mojej sparaliżowanej babci. Osoby, która poświęciła dla mnie swoje życie. Babcia zmarła w kwietniu 2004 r. Przyjechałem do Medjugorje w czerwcu, na rocznicę objawień. Nie myślałem, że na stałe. Chciałem zostać do festiwalu młodych, czyli do początku sierpnia. Pan Bóg tak to jednak poukładał, że wróciłem do tej samej pracy, mieszkam w tym samym mieszkaniu, które bardzo lubię, i wszystko jest tak, jakbym nigdzie nie wyjeżdżał. Po prostu, Pan Bóg dał mi zadanie, ja je wypełniłem i wróciłem na swoje miejsce. Ale wiem jedno: życie nie polega na tym, by było lekko, łatwo i przyjemnie. Nie szukam sobie problemów. Ale nie sztuka uwić sobie ciepłe gniazdko i spocząć na laurach. Kto nie idzie do przodu, ten się cofa. Jestem otwarty na wszelkie sygnały od Boga.Przez wiele dni po tamtej adoracji Wiesiek bał się wyspowiadać, bo nie wierzył, że ktokolwiek może mu wybaczyć to, co w życiu zrobił. - A okazało się, że Bóg mi wybaczył - podkreśla. - Sięgnąłem po narkotyki z braku miłości. Narkomania to nie początek, lecz koniec choroby, którą Matka Teresa z Kalkuty nazwała najstraszniejszą chorobą świata - brakiem miłości. Ale ja teraz wiem, że Bóg jest miłością. I ja tej miłości doświadczyłem.